Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 26 min czytania

Biały murzyn Europy (1)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Biały murzyn Europy

„Nie ma większego cierpienia Niż wspominać szczęście wśród niedoli” Dante Alighieri (Tłumaczenie Agnieszki Kuciak)

1. Wszechmogące prostowniki.

Istnieje taki moment tuz przed przebudzeniem, kiedy sen ześlizguje się jeszcze z powiek ale mózg, już na krawędzi rzeczywistości nie ma pewności, czy jeszcze śni, czy już jest na jawie. Szczególnie kiedy budzi się w nieznanym miejscu a sen był koszarem.

Szczególnie kiedy całe życie było koszmarem. Dwudziestosiedmioletnim, całodobowym powtarzającym się koszmarem przerywanym cyklicznie jeszcze posępniejszymi snami.

Krzyczałem. Bóg jeden wie jak długo i głośno. Musiałem jednak wrzeszczeć ze szczególnym natężeniem, gdyż czyjeś życzliwe dłonie poczęły szarpać mnie bezczelnie, usiłując odwrócić na bok.

Jakieś twarze migały mi przed oczyma, aż wreszcie świadom słów, choć niepewny realności całego zajścia wywrzeszczałem jedyne sensowne w danej chwili zapytanie:

- Co jest do chuja!?

- Uspokój się synu, nie mamy wyjścia, to ci pomoże zasnąć i się uspokoić.

- Puszczajcie zarazy, kanalie, sukinsyny, capy z osranymi jajami!!!

Szarpaliśmy się rozpaczliwie przez kilka chwil zdających się nieskończonością, aż jej kres stanowiło zimne ukłucie w dupę, tętniące bólem, który promieniując zamieniał się w zbawczy chłód. Sen ponownie wślizgiwał się na powieki okrywając je całunem zobojętnienia. Przywoływał cienie, mgłę i spokój. Odpływałem, dryfując bezładnie po ciemnych wodach obłędu. Ponownie urwał mi się film.

Kolejne przebudzenie nastąpiło po nieokreślonym czasie, jednak ściemniało się i dzięki odwiecznej wędrówce słońca doszedłem do wniosku, że musiałem leżeć bez ducha przynajmniej dwanaście godzin.

Przełyk palił mnie jakbym połknął papierosa popijając etyliną, fala żółci zbierała się powoli gdzieś w żołądku. Kilka silniejszych torsji wstrząsnęło pokojem, krajem i zaświatami. Wyrzygałem się na linoleum podłogi czyniąc zwyczajowy hałas. Niektórzy potrafią rzygać w ciszy. Ja zazwyczaj wrzeszczę jak jakiś zatracony wokalista z lat osiemdziesiątych. Lenny z Motorhead dla przykładu. Mój rock n roll’owy paw wzbudził zainteresowanie mych nadzorców.

Wciąż jeszcze nie miałem pewności czy jestem na izbie wytrzeźwień, szpitalu, domu wariatów czy jeszcze gdzieś indziej. Byłem niesamowicie zamroczony, z najwyższym trudem zdając sobie sprawę z własnego położenia. W każdym z wymienionych przybytków zdarzało mi się już bywać. Nigdy jednak nie było pewności. W Polsce w ogóle można być pewnym jedynie kilku rzeczy. Poza śmiercią i podatkami zawsze są jeszcze najebani kierowcy i niedokształceni urzędnicy. Wiedziałem przynajmniej, że wciąż jeszcze jestem w Polsce. Nie napawało to szczególnym optymizmem, ale zawsze mogło być gorzej.

Byłem przypięty do łóżka pasami. Za ręce i nogi wzdłuż tułowia co mocno ograniczało możliwość wyciągnięcia głowy poza łoże wobec czego rzygowiny spływały na zielonkawe linoleum podłogi poprzez przepocone prześcieradło. Śmierdziało jak w wylęgarni smoków.

