Zbrodnia · 12 min czytania
Bezsenność
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
I hear it calling and I come cause I can't disobey I should not listen and I shouldn't believe But I do
Nine Inch Nails “Sunspots”
Usiadł na łóżku starannie przykrytym białym prześcieradłem, stojącym pośrodku niewielkiego pokoju. Podłoga zasłana była szeleszczącymi papierami, szczątkami gazet sprzed wielu tygodni, naznaczonymi brązowymi kręgami po niedopałkach papierosów i popiele marihuany. Widok ten dopełniały puste butelki po energetycznych napojach i tequili i rzucone pod łóżko pomarańczowe fiolki mieszczące pięćdziesiąt tabletek, opatrzone surową naklejką z wystukanym na maszynie nazwiskiem. W pokoju unosił się odór resztek po ostatnio zjedzonych tam posiłkach, zmieszany z zapachem świeżo wypranej pościeli i przetrawionego alkoholu. Ściana do której przylegało łóżko była pokryta wycinkami z gazet, listami ukrytymi w kopertach, które zatrzymywały zapach starannie zapisanej papeterii. Były tam zdjęcia młodych dziewczyn w uniformach szkoły świętego Dominika, która znajdowała się w pobliżu jego mieszkania. Mógł w każdej chwili dnia napotkać jedną z tych dziewczyn na ulicy. Nastolatki w białych podkolanówkach z przewieszonymi na jedno ramię plecakami, zawsze chodzące grupami i głośno się śmiejące. Nie widział ich od dłuższego czasu, ale nie tęsknił. Miał ich namiastkę pod ręką. Od miesięcy unikał wychodzenia z domu, bezsenność go przerażała, zdawało mu się, że wpadał w trans i budził się w zupełnie innym miejscu, nie pamiętając, jak długo to trwało i jak tam się znalazł. Czuł, że ludzie w metrze go za to nienawidzili. Czuł, że ludzie w parku, matki z ukrytymi w wózkach dziećmi i studenci biegający by utrzymać formę go nienawidzili. Był dla nich odpadem, narkomanem i tym samym przestępcą, który zakłócał piękny widok miasta, w którym żyli. Był niezdrową naroślą na zarumienionej tkance z odpowiednim pH, codziennie nawilżającej się wazeliną. Tylko dziewczyny ze świętego Dominika nie patrzyły na niego z góry, ostentacyjnie przewracając oczami za każdym razem, gdy tylko się pojawił. Dla nich on po prostu nie istniał. A ich ignorancja pogarszała jego stan. Od wszystkich, których spotykał podczas swoich nieświadomych podróży po mieście, odbierał jednoznaczne, intensywne przekazy emocji. Gniew, niezadowolenie, obrzydzenie. A one wszystkie, te rozszczebiotane panienki z dobrych domów, z nienagannymi manierami i delikatnym makijażu – one sprawiały, że w jego głowie narastał konflikt myśli. One były niezdrowymi naroślami na jego umyśle, których nie był w stanie się pozbyć. Zdrowy człowiek spędza jedną trzecią swojego życia na śnie. Brak snu wpływa na funkcjonowanie całego organizmu w sposób bardziej destrukcyjny niż kokaina. Po nieprzespanej nocy wydajność słabnie o 80%. Z każdą kolejną – o następne 20. Po trzeciej człowiek przestaje odczuwać głód, a może po prostu zapomina o jedzeniu? Każda minuta jest zwielokrotniona, każdy ruch zwolniony, słowa powoli zaczynają brzmieć jakby mówione w obcym języku. Mimo to człowiek jest zmuszony funkcjonować, czekając, aż minie stresujący tydzień w pracy, aż dostanie upragnioną przesyłkę lub wydarzy się tysiąc innych rzeczy, które mogłyby pozwolić w końcu zasnąć. Ale nic takiego nie nadchodzi. Po dwóch tygodniach szef z własnej inicjatywy daje ci wolne i każe wrócić do pracy dopiero, gdy wyzdrowiejesz i przestaniesz wprowadzać chaos wszędzie, gdzie jesteś. Może spotkasz się niespodziewanie z przedstawicielem związku zawodowego, który wyśle cię na badania w jednej z tych obskurnych przychodni, których od zawsze starałeś się unikać. Pewnego dnia znajdziesz się we własnym łóżku, nie wiedząc, czy przed chwilą byłeś w stanie jawy czy transu i zastanawiając się, czy twoje zmysły są już na tyle pomieszane, że przegapisz moment snu. Znał to uczucie, dopadało go wielokrotnie i zawsze wtedy chciało mi się płakać z bezsilności. Najgorzej było po zażyciu lekarstw – czuł ich smak i zapach, czuł jak prześlizgały się jedne za drugimi przez jego gardło, wprost do żołądka, a mimo to miał wrażenie, że stworzone są z plastiku. Miał po nich mdłości, które uniemożliwiały mu późniejsze posiłki. Przez pierwsze pół roku schudł do 58 kilogramów i w niczym nie przypominał zdrowego mężczyzny, jaki jeszcze w wakacje przechadzał się po plaży. Próbował akupunktury, która nie dała mu nic poza bolącymi śladami po setkach nakłuć. Próbował żucia korzeni, upijania się do nieprzytomności i relaksacyjnej muzyki. Próbował uprawiania sportów, sprzątania mieszkania do granic obłędu, spotkań w grupach wsparcia i metod stosowanych przez filmowych bohaterów. Uspokajało go siedzenie w oknie i obserwowanie życia na ulicy z bezpiecznej odległości, zza chroniącej go sześćdziesięcioośmiomilimetrowej warstwy szkła, przez którą nie były w stanie przedostać się odgłosy ani zapachy zewnętrznego świata. Świadomość oddalenia od rzeczywistości, oswojona z czasem, zaczęła wprowadzać go w przyjemny letarg, którego nie chciał przerywać agresją obcych ludzi. Spędzał godziny w miękkim fotelu, w którym niegdyś zwykł zasypiać z książką w dłoniach. Odkąd litery przed jego oczami zachowywały się niczym w szaleństwie i przestały układać w logiczną całość niemal zupełnie przestał czytać. Przestały go interesować informacje ze świata, tak samo jak zakończenia zbrodniczych historii pióra Agaty Christie. Miał swój pachnący antykami fotel z grubym welurowym obiciem i wąski parapet, na którym leżała lornetka w cudowny sposób dwudziestokrotnie powiększająca świat zewnętrzny. Podczas regulowania ostrości czuł, jakby zawierała się w nim jakaś namiastka samego Boga, który dostosowuje świat do swoich własnych potrzeb. Jego okna wychodziły na południowo wschodnią część…