Zbrodnia · 15 min czytania
Bezsilność
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Znaliście może kiedyś kogoś kto widział śmierć, ale nie tuż przed zgonem, lecz dużo wcześniej. Jeśli tak i uważaliście go za wariata to nie był słuszny osąd. Już odo dawna uważano, że jest to możliwe. Spotkać ją dużo wcześniej przed własna pora wybrania się „w ostania podróż”. Niejednokrotnie w takiej sytuacji przychodzi spokojnie i powoli. Z czasem zaczynasz akceptować jej obecność. Przyzwyczajasz się do jej towarzystwa, a nie odstępuje cię w niczym na krok. Stoi zawsze obok, nie osądza, obserwuje. Można by powiedzieć że w ostatnich dniach życia jest twoim najwierniejszym przyjacielem. Wciągu życia można być pewnym dwóch rzeczy które cię na pewno nie ominą, śmierci i podatków. Jak teraz o tym myślę to już nie napawa mnie przerażeniem. Może dlatego że sam już przeżywam jesień swojego życia. Czuje się jak dinozaur. W dzisiejszych czasach, erze komputerów do których ja nie mam głowy. Jakie to wszystko dziwne. Na pewno mój dziadek czuł się podobnie będąc w moim wieku, gdy magnetofon kasetowy był szczytem technologii. Taki ograniczony. Dobrze pamiętam kiedy się to zaczęło. Miałem wtedy dziesięć lat. Byłem dzieciakiem który nie zawsze wszystko rozumiał. Przyjechaliśmy z mamą do dziadków na weekend. Tato został bo miał dużo pracy. Przynajmniej tak nam mówił, jak się potem okazało miał kochankę z którą się spotykał już od jakiegoś czasu. Mama bardzo była załamana, a na dodatek później dziadek zmarł. We śnie. Mówi się że jest to spokojna śmierć. Nikt tak naprawdę nie wie czy nie jest ona równie drastyczna, okrutna jak wykrwawianie się na śmierć. Dobrze pamiętam opowieści dziadka z wojny. O ludziach którzy umierali w okropnych mękach pomiędzy kawałkami swoich porozrywanych kończyn. I jaka jest sprawiedliwość na tym świecie? Jedni po prostu zasypiają, a drudzy konają w bólu i własnej krwi. Czekając na śmierć.
Kiedy wszedłem do domu - a raczej wbiegłem - ujrzałem babcię jak zwykle ucieszoną ze spotkania. Nie byłem jej jedynym wnukiem, lecz najmłodszym co powodowało że rozpieszczała mnie jak się tylko dało. Po przywitaniu się z babcia pobiegłem do biblioteki gdzie dziadek często przesiadywał. Było to olbrzymie pomieszczenie wypełnione najróżniejszymi, najpiękniejszymi książkami jakie w życiu widziałem. Księgozbiór mojego dziadka był przekazywany kolejnym pokoleniom, a że mój dziadek był jedynakiem to otrzymał cały zbiór. Dobrze pamiętam jak pokazywał mi swoje ulubione i najbardziej cenne tak zwane białe kruki. Jak byłem jeszcze mniejszy i usłyszałem pierwszy raz ta nazwę to myślałem że są to ptaki które da się otworzyć a w środku są kartki. Ta rodzinna anegdota była niejednokrotnie mi opowiadana. Nawet wtedy gdy przyprowadziłem do swojej mamy moja narzeczoną i późniejszą pierwszą żonę Agę. Drzwi były zamknięte. Były to stare brązowe drzwi, rzeźbione. Delikatnie nacisnąłem klamkę. Powoli otwierające się drzwi odsłoniły przede mną fotel w którym siedział dziadek odwrócony do mnie plecami. Pomimo iż nie widziałem wyrazu jego twarzy, całą swoją postacią sprawiał wrażenie osoby zatroskanej, zamyślonej, błądzącej gdzieś w swoich myślach i wspomnieniach. -Jak się to skończy?- Zadał pytanie, ale nie do mnie. Podniósł głowę i skupił swój wzrok gdzieś przed sobą. Po chwili usłyszałem jakiś szept. Dziwny, taki syczący. -Tak uważasz?!- Powiedział znowu. I znowu ten szept. Sprawiał wrażenie jak by z kimś rozmawiał. Ta rozmowa na pewno była ważna gdyż nie zauważył jak podszedłem do jego fotela. Położyłem rękę na jego dłoni. I znowu ten szept, poczym dziadek spojrzał na mnie. Z początku był zaskoczony, lecz zaraz potem twarz mu rozjaśniała. -Robert, mój kochany Robert.