Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 23 min czytania

BEZSILNOŚĆ

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Bob Kinpets

BEZSILNOŚĆ LOSU

Mocne ukłucie w prawe przedramię przeszyło mi mózg prawie na wylot. Równocześnie dobiegł do moich uszu, dziewczęcy, ale prawie już kobiecy głos, wypowiedziany z pewnym przejęciem. - Patrz! Widziałaś? - Co? – odpowiedział jej inny, podobnie młody i nieco zdziwiony głos. - To drgnęło! - Co drgnęło. - No tam, na tym monitorze. Na moment zapanowała cisza. - Pieprzysz, wydawało ci się… nie, niemożliwe. - Ale przecież widziałam – w głosie można było wyczuć odrobinę niepewności. - A ja widziałam krasnoludki na ścianie… dobra, idziemy już. - Trzeba to zgłosić lekarzowi - głos był nieustępliwy. - Ja tam nic nie będę zgłaszać, bo nic nie widziałam… chodź… no idziesz!? Usłyszałem oddalające się kroki i trzask zamykanych drzwi. Nastąpiła cisza. Przenikliwa cisza. Próbowałem obrócić głowę, ale nie mogłem. Po prostu nie mogłem wykonać tak prostej czynności, jaką może być zwyczajne poruszenie głową. Co jest do diabła? Co się dzieje? Gdzie ja jestem? Przenikliwa biel przenikała do mojej świadomości poprzez zamknięte powieki. Próbowałem je podnieść ponownie poruszyć głową, ręką… Niestety, zupełny brak reakcji ze strony mojego ciała, którego zresztą zupełnie nie czułem poza drętwiejącym ciągle przedramieniem. Czyżbym śnił? Czyżby to był tylko sen? Próbowałem skupić myśli. Pustka w głowie była nie do przeniknięcia. Kim ja do cholery jestem? Gdzie ja w ogóle jestem. Zadawałem sobie pytania na które nie otrzymywałem żadnej, zupełnie żadnej odpowiedzi. Po chwili zacząłem odczuwać falę ciepła rozlewającego się wewnątrz mojego organizmu, a zarazem ogarniający mnie przyjemny błogi spokój. Powoli zapadałem w sen.

*

Lekkie trzaśnięcie drzwi wyrwało mnie z nicości. Usłyszałem kroki. Okrywająca mnie zewsząd biel nie ustępowała. Ponownie chciałem otworzyć oczy, poruszyć ręką czy nogą, ale było to jednak ciągle ponad moje siły. - Ten człowiek naprawdę już nie żyje? – Jakiś dojrzalszy tym razem, kobiecy głos niespodziewanie zabrzmiał u mojego wezgłowia. Co???? przeleciało mi przez myśl. Jednocześnie poczułem jak fala gorąca otacza moje ciało. - To znaczy… to znaczy… – męski głos, jakby szukał doboru odpowiednich słów. – Z medycznego punktu widzenia to tak, bowiem funkcje życiowe podtrzymywane są tylko dzięki aparaturze, którą pani tu widzi. Gdybyśmy odłączyli te wszystkie przewody, to te funkcje natychmiast by ustały… niestety. Kobieta westchnęła głęboko i po krótkiej chwili ponownie zapytała. - Więc, na jakim już jesteśmy etapie? - No… – mężczyzna zawiesił na chwilę głos – jakby tu pani powiedzieć. Procedury formalno-prawne odnośnie pobrania organów są zakończone i teraz sprawy muszą potoczyć się już błyskawicznie. Pani syn nie może już dłużej czekać. Już teraz liczy się dosłownie każda godzina. - To na co jeszcze czekamy? - Brakuje nam tylko podpisu matki tego człowieka. Ale sądzę, że to tylko zwykła formalność. - Panie