Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Erotyka · 20 min czytania

Biały murzyn Europy (2)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

2. Płomień Tuż przed obiadem stara piguła odłączyła nasze puste już kroplówki i powlekliśmy się z moim lokatorem do stołówki, podtrzymując nawzajem. Welfrony dalej malowniczo wisiały nam u żył. Długi ciemny korytarz był gęsto oblepiony antyalkoholowymi plakatami i wesołą twórczością rezydentów. Odczytaliśmy deliryczny wiersz anonimowego autora, traktujący o odrodzeniu moralnym jakiemu się poddawał kilka lat temu w tym samym ośrodku. Pewien byłem, że nie minął nawet miesiąc od jego wyjścia z detoksu, jak ponownie chwycił za oręż, zasiadając w jakimś nadzwyczaj oblężonym okopie na alkoholowym froncie. Tuż obok stołówki znajdowały się drzwi wyjściowe na świat. Przezornie nacisnąłem klamkę, aby stwierdzić, że wrota są zaryglowane. Nie będzie wcale łatwo stąd spierdolić, pomyślałem sobie, rozpatrując alternatywne drogi ucieczki. Jakiś grubas spieszący ku korytu z kubkiem w dłoni zbliżył się do nas uśmiechając złośliwie. - To jest oddział zamknięty panowie- rzekł z nieukrywaną radością jaką daje idiocie złudne poczucie wyższości nad kimś innym. - Doprawdy? A ja myślałem, że jesteśmy na zielonej szkole- odparłem robiąc zeza. Grubas zmierzył mnie wzrokiem i z wyrazem nieukrywanego oburzenia odszedł wpierdalać obiad. - Czasem się zastanawiam czy przywieźli cię na odpowiedni oddział- powiedział mój lokator- być może psychiatryk byłby bardziej stosowny w twoim przypadku. - Żadna różnica, wszyscy i tak jesteśmy wariatami, tylko bez odpowiedniej diagnozy- odparłem i wkroczyliśmy do stołówki. Siwy jegomość z wąsem nakładał żarcie przywiezione na wózku. Nam dwóm podał obiad bez kolejki i niemym gestem nakazał zasiąść przy jakimś stole. Alkoholicy siorbali zupkę cmokając jak przemawiający do tłumów Jarosław K. Kiedy weszliśmy spoglądali na nas ukradkowo. Rzut okiem na tę zatraconą w opilstwie zbieraninę wystarczył, bym zorientował się, iż większość z ich bezzębnej zgrai pochodziła z okolicznych wsi, gdzie zaprawili się wyrobami spirytusowymi już tak potężnie, że bez pomocy szpitala bezsprzecznie zawędrowaliby na zieloną trawkę. Usiedliśmy przy stoliku pod oknem gdzie siedział jeden tylko dziadyga w pidżamie, chciwie siorbiąc ogórkową. Dolewał sobie co chwila, raźno wywijając chochelką. - To miejsce fryzjera- powiedział z dziecinnym uśmiechem. - Chuj z fryzjerem- odpowiedziałem, tak, żeby wszyscy usłyszeli. Dziadyga zakrztusił się kartoflem i zarzęził potężnie, opluwając całą pidżamę zupką. Grubas podszedł do niego i pierdolnął z rozmachem w plecy. Dziadyga wówczas wypluł swój kartofelek z powrotem do talerza, otrząsnął i ponownie uśmiechnął jak dziecko. - Bóg zapłać- powiedział kiwając głową, po czym nabrał na chochelkę więcej zupy i uzupełnił talerz. Grubas stanął za mną i nie wydawało się, aby miał zamiar ustąpić. Miałem go głęboko w dupie i sączyłem ze swojego talerza. - Dziadzia wytłumaczył ci już, że siedzisz na moim miejscu- powiedział. Nie odwracając się upiłem łyżeczkę, odstawiłem od ust i zatopiłem w talerzu. - A ja mu odparłem, że chuj z fryzjerem- odrzekłem- odejdź grubasie, zanim stary wychla całą zupę na stołówce i twoje pasożyty pójdą spać głodne. Złowieszczy szum przewinął się po wąskiej stołówce niczym fala. Idiota położył mi rękę