- Powiedział i wziął mnie na kolana – Nareszcie przyjechaliście. No, a teraz leć do babci i powiedz żeby zaczęła nakrywać do stołu. Ja za chwilę przyjdę. Wyszedłem lecz zatrzymałem się przy drzwiach. -Porozmawiamy później. – Powiedział dziadek sadząc że mnie w pobliżu niema. I znowu szept. Pobiegłem natychmiast do kuchni. Mama z babcią szykowały już jedzenie. Wręczyły mi sztućce do ręki i wydały polecenie rozłożenia ich na stole przy każdym nakryciu. Zrobiłem to lecz niezbyt chętnie i poprawnie. Myślami byłem przy dziadku i tym czymś, kimś. Bardzo mnie ciekawiło o czym rozmawiali. Jakiego dziecka by to nie nurtowało. Dziadek miał jakiegoś tajemniczego towarzysza rozmów. Mieliście kiedyś takie uczucie, że niespodziewanie przechodzą was ciarki po plecach? Mówi się że śmierć się otarła o taka osobę. Ja właśnie miałem takie uczucie w tamtej chwili. Obejrzałem się szybko. Zobaczyłem tylko cień. Zniknął za rogiem kuchni, zaraz po tym jak się pojawił. Ciemny, przeźroczysty zarys ludzkiej postaci podążający przez kuchnię koło mamy. Pamiętam, że upuściłem sztućce. Uderzyły o podłogę z wielkim jazgotem. Byłem sparaliżowany. Nie mogłem się ruszyć. Czas dla mnie w tamtej chwili zwolnił swoje tempo. Ta chwila trwała wieczność. Pamiętam jak panicznie się bałem. Przestraszyłem się tego czymkolwiek było. Mama z babcią wyjrzały z kuchni by zobaczyć co się stało. Natychmiast przeraziły się obydwie na mój widok. Podbiegły do mnie i zaczęły cos do mnie mówić. Prawdopodobnie co się stało, ale ja ich nie słyszałem. Patrzyłem się ślepo w tamto miejsce skąd znikła tamta postać. Z tego co pamiętam z opowieści mojej mamy o tamtym zdarzeniu to stałem jak skamieniały. Twarz mi pobladła i otworzyłem szeroko usta. Taka byłą moja pierwsza reakcja na śmierć. Do dziś pamiętam ten strach. Mama natychmiast zaprowadziła mnie do łazienki by mnie doprowadzić do porządku. Bacznie obserwowała każdy mój ruch. Odpuszczono mi tamtejsze uczestnictwo we wspólnym obiedzie. Jedzenie przyniosła mi do lóżka, babcia. Mama cały czas czuwała przy moim łóżku, aż przyszedł dziadek i namówił ja by poszła na dół, a on przymnie posiedzi. Zgodziła się. -Tylko nie wychodź mi z lóżka. -Dobrze mamo! – Nie znosiłem, gdy robiła takie rzeczy. Była nad opiekuńcza, ale teraz na to patrząc wiem, że i za to ja kocham. Po wyjściu mamy, dziadek zamknął za nią drzwi do pokoju. Wziął krzesło przysunął do łóżka poczym powoli usiadł na nim. Usiadł wygodnie i dopiero na mnie spojrzał. Patrzył się tak przez chwilę i w końcu zapytał. -Co się synu stało? Cóż cię tak przeraziło. Nie chciałem o tym mówić. Bałem się tego, co zobaczyłem. -Mi możesz powiedzieć. Nikt się nie dowie. – Te słowa nieco mnie ośmieliły. -Widziałem…cień. -Hmm…jaki cień. -Taki przypominający człowieka, był przeźroczysty i szedł przez kuchnie koło mamy i babci. – Spojrzał na mnie surowym wzrokiem, czułem jego gniew. Wtedy myślałem że na mnie się gniewa. Teraz wiem że tak nie było. Wstał i wyszedł z pokoju. Jak już później zauważyłem moje życie się zmieniło. Wszędzie dostrzegałem ten cień. Obok kogo się pojawiał to potem u umierał bądź ginął tragicznie. Z czasem się do tego przyzwyczaiłem i nauczyłem żyć, lecz na początku podejmowałem próby ratowania.
Od trzech lat mieszkałem poza domem. Nieco daleko od matki. Tam aby mieć czym oddychać. Układało mi się całkiem dobrze. Mieszkałem z Agą. Wspaniała kobieta. Niezwykle uczynna. Zawsze chciała wszystkim pomagać. Nie potrafiła przejść obok osoby która potrzebowała pomocy. Za to ja ceniłem najbardziej. Nie była typem modelki, a raczej dobroduszną samarytanką. Z wykształcenia była przedszkolanką. Dzieci ją uwielbiały. Siadały jej na kolanach i po prostu przytulały się do niej. Miała w sobie niezwykłą siłę miłości. Kiedy dowiedziałem się o chorobie mamy była przymnie zawsze gdy potrzebowałem wsparcia. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie i…