doktorze, jest pani Maria - usłyszałem ściszony, kobiecy głos dochodzący od strony drzwi. - O, o wilku mowa. – męski głos, który okazuje się być głosem doktora, ożywił się nagle - Niech pani ją tutaj poprosi… Akurat dobrze się składa. – tym razem zwrócił się do kobiety stojącej przy nim - Pozna pani matkę tego dawcy. Dawcy!? Co on pieprzy. Tylko nie dawcy. Przecież ja żyję, myślę, jestem… Boże, tylko nie to. Do pomieszczenia ktoś wszedł. - Witam pani Mario. – doktor był nad wyraz uprzejmy. - To jest właśnie pani Clark. Proszę, panie się poznają. - Tak pani współczuję – głos Clark, nie wydawał mi się być zbytnio szczery – taka tragedia… - Pani Mario, niestety, ale nie możemy już dłużej czekać – głos doktora był stonowany, ale brzmiał stanowczo. – Dobrze by było… nawet nalegał bym, gdyby dzisiaj podjęła pani ostateczną decyzję. Proszę mi wierzyć zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy. W tym przypadku medycyna jest zupełnie bezsilna. Na moment zapanowała cisza. - Pani Mario… - doktor kontynuował rozmowę - wiem jak pani jest trudno zdecydować się na tak trudny krok, ale naprawdę nie ma sensu odciągać tego w nieskończoność. Ja, czy pani, nic już tu nie pomożemy. Naprawdę. Proszę mi wierzyć. Usłyszałem głębokie westchnienie doktora. Po chwili ponownie usłyszałem jego głos. - Póki co, będę czekał na pani ostateczną decyzję w gabinecie. Niech pani to przemyśli na spokojnie… proszę, pani Clark. Kiedy kroki oddaliły się i zatrzasnęły drzwi, poczułem na twarzy ciepłą dłoń, dłoń, która zaczęła delikatnie muskać mi policzki. Jednocześnie do moich uszu dotarł delikatny odgłos szlochania. - Boże, po co ja ci pozwoliłam tam iść - usłyszałem cichy, zasmucony, i jakby znajomy mi głos – Nigdy sobie tego nie wybaczę – szlochanie przerodziło się w tłumiony w sobie płacz. - Nigdy… Boże jedyny, za co mnie tak pokarałeś. O co jej chodzi? Gdzie nie chciała mnie puścić, że teraz tak tego żałuje? - Wytężyłem myśli, by choć na ten temat wydobyć z głębi mojej świadomości jakieś, choćby szczątkowe informacje. Nic z tego. Zupełna amnezja. - Tak mi przykro synku… tak mi przykro… Poczułem dwie krople, zapewne łez, które kapnęły mi na policzek i dłoń, która delikatnie starła mi je z twarzy. - Żegnaj synku… wybacz mi. Nie! Mamo! Boże, nie! Nie pozwól na to! Ja żyję i chcę żyć! Daj mi szansę… mamo… – Zebrałem się w sobie i chciałem to z całej siły wykrzyczeć. Niestety, byłem bezsilny i bezradny zarazem. Delikatne trzaśnięcie drzwiami dało mi do zrozumienia, że to już koniec… Zapanowała głęboka, niczym nie zmącona cisza. Czyżby nikt nie chciał mi pomóc? Czyżby zbliżał się kres mojego życia? Nie, po stokroć nie. Nie pozwolę na to. Nie pozwolę. Bezsilność jaka zaczęła mnie ogarniać była nie do opanowania. Wytężałem wszystkie siły zgromadzone w podświadomości, by choć o drobinę poruszyć jakąś częścią swojego ciała, by dać znać, że jednak żyję, myślę, jestem, ale mój trud był ciągle daremny. Moje ciało było mi zupełnie nieposłuszne. Wkrótce poczułem jak ogarnia mnie błogi sen.