na ramieniu. Spojrzałem w wodniste oczy mojego lokatora, który był już cały mokry od potu i z napięciem obserwował zajście. - No już, zwijaj młody, to moje miejsce… Odstawiłem łyżkę, chwyciłem widelec w prawą dłoń, lewą przycisnąłem jego dłoń do ramienia, za które mnie trzymał, prawą ręką wykonałem wymach, wykręcając go i obalając na sąsiedni stół samą dynamiką i bólem jaki odczuł w wykręconej ręce. Przytrzymałem go lewą, za wykręcony nadgarstek, by prawą przycisnąć widelec do krtani. - Powiedz mi to teraz a ogolę cie po raz ostatni! - Ppp…puść… nnn…ic cccii nnie zz..r..oo…bię. Przycisnąłem widelec mocniej. Ktoś wstał, ale mój lokator wstał również uderzając stołkiem o ścianę, tamten usiadł potulnie bojąc się utraty pozostałych dwóch zębów. Typowa polska solidarność i braterstwo dały raz jeszcze znać o sobie, nikt się nie poruszył. Znali się pewnie wszyscy spod miejscowych murków i skwerków, jednak zesrani milczeli, pokornie wbijając wzrok w żarcie przed sobą. Dziadyga się cieszył, kiwając głową z uznaniem. - Hehehe jak we filmach z Bruse lim- zawył uradowany, klaszcząc wysuszonymi dłońmi. - Ty też siadaj grubasie- wysyczałem i pchnąłem go, kopiąc w kostkę, tak, że zahaczył nią o drugą nogę i jebnął jak długi z pluskiem między stolikami. Wyprostowałem się, a adrenalina schodziła tak mocno, że z miejsca pociemniało mi w oczach i upadłem na grubasa, ogórkowa wzbierała mi w gardle zieloną falą i soczyście rzygnąłem mu na tors. Pociemniało mi w oczach. Na twarzy poczułem tylko chłód posadzki i bezwład wszelkich kończyn, a później już nic. XXXX Bar był jasny i czysty. Kilka par siedziało przy stolikach rozmawiając między sobą ponad ognikami zapachowych świeczek. Spokój miejsca udzielał się wszystkim. Szczupły barman polerował szkła. Radio grało jazz. Wsadziłem mój długi, żydowski nochal do szklanicy z whisky chłonąc jej specyficzny zapach całym sobą, a potem wypiłem na raz i kojące ciepło wybuchło elektryzująco napędzając serce. Krew przyspieszyła. Kolejna szklanka sunęła już w moją stronę, po marmurowym blacie. Złapałem ją i mrugnąłem na barmana. Skinął głową uśmiechając się. - Dawno cię nie było- odezwał się Misza Grisza zza moich pleców- ile to już będzie? Z trzy lata Marco. - Tak- odparłem w zamyśleniu- trzy lata, dwa miesiące i szesnaście dni. - Nie sądziłem, że wrócisz do Anglii, miałem nadzieję, że zobaczymy się jeszcze, ale nie wierzyłem w to. - Ani ja nie wierzyłem, wiele się wydarzyło, kiedy mnie nie było, ale ty nie zmieniłeś się nic Misza. - Ty za to schudłeś i postarzałeś się mocno, a i co do mnie się mylisz, ale o tym później. - Jak tutaj trafiłem księżycowy druhu, nie pamiętam samolotu, ani drogi, a ten płaszcz, który mam na sobie… przecież przepadł dawno temu. - W życiu przepadają tylko rzeczy, o których zapominamy. Tutaj wszystko jest tak jak je zostawiłeś; i płaszcz, i metalowa rękawica, i dziura w szybie, twój kij od bilarda czeka wciąż na szafie, i dziewczyny, zaraz zadzwonimy, przyjdą jak dawniej, nie przyznają się nikomu, ale bardzo tęskniły za tobą, jak my wszyscy. Tutaj naprawdę nie zmieniło się nic i brak nam twojej zakazanej gęby. Nudno jest. Misza Grisza usiadł na stołku obok, a jego drink nadjechał po marmurowym blacie, zatrzymując się dopiero w oczekującej nań dłoni. - Dlaczego tutaj jestem Misza? Nie rozumiem nic z tego. - Jesteś tutaj, bo ciągle nie umiesz