Inne · 6 min czytania
Biblioteka Palmowych liści.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Biblioteka Palmowych Liści.
Czy chciałbyś znać datę swojej śmierci? Ja nie! Ale są tacy. Nie mam na myśli wielkich korporacji bankowych, ani ubezpieczycieli, nie! To zbyt oczywiste. Znam śmiałków, osobników, którzy jednak chcieliby, daliby za tę informację wiele, i wcale nie są to kaskaderzy, alpiniści, kierowcy samochodów wyścigowych ani nawet politycy rokujący tak zwane ogromne nadzieje, lecz zwykli, najzwyklejsi zjadacze chleba, których ciekawość w dostępnym mi arsenale odpowiedzi, nie znajduje żadnego wytłumaczenia. Że tak się ma sprawa, niech świadczy wysyp wróżek i wróżów najrozmaitszej konduity nie narzekających na światowy, ani lokalny kryzys. Dwóch takich śmiałków spędzało egzotyczne wakacje na Goa i wciąż odczuwali niedosyt doznań egzotycznych. Gdzieś wyczytali, że mogą poznać datę swojej śmierci. Gwarantowano im to za niewielką opłatą, w miasteczku Bangalore znajdującym się o 700 km na południe od Mubaju (daw. Bombaj), które jest ośrodkiem kultu religii – hinduizmu, taka ich Częstochowa, ze sławnym klasztorem zwanym Biblioteką Przeznaczenia lub też Biblioteką Palmowych Liści, siedzibą liczącego sobie 4000 tysiące lat zakonu. W „bibliotece” spisywano na liściach palmowy losy ludzi, którzy zamieszkiwali ten kawałek ziemi właśnie w tym czasie, a obecnie, po reinkarnacji, żyje któreś z ich wcieleń. Zakonnicy cały swój żywot poświęcali wydłubywaniu na liściach palmowych milimetrowym pismem informacji o wszelkich koligacjach rodzinnych i dat śmierci pytających o swe losy klientów. Wyruszyli, więc z Goa do Bombaju, a stamtąd do Bangalore. Mimo, że nie podróżowali słoniem, podróż naziemnymi środkami lokomocji niemal zupełnie zaspokoiła ich ciągoty do ekstremalnych przeżyć. Byli jednak u wrót tajemnicy i bez utraty szacunku do samych siebie, nie sposób się było z imprezy wycofać. Masteczko Bangalore, jak na Indie niewielkie, taki Poznań, tyle, że pełen smrodu, pyłu i czasem z za kurzu widocznej egzotyki. Tu na miejscu nikt nie był ciekaw daty własnej śmierci i o istnieniu klasztoru nic nie wiedział. Skołatani zmęczeń, ale nieustępliwi, na własne życzenie przesądzając niemal datę własnego zejścia na dzień najbliższy, wsiąkli w konglomerat ulic i rykszą po wielu godzinach dotarli do wyrzeźbionego w skale tunelu prowadzącego do klasztoru. Obok wznosił się gmach banku, który, jak niemal wszystko tutaj, do niczego nie pasował. Na dziedzińcu klasztornym nikt do nich słowem nie przemówił. Patrzono na nich bawolimi oczyma. Wszyscy się myli i szorowali, jakby od tygodni nie uświadczyli wody.…