Melodramat · 13 min czytania
Białe bzy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Białe bzy”
Pierwszy raz to był czysty przypadek. Znajdowali się po dwóch zupełnie przeciwnych stronach barykady. On, maturzysta. Ona, nauczycielka z kilkuletnim stażem. Zupełnie przypadkiem, całkowicie nieprzewidywalnie, spotkali się. To było jak olśnienie. Spojrzał na nią i oboje poczuli, że coś się stało. Nie przeczuwali jeszcze, jaki będzie finał. Trzymał w ręku jakiś wydruk. Zajęta kimś innym rzuciła przelotnie okiem na to, co trzymał w dłoniach. Zatrzymała się w biegu za ważnymi, tak jej się wtedy wydawało, sprawami. Na jego kolanach, na przetartych dżinsach, leżało zdjęcie jej ulubionego pisarza, tak po prostu spoglądał na nią z jego kolan tym szyderczym uśmiechem. Chciała sprawdzić, czy wiedział na pewno, czyja to podobizna. - Kto to? – wskazała na zdjęcie, udając zupełnie beztroski ton. Zobaczyła zdziwienie w jego oczach, nieszczególnie był w stanie uwierzyć, że ona tego nie wiedziała. Rzucił nazwiskiem i oczekiwał jakiejś reakcji. Kiwnęła głową i odwróciła się profilem. Nie zrobiło to na niej szczególnego wrażenia, jak sądził. A chciał, żeby zwrócono uwagę na to, czym się interesuje. Potrzebował aplauzu, podziwu i zwykle go dostawał. Ale ona…. była jakąś tajemnicą, zupełnie niedostępną, odległą jak biegun południowy. Odwróciła się przecież ze szczególną premedytacją, nie chciała, żeby ktokolwiek zauważył wzruszenie wywołane tą sceną. Ktoś Go w ogóle czytał, ktoś nosił przy sobie Jego zdjęcie. Ktoś być może Go rozumiał. Ale skąd, dlaczego tutaj, dlaczego w tym momencie? Czyżby ukochany pan pisarz uśmiechał się do niej szyderczo zza grobu. „Myślałaś dziewczynko, że już się poukładałaś z emocjami, że uciekłaś przede mną w szarość..a tu proszę, olśnienie.!” Miała nadzieję, że to moment, chwila, przejdzie, tak, jak zwykle przechodziły jej fascynacje intelektualne. Nie spodziewała się, że ta historia będzie miała swoją kontynuację.
Jej życie było spokojne, wyważone, bez większych zawirowań. Praca w miejscu, które sobie wymarzyła. Dobrzy koledzy i znajomi. Świetny mąż i mała, kochana córeczka. Szczęście? Tak to chyba wtedy nazywała. Nie pamiętała już dokładnie, kiedy to się stało, czy to było pierwsze spotkanie, czy któreś z rzędu. Utonęła w błękicie jego oczu i już wiedziała, że nic nie będzie takie samo. Broniła się za każdym razem, kiedy go widziała, uśmiechała się przelotnie i udawała, że jest tak bardzo zajęta, tak bardzo zmęczona, że nie ma ani minuty. A potem był listopad. Pusta aula szkolna, on przy fortepianie, ona przeglądająca scenariusz imprezy, napięta…do granic możliwości. I nagle…dźwięki wydobywane przez niego z klawiatury…kojące, dodające magii zwykłemu wydarzeniu. Spojrzenie znad fortepianu, chłopięcy, nieśmiały uśmiech, lekkie skrępowanie. Zaczęła pierwsza, właściwie, chcąc tylko przerwać skrępowanie. - Śliczne to…- nie znała się kompletnie na muzyce klasycznej, poza tym, że potrafiła wymienić paru kompozytorów, przyporządkować ich do konkretnego stylu i rozpoznać najbardziej znane utwory. - Tak? – szczere zdziwienie w oczach. Jak ją wtedy widział, nie pamiętał