nas zostawić. Tęsknisz tak samo, choć nigdy nie przyznasz się do tego. - Daj spokój, wiesz przecież, że nie okłamałem cię nigdy i zdajesz sobie sprawę, dlaczego musiałem wyjechać… - Oczywiście, ale choć zostawiłeś nas, nie odszedłeś stąd nigdy. Dalej żyjesz w sercach ludzi, tak jak my żyjemy w twoim. Ale czas się pożegnać, przynajmniej ze mną… zanim jednak odejdę, muszę zabrać cię w kilka miejsc i pokazać kilka rzeczy. Dopiliśmy drinki na raz i z chwilą, kiedy nasze pękate szkło dotknęło zimnego blatu baru- szliśmy już po głównej ulicy pod arkadami. Było zupełnie pusto, ciemno i cicho. Nie wiał wiatr, czuć było ciepły asfalt ulicy i lekką bryzę do morza zmieszaną ze smrodem Fast foodów. Misza Grisza szedł obok paląc papierosa, zerkał na mnie ukradkiem i coś wyraźnie bawiło go w całej sytuacji. - Nie podoba mi się kierunek w którym zmierzamy- powiedziałem poirytowany jego rozbawieniem. - Obawiasz się? Tak bardzo znienawidziłeś to miejsce? - Nie wkurwiaj mnie Misza, wiesz przecież, że w amoku miałem je zamiar podpalić. - Tak by chyba było najlepiej z wszystkiego. - Może tak właśnie zaraz uczynię- dodałem sięgając do kieszeni płaszcza gdzie miałem ukrytą starą metalową zapalniczkę z wygrawerowanym w prezencie zdaniem „kto się odważy wygra” i na odwrocie Goofy the Dog. - Nie zrobisz tego- odparł Misza ukazując w szerokim uśmiechu równe białe zęby. - Założysz się? Wiesz najlepiej, że nigdy nie przegrywam zakładów. - Nie podpalisz tej budy Marco, bo Ona tam jest. Skręciliśmy obok Lloydsa i budy z kurczakiem w wąską ślepą uliczkę, gdzie mieściły się trzy bary. Przystanąłem na środku ulicy, a gniew rósł we mnie echem, potężniał pod czaszką, aż zbielały mi knykcie zaciśnięte mocno na zapalniczce. - I tak mnie tam nie wpuszczą- powiedziałem- ten mały gruby bramkarz nienawidzi mnie odkąd przyjebałem mu w kły. Misza Grisza stał obok szczerząc zęby. Zgasił papierosa zadeptując butem by rzec. - Oni nie zobaczą nas. Nikt nas tu nie widzi Marco, nie obawiaj się, chodźmy do środka. Spojrzałem na niego niepewnie i weszliśmy do środka. Nikt nas nie zatrzymywał. Bramkarze rzeczywiście sprawiali wrażenie jakby nas tam w ogóle nie było. - Rozejrzyj się, a ja skołuję jakieś drinki- powiedział Misza Grisza odchodząc w stronę baru. Lokal nie zmienił się nic. Było ciemno i posępnie, u sufitu wisiały grube blaszane rury, cholera jedna wie do czego, pośrodku sali stała niewielka scena na której każdego wieczora puszczano karaoke, za przepierzeniem były dwa stoły bilardowe i tam się właśnie skierowałem. Sophie grała z jakimś kurduplem. Miała podkrążone oczy i znudzoną minę, zupełnie inaczej jak ją pamiętałem. Ograła frajera w trzech strzałach, uśmiechnęła się, a kiedy następny podszedł, żeby wrzucić monetę, położyła swój kij na stole i wyszła zapalić. Jej gruba koleżanka flirtowała pijana z kilkoma innymi kurduplami wietrzącymi już darmowe ruchanko. W każdym barze, w ciemności, zawsze czai się grupka napalonych skurwieli, którzy całe życie uparcie biją konia, a potem wypiją parę piw i udają don Juanów przed pijanymi, bądź niedowartościowanymi laskami. Znałem ich, to byli znajomi Sophie, kiedy podeszła do nich pytając czy któryś wyjdzie na fajkę olali ją, poświęcając uwagę tej pijanej. Nie mieli z Sophie szans, a

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Biały murzyn Europy (2) — czytnik · opowiadania