*

Ponowny, silny ból prawego przedramienia przywołał mnie do rzeczywistości. Co jest? Przeleciało mi przez myśl. - Mogłabyś to robić delikatniej – dziewczęcy i już mi znajomy głos nie krył wzburzenia. - Daj spokój, przecież to warzywko. - Ty jesteś chyba warzywkiem! To jest człowiek – głos ten z każdym słowem był coraz bardziej wzburzony - i jako takiemu należy się szacunek! - No nie, nie poznaje cię. Od kiedy ty jesteś taka wrażliwa? - Od zawsze, jeśli o to ci chodzi. Zapanowało milczenie. Poczułem lekki chłód a następnie ciepłe dłonie dotykające mojego ciała. - Ile on tu już leży? – Ta która mnie dotykała, przerwała milczenie. Wytężyłem słuch, gdyż sam byłem tego ciekaw. - Daj spokój. To nie była odpowiedź jakiej oczekiwałem. - Będzie już ze trzy miesiące? - Jak wiesz, to po co się głupio pytasz? - Słuchaj, czy ty zawsze musisz być taka upierdliwa? – w głosie wychwyciłem oznaki autentycznej złości – Jak ci chłopak dzisiaj słabo dogodził, albo zbliża ci się okres, to powiedz do cholery! A nie, tylko dąsasz się bez powodu. Nie stresuj chociaż mnie. - Odczep się. Wiesz, że nie mam żadnego chłopaka – drugi głos zabrzmiał w podobnym tonie. - To by wszystko wyjaśniało – słowa zostały wypowiedziane już łagodnie. – Brak ci czegoś… - dodała uszczypliwie - Spadaj ze mnie… - i ten głos zabrzmiał już raczej spokojniej. Zapanowała cisza. Czułem jedynie delikatny dotyk rąk na moim ciele. - Przepraszam – dobiegł mnie ten sam głos, ale wypowiedziany w łagodnym już tonie – mam już dość tej popieprzonej pracy. Ponownie zapanowała cisza, ale po chwili ponownie usłyszałem ten sam głos. - Dołuje mnie to, wiesz? Ta bezsilność wobec takich przypadków. Człowiek jest młody, zdrowy, cieszy się życiem… - Albo i nie cieszy się tym życiem,- wszedł jej w słowo drugi głos - jak to ładnie ujęłaś. - Co przez to rozumiesz? - No pomyśl choć przez chwilę, czy ty cieszysz się życiem? Jesteś młoda, zdrowa i co; myślisz o tym cieszeniu się? Pewnie nie, bo i po co… Przecież jesteś młoda, zdrowa… - Z tym może masz i rację – weszła jej w słowa. - Widzisz? Jednak potrafię mieć rację i ja. Ale ja się nie dołuję za każdym razem. Biorę życie takim, jakie ono jest, i to nas zapewne różni. Nie umoralniam się na siłę… pomożesz mi? We dwie zaczęły delikatnie obracać mnie na drugi bok. - Wiesz co? – odezwała się ta druga z pewnym smutkiem w głosie – Podoba mi się ten chłopak. Szkoda mi go. - To w końcu podoba ci się, czy ci go szkoda. - Myślę, że i to i to. Brakuje mi ostatnio bratniej duszy. - To tutaj akurat się nie pożywisz. Niespodziewanie poczułem, że coś odrywa mi się od twarzy. Jednocześnie usłyszałem piskliwy, pulsujący dźwięk dochodzący z nad mojej głowy. - Uważaj! – usłyszałem podniesiony głos jednej z dziewczyn. Zaczęło brakować mi tchu. - Cholera! - Krzyknęła ta druga. - Nakładaj to… szybko! - Popatrz, przerwało się. - O kurna… leć po lekarza. Dusiłem się. Próbowałem ze wszystkich sił zaczerpnąć powietrza. Nie mogłem. Poczułem ucisk na klatce piersiowej. Ucisk był niezbyt silny, ale rytmiczny. Zacząłem powoli tracić świadomość… i w tym momencie, jakby coś we mnie pękło. Zaczerpnąłem powietrza. Po prostu, aż o mało nie zachłysnąłem się nim. Jednocześnie czułem jak pulsuje mi krew w żyłach, jak serce łomocze mi niczym młot. Ucisk klatki piersiowej nagle ustał. – O rany – dobiegł do moich uszu ściszony i zdziwiony zarazem głos dziewczyny. Oddech powoli zaczął mi się stabilizować. Jaką ja czułem ulgę. Powietrze po prostu w tym momencie miało dla mnie jakiś niebiańsko cudowny smak. Smak wolności, swobody, nie wiem. Po prostu była to dla mnie wspaniała, jedyna w swoim rodzaju rozkosz jakiej nigdy jeszcze chyba w swoim życiu nie zaznałem. Niestety, ale nadal nie mogłem poruszyć żadną częścią mojego bezwładnego ciała. Nawet najprostsza czynność, jaką wydawało by się, jest podniesienie powiek, była nadal ponad moje siły. Raptowne otwarcie drzwi i podniesiony głos doktora przerwało moje myśli. - Co tu się stało? – wyczułem jak doktor podbiegł do wezgłowia łóżka i wykonywał jakieś czynności przy aparaturze. - Robiłyśmy obrządki przy chorym - głos dziewczyny brzmiał usprawiedliwiająco – kiedy, niechcący odczepiły się te przewody… W tym momencie piski aparatury ustały i poczułem wymuszony napływ chłodnego powietrza napływający do moich ust. - Już w porządku – głos doktora wszedł jej w słowa. – Na drugi raz proszę uważać. - Panie doktorze, – głos dziewczyny zabrzmiał nieśmiało – ale, ale wydawało mi się, że ten chłopak zaczął oddychać samodzielnie. - To tylko, pani się tak wydawało – głos doktora był stanowczy - Skończyłyście już zabiegi przy nim? - Właściwie, to tak – usłyszałem głos drugiej dziewczyny. - W takim razie dziękuję paniom. Dziewczyny opuściły pomieszczenie w milczeniu. Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, niespodziewanie poczułem palec doktora, którym uniósł mi powiekę. Przez ułamek sekundy niespodziewany strumień światła zakuł mnie w oko. Zauważyłem jednocześnie nad sobą pochyloną głowę mężczyzny i jego wielce zdziwioną twarz. Puścił powiekę. Ponownie zapanowała biel. Przez chwilę trwała niczym nie zmącona cisza. Niespodziewanie poczułem ukłucie w prawe przedramię. Po krótkiej chwili czułem już tylko ciepło rozpływające się po moich żyłach… i nagle, i nagle poczułem czucie w palcach prawej ręki. Poczułem jednocześnie, że mam coś nasunięte na wskazujący palec. Skupiłem na nim uwagę. Naprężyłem myśli, i o to, stał się chyba cud. Udało mi się nieznacznie poruszyć tym palcem. Równocześnie usłyszałem, delikatny, pulsujący dźwięk dochodzący u wezgłowia łóżka. -

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
BEZSILNOŚĆ — czytnik · opowiadania