Poprzez załzawione oczy, gdzieś na wąskiej krawędzi wymiarów ujrzałem dwie pielęgniarki, być może tylko mi się zdawało. Mimo wszystko obecność niewiast, choćby tylko wyobrażona uspokajała. Zawsze łatwiej je oczarować i wydobyć odpowiedzi, niż od wąsatego oficera z izby wytrzeźwień o twarzy zazdrosnego pedofila sadysty.

- Odwiąż go z pasów, zaniesiemy go do kibla… Może pan wstać?

W odpowiedzi narzygałem jej na chodaki i upadłem w jezioro wybroczyn. Jakoś jednak wstałem. Wsparty na niewiastach dotarłem do sracza, gdzie czas jakiś oddawałem się rytualnym modłom.

- Musi pan wziąć prysznic, słyszy pan?

Wrzeszczała na mnie z gdzieś bardzo daleka. Słyszałem, nie rozumiejąc wiele. Położyłem się na kafelkach a one odkręciły wodę, wykąpały mnie, zmieniły pościel i ułożyły na powrót do koja.

Kiedy przebudziłem się po raz kolejny z przedramienia sterczała mi przezroczysta linka bogata w jakąś nieodgadnioną ciecz o żółtym kolorze. Naskórek wokół welfronu napuchł nieco, naokoło rósł ogromny siniak. Mam cienkie żyły i ciężko się wkłuć, zapewne kiedy spałem jakaś praktykantka nabywała niezbędne doświadczenie na mych zwłokach. Tym razem miałem już siłę unieść się o własnych siłach. Wstałem, momentalnie pociemniało mi przed oczami.

Podtrzymała mnie i na powrót posadziła na łóżku.

- Pan jest niemożliwy, dwa dni leżał bez ducha na intensywnej terapii a teraz startuje jak na wyścig pokoju, życie panu niemiłe czy co?

- Co mi się stało siostrzyczko, jak tu trafiłem?

- Nic Pan nie pamięta?

- Gdyby było inaczej nie zadawałbym głupich pytań.

- Ja nic nie wiem, dzisiaj skończył mi się urlop, jak zaczęłam zmianę leżał pan nieprzytomny, później krzyczał, wymiotował i recytował czyjeś wiersze, chyba Słowackiego, ale pewności nie ma…

- Podobało się Pani?

- Pan raczy żartować, lekarze mówili cały czas o panu, ponoć dawno już nie widziano tu takiego ewenementu, a tu się zazwyczaj sporo dzieje.

- Chodziło mi o poezję siostrzyczko, nie występy o charakterze artystycznym… jak właściwie ma pani na imię.

- Agnieszka…

- Bardzo ładnie… i te oczy, wraca mnie pani światu droga Agnieszko, w tym świetle wprawiłaby pani w zachwyt wszystkich greckich filozofów.

- Pan doprawdy jest niemożliwy zaraz zawołam psychiatrę! Trzy dni bez ducha, budzi się ledwo i już plugastwa w głowie!

- Ale proszę się nie unosić, oczarowała pani moje deliryczne wizje i aż do opuszczenia tego szlachetnego miejsca o nikim innym nie będę już w stanie myśleć, w sumie szkoda, że nasze pierwsze erotyczne zbliżenie nastąpiło kiedy leżałem nieprzytomny na kafelkach w sraczu ale wie pani jak mawiają, żaden moment nie jest właściwy i żaden czas dostatecznie dobry…

- Pan wybaczy ale półżywi młodzieńcy z klasycznym wykształceniem, nawet najbardziej intrygujący, zatopieni we własnych wymiocinach i dziwacznej frazeologii jakoś nie rozpoczynają mojej listy kandydatów o charakterze matrymonialnym.

- Chwila słabości to wszystko siostrzyczko…

Rzekłem z najsłodszym z uśmiechów, starając się dotknąć jej dłoni. Odskoczyła na bezpieczną odległość rumieniąc się w półmroku pokoju.

- Cztery dni słabości, dwa na oddziale detoksykacji i leczenia uzależnień plus dwa na ojomie, o wilczy bilet na dalszą odległość naprawdę niełatwo, poza tym ma pan niedawno pozszywaną głowę, co zapewne świadczy o zamiłowaniu do sportów walki, bądź też miłości jednostronnej, co tym bardziej pana dyskwalifikuje. Proszę bardzo, szwy jeszcze nawet nie ściągnięte…

- Mniejsza o to, jeszcze mnie pani nie zna, ja tak mogę bez przerwy i nigdy się się poddaję.