już potem. Kiedy to się stało? Chyba jednak później, wtedy jeszcze nie. Było mu po prostu miło i chyba czuł się bezpiecznie w jej towarzystwie. Niczego od niego nie chciała, nie wpatrywała się rozmarzonym wzrokiem, raczej było to uważne spojrzenie kogoś starszego, stabilnego, rozsądnego. Tak wtedy ją widział. A przynajmniej tak to pamiętał. Wśród ludzi jest się najbardziej samotnym, kręcili się wokół, wymieniali z nią nieistotne zdania, o coś pytali, coś im radziła, krzyczała nawet czasem. Łapała jego spojrzenia, miała idiotyczne wrażenie, że wyczuwali się gdzieś w tej wielkiej przestrzeni wypełnionej ludźmi. Było jej dobrze, kiedy to czuła. Oczywiście, wiedziała, że jest popularny w szkole wśród wrażliwych dziewczynek, że imponował im tajemnicą, którą w sobie nosił. Szukały jego obecności, usiłowały się przebić przez pancerz, którym się otoczył. Udawało się niektórym, jednym na dłużej, innym na krócej. Kiedy wchodziła rano do szkoły, zastanawiała się, czy to widać, że dzieje się z nią coś niedobrego. Czuła się jak wampir energetyczny, kiedy go nie widziała, nie miała w sobie energii, kiedy dostrzegała szczupłą sylwetkę na korytarzu, wstępowało w nią życie. On i jego książki, On i jego fortepian, On i jego dziewczyny…. Kiedy ją wdział na korytarzu, zastanawiał się, co ona w sobie kryje, co nosi pod przykrywką oficjalnego stroju, idealnego makijażu, oczu, często patrzących prosto przed siebie, ale jakby skierowanych do środka, do głębi, jakby rzeczywistość jej w ogóle nie dotyczyła. Czy była ładną kobietą? Nie zastanawiał się nad tym do pewnego momentu, w ogóle nie interesowała go jej fizyczność. Chciał dotrzeć do wnętrza, mimo że spodziewał się, że może to zakończyć się wielką porażką. Często widywali się w sieci. Ona obserwowała jego wpisy, on jej. Wiadomości między sobą zaczęli wymieniać mniej więcej w grudniu…. To było tak….jakby nagle otworzył się przed nimi nowy świat, alternatywna rzeczywistość. Czasem miała wrażenie, że tylko tam jest sobą. On czekał wieczorami na zieloną kropkę przy jej zdjęciu, nie potrafił skupić się na niczym innym, mimo że wiedział, iż traci czas, tak potrzebny i tak gwałtownie się kurczący. Ona szukała w nim zrozumienia, czasem wystarczyło jedno słowo, czasem zdanie. Pisał do niej długie wiadomości. Nie zauważyła, kiedy stał się najbliższym jej człowiekiem, kiedy to on był tym, kto w zasadzie znał rozkład jej dnia na pamięć. Na korytarzach wymieniali tylko spojrzenia i grzecznościowe: „Dzień dobry”. Pamiętała dobrze ten smutny, zimowy poranek, wpadła lekko spóźniona do szkoły, śnieg poprzylepiał się do jej ubrania i reklamówki, w której przyniosła sprawdzone wypracowania. Siedziała nad nimi prawie całą noc, towarzyszył jej szum laptopa i zielona kropka przy jego nazwisku. Obiecał, że będzie z nią siedział, dopóki się nie wyłączy. Prosiła parokrotnie, żeby szedł spać, a jednocześnie jego obecność jakoś pomagała. Rozumiał jej dylematy, jej problem z wystawieniem złej oceny. Mimo że pracowała już ładnych parę lat w tym zawodzie, wciąż trudno było jej stawiać jedynki. Więc wbiegła do szkoły, pobrała klucze od portiera i nieopatrznie wypuściła…