Psychologia · 7 min czytania
Białe Zimno
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
"Czy miłość może udać się w takie białe zimno"? To były ostatnie słowa, jakie zdążyłem do niej wypowiedzieć.
Śnieżyca była okrutna. Biel zwyciężyła nad szarością i uwięziła ją w posępnych, przeszywających zimnem do szpiku kości kazamatach. Nikt nie spodziewał się zmian... i nikt ich nie odczuł. Zima zaprowadziła nowe rządy, równie mroczne jak smutek jesieni i złudna radość lata i wiosny. Gdy szedłem przez ulice miasta w nowym, ulubionym płaszczu niczym w zbroi kroczącego samotnie człowieka, który postanowił zmierzyć się z nieuniknionym, przypominałem głupca skazanego na porażkę. Nie mogłem wygrać z chłodem. Mróz dominował wszędzie. Również w moim umyśle i sercu. Lodowata śmierć swym potępieńczym, oszalałym rechotem kusiła do zaułków, gdzie ludzie w kapturach i grubych wełnianych czapkach dawali znak swojej obecności tylko za pomocą żarzącego się papierosa. Było bardziej niebezpiecznie niż kiedykolwiek. Przy niej nie było lepiej. Spotkaliśmy się w styczniu. Miało padać przez najbliższe kilka dni. Byli też tacy, którzy w cieple swoich domów martwili się o stan dachów i balkonów. Ja do nich nie należałem. Podobno najwspanialsze refleksje powstają pod wpływem cierpień. The more you suffer, the more it shows you really care. Stąpałem przez piekło, walkirie przeszłości nie spoglądały jednak za mną. Nie słyszałem szalonego przelewania się obrazów w czeluściach mózgu, niewypowiedzianie szybko przesuwających się slajdów, w których dominowała czerń i ból. Ich dźwięk przypominał szelest skrzydeł mrocznych bogiń. Śnieg był popiołem. Zupełnie jak w Cichym Wzgórzu. Stanąłem na dziedzińcu szkoły podstawowej. Obok mnie stało dumnie olbrzymie drzewo, ustrojone w biały puch, ale jednocześnie nagie jak obdarte z godności i mocy anioły. Nie zdawało się jednak płakać za utraconą zielenią i złotem dawnych dni. Takie miejsca nie przypominały wcale słonecznych wakacji. Nieopodal tego drzewa była barierka, na które siedziałem z przyjaciółmi strojąć głupkowate miny. Teraz zdawało mi się, że to jedynie ukradzione eksponaty z muzeum cudzych wspomnień. Bardzo cudzych, tak nierzeczywistych, że nie wiesz, czy to wydarzyło się naprawdę, czy odwiedziło cię jednej z samotnie spędzonych nocy. Drzewo było niczym. Minęło mnie dwóch marznących mężczyzn w drelichowych czarnych kurtkach. Śmiali się z czegoś i patrzyli na mnie, stojącego pośrodku śniegu jak kurhan starożytnego wojownika. Nie miałem broni. Miałem tylko czas i chęć, by mimo wszystko na nią tu czekać. Nadeszła od strony starej, omszałej budy zamkniętego sklepu. Zabawne jest, jak wszystko planujemy, i jak bardzo mamy świadomość, że z nadejściem tej osoby wszystko sypie się w gruzy. Miała na sobie podobny płaszcz. Nie szedłem w jej kierunku. Stałem. Od zabudowań a miejsca w którym stałem było raptem kilkadziesiąt metrów, jednak jej marsz wydawał mi się nieskończenie długi. Nie widziałem nic poza upragnioną sylwetką. Inne choinki przypominające strażników naszego spotkania lub jej przyboczną gwardię, zaspy śnieżne niczym hałdy spopielin, martwe…