Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 14 min czytania

Biała Sukienka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Stoję na rozstajach. Monotonny deszcz spływa z nieba z nieodmiennie nużącym mnie szelestem, męczącym, smutnym, ponurym. Szare niebo płacze, nie widzę promyków słońca, które tak wiele znaczą. Rozstaje są smutnym miejscem, żadna z dróg nie jest dokładnie pewna. Powrócić nie mogę, brama została zamknięta. Zatrzasnęli ją, choć krzyczałam i wołałam o pomoc, moknąc i płacząc, czarne pręty krat nie rozsunęły się przede mną. Widzę przed sobą cztery drogi, cztery długie, niknące w ciemności drogi. Wokół mnie początkowo zbierała się oleista mgła, ale wkrótce zniknęła. Czarne chmury powoli rozbiegają się, ale niebo nie było błękitne jak chabry na łące; było szare, wyprane z kolorów, sprane niczym sto razy prana koszula. Wszystko jest ciche, przerażająco ciche, nic nie wydaje najmniejszego odgłosu. Tylko cisza. Drogi, te cztery odmienne drogi… nad każdą wisi groźba. Wyczuwam ją ponad drogą. Wiem, że groźba jest uzasadniona: opuściłam przecież schronienie, to ukryte za bramą, z własnej woli! Dokonywanie wyboru jest trudne, jak jeszcze nigdy. Patrzę na pierwszą od lewej drogę. Wieje z niej nieludzki chłód, potworny, mrożący chłód. Gdy wychodziłam zza bram schronienia, zapomniałam zabrać kurtki… Droga ta jest biała, oszroniona. Pada śnieg, rozlewając się z sykiem w powietrzu, gdy wpływa w umiarkowaną temperaturę zawieszonych w czasoprzestrzeni rozstajów. Śnieg wiruje, szaleje nad oblodzoną drogą. Tu, gdzie jestem, jest jasno, ale na drodze panuje mrok. Nie ciemna, zła noc, ale granatowa, spokojna, jakby dopiero co zapadł zmierzch. Zimowa Droga. Drugą, środkową ścieżką, jest pokryta kamieniami szosa. Jest wąska, długa, jak każda z dróg niknie w ciemności na horyzoncie. Droga jest wyboista, bardzo, strasznie, okropnie wyboista, pełna dziur, pokryta śliskimi kamieniami, trudna do przebycia. Okalają ją brzozy. Jest tam południe. Widzę blanki słońca, które przemykają pomiędzy liśćmi, widzę poruszający krzewami dzikiego agrestu wietrzyk, czuję jego delikatne, muskające mnie podmuchy. Jest tam ciepło, przyjemnie, tylko droga jest ciężka. Kamienna Droga. Trzecia droga, po prawej, przypomina mi ogród. Porasta ją mech, otaczają wierzby, piękne, wyniosłe drzewa. Tak, tak wygląda raj… Niebo jest stalowoszare, mimo tego wokół pną się róże, rosną kwiaty… Drzewa wyciągają gałęzie ku jeziorku, pyszniącemu się przy granicy ciemności. Leśna Droga. I czwarta, ostatnia droga. Ona jest najpiękniejsza. Najskromniejsza w swoim rodzaju, najrozleglejsza, zachwyca mnie. Jest to dzikość sama w sobie. Widzę łany zbóż. Złote, wysokie i twarde, lśniące rośliny, pszenica, owies… kto wie?, odwracają się w stronę słońca. Pomiędzy dwoma pasami obszernych zbóż pędzi droga, usypana z przeciętnej ziemi; szarej, brudnej, dziurawej… Ale niebo nad tym wszystkim jest błękitne, słońce opromienia lśniące zboża, pomiędzy nimi w górę strzelają czerwone jak korale maki, o pękatych główkach, duże, dzikie, piękne… Prócz tego widzę chabry, rzadko sterczące spośród zbóż, za to wielkie, lśniące, nasycone błękitem, jakby samo niebo odbiło w nich swoje oblicze. Obok drogi widzę kilka domków. Są otoczone płotkami, przed nimi rosną drzewa. Jeden z nich znika w ciemności. Nie podoba mi się to. Boję się ciemności, tej ciemności, strasznej i złej jak nic, co dotąd znałam. Czerń zabiera połowę