- Pan wcale nie musiał tego mówić, to zwyczajnie widać.

- Niech i tak będzie, Agnieszko, skoro chwilowo nie życzysz sobie dzielić ze mną co masz najlepszego, mogłabyś ewentualnie, tak w ramach pocieszenia poczęstować nieszczęśnika papierosem?

- Tutaj można palić tylko do dwudziestej trzeciej, co dwie godziny, teraz jest czwarta rano, cisza nocna, poza tym ma pan swoje papierosy, są w szafce obok łóżka, zabraliśmy zapalniczkę za względów bezpieczeństwa, rano, od szóstej, otwieramy palarnię…

- Jakże troskliwie dba pani o moje zatracone zdrowie, niesłychane.

- O pana i jeszcze piętnastu innych deliryków.

-Łamie mi pani serce droga Agnieszko, ale co z tym papierosem, sama mówiłaś, że spałem trzy dni, tak długi czas bez ulubionych używek dla nałogowca to okropnie długa nieskończoność.

- W sumie sama szłam zapalić, myślę, że możemy zrobić wyjątek, jak się pan w ogóle czuje?

- A jak wyglądam?

- Nienajlepiej.

- No właśnie.

Wstałem powoli podtrzymując się stojaka od kroplówki. Pokonanie dwóch metrów dzielących łóżko od klozetu stanowiło niewyobrażalny wysiłek, jednak nie mieniło mi się już przed oczyma, coraz mniej kręciło w bani. Agnieszka szła obok asekurując mnie w razie czego. Weszliśmy do sracza i odpalili po fajce. Zasiadłem na klapie klozetowej i czas jakiś przyglądałem się jej badawczo. Była mniej więcej w moim wieku, szczupła blondynka o znudzonych szarych oczkach. Dość ładna i wyraźnie cierpiąca brak silnych wrażeń w swoim monotonnym, zwyczajnym życiu.

Dobrze znałem ten typ, wystarczyło uważnie się przyjrzeć, jej ukradkowym spojrzeniom, w których z rzadka, na ułamki sekund błyskały płomyki pożądania, aby zniknąć zaraz pod pozorem powagi i dorosłości. Jak każda marzyła o spokojnym i kochającym chłopaku, który po jakimś czasie okazywał się zwyczajnie nudnym i leniwym sukinsynem, a sex mechanicznie czynioną powinnością potrzebną jedynie do gaszenie chwilowych napadów dziesięciominutowej pasji.

Pod fasadą powagi i dorosłości tlił się żar, którego sama nie rozumiała, a jedynie czuła jego złośliwą obecność, jak drzazgę pod skórą. Jej ukryte ja wrzeszczało; rzuć tę pracę, jedź w świat, idź się upić, zrób cokolwiek póki jeszcze jesteś młoda i niebrzydka, zanim nastanie czas kiedy nie będzie już wyjścia i niezbędnymi do swobodnego funkcjonowania w społeczeństwie stanie się małżeństwo, stała praca i tym podobne gówna.

Jednak tkwiła wytrwale w nudnej pracy, wmawiając sobie, że ją lubi, przecież studiowała po to, aby ją wykonywać. Była z chłopakiem, bo choć nudny i zwyczajny, był w gruncie rzeczy doskonały, nie zdradzał jej, nie pił, nie wszczynał awantur, pragnął stabilizacji. Jedyną szaloną rzeczą na jaką się odważyła było kilka imprez gdzie uchlała się w trupa i zarzygała taksówkę, być może wypad na przystanek Woodstock, by choć przez chwilę poczuć się częścią większego od siebie buntu. Który był zresztą buntem złudnym i przereklamowanym.

Dlatego bliskość człowieka takiego jak ja, którego całe życie jest zwyczajnie opisem i definicją buntu przeciwko zastanemu porządkowi rzeczy, sprawiała, że jej kamuflowane ja, ta drzazga pod skórą uwierała jakby silniej i dokuczliwiej.

