Fantastyka · 12 min czytania
Biały czerwiec
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Biały czerwiec
Park zmienił się nie do poznania. Chwała bogom, po paru godzinach tłuczenia się autobusem, wysiadłam w okolicach mojego starego liceum. Ciekawe, jaką minę zrobi matka na wieść o zdanych egzaminach i przyznaniu stypendium. Cóż, pozostanie to tajemnicą przez najbliższą godzinę, bo tyle trzeba czekać na następny autobus. Tak się składa, że nie ma bezpośredniego połączenia między Krakowem, a moją zapyziałą wioską. Godzina, kupa czasu. Książka w torebce plus parkowa ławka i już można pożytecznie wykorzystać tych kilkadziesiąt minut. Zdębiałam na widok kamiennego muru, otaczającego park. Po cholerę ktoś miałby ogradzać parę przyschniętych drzew i zaniedbany trawnik? Podeszłam do bramy, chyba wykonano ją dawno, bo rdza nieźle się rozpanoszyła. Na stalowych prętach wisiała przekrzywiona tabliczka: „Park im. Ofiar Białego Czerwca”. Cóż, za ekstrawagancja w zmianie nazwy, wcześniej patronem paru starych drzew był sam Mickiewicz. Mur, nie mur, wolno wchodzić, nie wolno – nie zastanawiając się nad tym chwyciłam za klamkę i znalazłam się na żwirowej alejce. Wiatr zamknął za mną zardzewiałą bramkę. Usta same otworzyły się ze zdziwienia, bo od czasów licealnych wszystko uległo zmianie. Zamiast starych ławek, które licealiści namiętnie ozdabiali dwuznacznymi rysunkami i napisami, widziałam nowiutkie ławeczki, prosto spod dłuta stolarza. Nawet układ alejek był nieco inny. Tylko drzewa i budynek świetlicy przypominały dawne czasy; te same grube pnie, te same odrapane ściany i wybite okna. Pal licho zmiany, w końcu nie było mnie tu od ładnych paru lat, a park wyglądał tak ładnie, jak zaraz po jego otwarciu, bodajże w 1996. Ławka wyglądała wprawdzie na nową, ale była niewygodna jak cholera. Każda nierówność deski, każdy sęk uwierał tu i tam. Co za partacka robota, jak zwykle biedna gmina szła na ilość, nie jakość. Po chwili zatopiłam się w książce, bo nic nie rozluźnia tak jak dobra lektura, zieleń i czerwcowe słońce. Burza przyszła nagle, bez zapowiedzi. W jednej chwili niebo zasnuły granatowe chmury. Liście zaczęły uginać się pod ciężarem kropli. Prawdę mówiąc, ja też. Gdy z hukiem drzwi wpadłam do świetlicy, całe ubranie zdążyło już zmoknąć. Nawet dzieło Vonneguta nie uszło przez rozszalała wodą. - Cholera! – zaklęłam, stojąc w progu. Jeszcze tego brakowało, żeby ostatni autobus odjechał beze mnie z powodu jakiejś burzy! I nagle to poczułam. Wiecie, o co chodzi, prawda? Najpierw pojawiło się mrowienie na karku, potem gęsia skórka i pewność – nie przeczucie – pewność, że ktoś tu jest, że ktoś obserwuje. Nie byłam w świetlicy sama. Pokój był ciemny, bo większość ocalałych okien zabito deskami. Stare biurka, parę połamanych krzeseł – wnętrze przestawiało typowe pobojowisko o tornadzie upływającego czasu. Wszystko wyglądało w miarę normalnie poza jednym. Ktoś w mrocznym kącie palił papierosa. - O, Boże! - Bez tych uprzejmości, bo wpadnę w samozachwyt – dziewczyna przesunęła się w stronę światła, wpadającego przez szpary między deskami. Nogi się pode mną ugięły, gdy narkomanka zaciągnęła się ostro skrętem. W oparach papierosowego dymu można było dostrzec pozlepiane kosmyki włosów. Może kiedyś miały kolor blond, teraz brudne okalały twarz prosto z obozu koncentracyjnego. - Zmokliśmy? Straszne! – z zaczerwienionych oczu ciekły łezki, z popękanych ust kropelki krwi. – Chwała bogom za świetlicę i miłe towarzystwo. - Jestem Gośka – otuliłam się przemoczonym sweterkiem, bo roniło się coraz zimniej. Natomiast narkomanka wydawała się szczęśliwa w brudnoróżowej bluzeczce i spranych dżinsach. – A ty? - Imię me legion – zakasłała, nie miała butów, pryszcze na stopach wcale nie dodawały reszcie uroku. Zapanowało milczenie. Było mi głupio, a szkliste oczy dziewczyny nie podnosiły na duchu. Jeszcze tylko brakowało jej kolegów z zapasem skrętów i strzykawek. - Wracam do domu – zagaiłam. – Mam nadzieję, że zdążę na autobus o 15.40. Spojrzała na mnie z politowaniem. Zatem ciężar prowadzenia rozmowy spadł w całości na biedną przemoczoną studentkę. - Nie wiesz, czemu zmienili nazwę na Ofiar Czerwca? Dym na chwilę zasłonił zaczerwienione oczy. - Białego Czerwca, moja droga. - Prawie trafiłam. - Prawie robi wielką różnicę. Cholera jasna! Czemu muszę czekać akurat w obskurnej ruderze w towarzystwie tego czupiradła? Nagle spod zdemolowanego biurka dobiegł pisk. Szczur przeleciał przez pokój jak strzała, z hukiem wpadł do drugiego pomieszczenia. Wrzasnęłam, bo gryzoń był większy od kota. - Co to było? - Może szczur? - Tego się akurat domyśliłam! Boże, wielki… - Jak kot, wiem. Czarnobyl, te sprawy, mutacje chodzą po ludziach i ich współlokatorach – narkomanka filozoficznie wypuściła dym z ust. – Nie panikuj, mała. W kanałach kręcą się gorsze rupiecie. - W czym? - No, w kanałach. To takie grube rury pod ziemią… - Wiem, co to są kanały! - To po co się pytasz, uspokój się, bo ci żyłka w ślicznej główce pęknie. Czułam pot spływający po plecach, gęsia skórka za nic nie chciała ustąpić. Drżąca nie tylko z zimna, przysiadłam na krzywym krześle. Na zewnątrz padało i padało. Przez szpary w oknach widziałam niebo, czarne od chmur, złowieszcze. - Nie wiedziałam, że tu są kanały. - Widać mało się interesujesz okolicą. Kanały równa się Biały Czerwiec. - Co mnie obchodzi jakaś sekta? - A tym bardziej jej ofiary, nie? Gdzie studiujesz? W Krakowie? Tam też chyba jest plac o tej nazwie. Tam czerwcówki zebrały najkrwawsze żniwo. - To było dawno. Park zawsze był Parkiem Mickiewicza. Po cholerę zmienili nazwę? - Bo zbliża się rocznica. Ci wszyscy, którzy zginęli mieli rodziny. Nie pomyślałaś o nich? - Do sekty przystępuje się dobrowolnie. Mogli wybrać coś innego niż śmierć z przedawkowania w akompaniamencie śpiewów guru. Narkomanka…