domu. Nie, nie, boję się. Mimo pięknych zbóż… kto mieszka w tych domach? W oknie wisi firanka, biała, ładna, pelargonie nad drzwiami muszą być podlewane, zwieszają się na framugę kiścią niezwykle czerwonych płatków, przetykanych żywą zielenią puszystych listków, wijących się przepięknie pomiędzy nimi, oplatających je w sieć. Domki są porządne. Białe, czyste, jeden z błękitnym, drugi z czerwonym dachem. Błękitny – to ten, który znika w ciemności, a czerwony widzę cały. Ma ceglany komin. Okno jest przetkane pajęczą siecią szpros ze złotymi listewkami, szyba – idealnie czysta. Firaneczka za nią ma koronkowe wykończenia, jest biała i czysta. Drzwi są wykonane z jasnego drewna, z piękną, srebrzystą klameczką. Więcej szczegółów nie widzę z tej odległości. Ogród zaś… Poza zielonym płotem otaczają go, niczym najeźdźcy, piękni najeźdźcy, zboża. Trawa jest zielona, jakby wyrwana z kontekstu, nie pasuje do tego miejsca, ponurego i smutnego, do rozstajów. Słoneczniki są takie wielkie, żółte, cudowne… Złota Droga. Nie wiem, ile mam czasu, gdzie mam iść, co robić. Muszę wybrać drogę, którą chcę podążyć, nie mam wyboru, nie mogę się później cofnąć. To mój wybór, którego nie można odwrócić, tylko te drogi mogę wybrać. Nie ma bonusów. Cztery drogi, albo wieczna egzystencja pośrodku. Na rozstajach. Pierwsza droga jest straszliwa. Zimowa Droga, zimna, śnieżna, przerażająca. Lodowata. Boję się jej i jej zimna, boję się, że na niej zamarznę… Druga, Kamienna, jest zbyt wyboista, bym dała radę nią przejść. Wiem to. Trzecia, ta Leśna, jest wspaniała. Odpycha mnie tylko stalowa szarość nieba… Jakby było wściekłe. Rozpęta się burza, i co ze mną? Zniszczy mnie piorun? Nie mam dokąd uciec… Gdybym wybrała drogę Leśną, nie mogłabym schronić się przez nawałnicą. Więc nie ona. I Złota, przecudowna Złota droga… Tak, tak zdecydowanie najbardziej mi odpowiada… poza domem z błękitnym dachem. Złowrogo szczerzy ciemnobrązowe drzwi, jakby w złośliwym uśmiechu. Z komina nie leci dym. W dachówce odbija się niebo w kolorze stalowoszarym. Miałabym w nim zamieszkać, kiedy ten z czerwonym dachem już jest zajęty? Nie zrobiłabym tego nigdy. Nie ma więc drogi dla mnie…? Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, w co jestem ubrana. Mam na sobie długą, białą suknię. Moje kasztanowe włosy powiewają, choć nie ma wiatru. Mam brzoskwiniową skórę. Ale droga wciąż się nie ukazuje. Co ja zrobiłam źle, aż tak źle, czekając na niego? Nie wiem, nie mam pojęcia. A teraz muszę wybierać drogę. I jestem samotna. Bez niego. Którą mam iść? Myślę usilnie. Nie wiem. Zimną, skutą lodem, kamienistą, trudną, pełną drzew leśną, czy tą złowieszczą, ale z pięknymi łanami zbóż? Nie mam serca by wybierać. To za trudne. Ale wtedy przed moimi oczami staje scena, która już była, wiem, pamiętam ją, to moje wspomnienie, ale jakby zawieszone w powietrzu, przezroczyste, emanujące dziwnym zapachem, starych książek, moich włosów. Dziesięć lat temu. Na rozstajach, pośród deszczu, stoję ja. Wokół mnie biała przestrzeń, rozmywająca się dalej w kolory moich czterech dróg, ale biała na samym środku, przezroczysta, jednak wyrazista. Stoję tam sama. Mam trzynaście lat. Widzę swoją przerażoną, smutną twarz, włosy pokryte mroźną mgiełką, szronem, ciemne, szeleszczące, lekko pofalowane i odrzucone niedbale na plecy. Oczy. Takie same jak jego, ciemnobrązowe, głębokie. Ubrana w zwykłe, czarne i sprane już…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%