-Dziękuję- powiedziałem wreszcie- za życzliwość i humanitaryzm, rzadko mnie to od ludzi spotyka.

- Proszę nie czynić sobie złudzeń, taka praca- odparła uśmiechając się w sposób, który przyprawiłby mnie o twardziela, gdybym tylko nie ciągnął tak długo i zapamiętale kokainy przez ostatnie tygodnie.

- Sama pani sobie robi złudzenia, ale niech to zostanie naszą tajemnicą.

- Pan jest doprawdy niemożliwy- powiedziała gasząc fajkę w kranie i wyrzucając ją do plastikowego śmietniczka na podłodze- tylko proszę nie mówić nikomu…

- Proszę się nie martwić, słynę z dyskrecji.

- Da pan radę wstać? Czas wracać do łóżka, czy potrzeba panu jeszcze czegoś?

- O huraganie zmysłów jak sądzę mogę chwilowo jedynie pomarzyć, ale nie odmówiłbym sobie kolejnego zastrzyku z jakiegoś sensownego usypiacza.

- Na pewno ma pan coś przepisane, zaraz sprawdzę. To co? Wstajemy powolutku?

Po raz drugi odeskortowała mnie do miejsca spoczynku, tak bliskiego i odległego zarazem. Pomyślałem, że tak właśnie musi wyglądać starość, której nigdy nie miałem w planach co do własnej osoby. Zawsze liczyłem, że przy spożyciu wyskoku i narkotyków jakie uskuteczniałem od najmłodszych lat, trzydziestka będzie ostatecznym kresem mojej podróży przez czas. Ostatecznym kresem wątroby i mózgu. Granicą nie do przekroczenia. Barierą nie do ominięcia. Właśnie teraz, na żywo, otrzymywałem konfirmację zakładanych tez.

Pokój ginął w mętnej zielonkawej poświacie jaką dawało światełko nad drzwiami. Dopiero teraz spostrzegłem, że jedna ze ścian była szybą za którą znajdowała się dyżurka pielęgniarek. Ponownie łapał mnie dreszcz. Dziwaczne obce zimno nawiedzało całe moje ja. Zaczynało się od głowy i stopniowo przechodziło na resztę ciała. Złe zimno, bezradność i rozpacz. Bezkres smutku i cierpienia.

Agnieszka nadchodziła ze strzykawką. Słyszałem ściszone głosy, drzwi od dyżurki i jej kroki na korytarzu.

- Dasz radę się odwrócić?- zapytała zamyślona.

Zawinąłem się na bok zsuwając nieco bokserki. Ukazawszy jej rąbek swej szlachetnej dupy, przemówiłem.

- Tylko się nie przyzwyczajaj, następnym razem, mam nadzieję, ty pokażesz mi swoją - powiedziałem cały rozdygotany, starając się dalej robić dobrą minę do horroru.

- Bardzo z panem źle, nie sądziłam, że aż tak. Teraz zaśniesz, ale nie na długo, to nie będzie dobry sen i raczej przyniesie same koszmary.

- Na pewno nic, czego jeszcze bym nie widział- powiedziałem i raz jeszcze urwał mi się film.

Nie śniłem jednak koszmarów ani nic. Zapadłem zwyczajnie w ciemności aby ocknąć się rankiem. Agnieszka przyszła żeby zapytać czy będę jadł śniadanie. Nie miałem specjalnej ochoty poznawać pozostałych alkoholików siorbiących chciwie życiodajną owsiankę w stołówce, więc wyłgałem się brakiem sił. Wstałem, powlokłem się do sracza i zapaliłem fajkę. Nocą zostawiła mi zapalniczkę. Odlałem się ciemnopomarańczowym szczochem i wróciłem do łoża.

- Tu nie wolno palić- powiedziała z zalotnym uśmiechem, kładąc talerz z moim śniadaniem na metalowej szafce- jak się dziś czujemy?

- Może być, chociaż kanału La

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%