Rodzina · 12 min czytania
Biedak z Queens Street
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mariusz Sepioło BIEDAK Z QUEENS STREET, cz. I
Nazywam się Hazard Brinckle. To dziwne i niespotykane, zwłaszcza w centralnej Anglii imię, przez całe życie przynosiło mi fale skrajnych odczuć. Na moje nieszczęście większość stanowiły odczucia negatywne. Muszę się przyznać: wstyd, lęk, zażenowanie, strach, towarzyszą im od urodzenia. Kiedy pojawiłem się na tym świecie sprawiłem nie lada kłopot mojej matce. Ba, od chwili poczęcia stanowiłem dla niej kłopot. Najdziwniejsze jest to, że już w brzuchu matki czułem, przysięgam, czułem, że kiedy ujrzę światło dzienne, nie będę mile widzianym gościem. Miałem kilka tygodni i zdawałem sobie sprawę, że ten człowiek, który bez przerwy siedzi w starym, zatęchłym fotelu, je prażynki i ogląda BBC nie jest do mnie przyjaźnie nastawiony. Niestety, wkrótce zacząłem rozumieć niektóre sprawy, a nawet niektóre słowa. I właśnie pewne słowa, wypowiedziane podczas deszczowego, popołudniowego spaceru po rodzinnym Greenwich, przez osobnika wcześniej znanego mi jako "ten od BBC i fotela", zapadły mi w pamięć na całe życie. "Tatuś cię nie kocha" - to zdanie obija mi się o uszy, wierci dziurę w mózgu, kołacze się w środku jak oszalałe zawsze wtedy, kiedy przychodzi mi spuścić nisko głowę i przyznać się do kolejnej życiowej przegranej. Ale i tak wszelkie rekordy bije moje dziwaczne imię - Hazard. Zawsze kiedy pytają mnie tylko o nazwisko - gdziekolwiek, w pracy, w urzędzie - cieszę się i jestem dumny. Słowo "Brinckle" wymawiam powoli i pysznie, cieszę się każdą literą i chętnie je powtarzam, jeśli to konieczne. Jeśli natomiast przychodzi mi podać nazwisko pełne, rumienię się, kurczę, zwijam, upycham się w środku i wsysam, znikam, zasłaniam się, chociaż wiem, że wszyscy doskonale widzą jak się męczę zmuszony do obnażenia, do pokazania tego, czego nigdy pokazywać nie powinienem, i co wywoła zapewne salwy niepohamowanego śmiechu. Przesadzam? Nie sądzę. Jestem przekonany, że nikt na świecie nie przeżył tylu lat, nosząc tak głupie imię, w tak dziwnej dzielnicy. Jednak moja aktualna sytuacja nie jest ani głupia, ani śmieszna, ani tym bardziej dziwna. Otóż jest to stan, który dotyka wszystkich, i od którego nikt nie ucieknie. Stan, który przychodzi nagle, bez względu na porę, humor, nazwisko, czy dzielnicę. I co z tego, że w niczym się nie zasłużyłem, niczego nie odkryłem? Co z tego, że moje poszukiwania, jeszcze się nie zakończyły? Ten stan nie wybiera i chociaż nikt go nie oczekuje, to przychodzi i niszczy. Teraz przychodzi mi skończyć coś co było niczym bardzo słaba powieść, ze słabym wstępem, nudnym rozwinięciem, bez punktu kulminacyjnego i bez wyrazistego zakończenia - przychodzi mi umrzeć. Leżę na czymś, co ludzkość nazwała łożem śmierci i niefortunnie posiadam jeszcze tyle sił i świadomości, by wspominać swoje życie. Ktoś powiedział, że w takich momentach życie przelatuje przed oczami niczym film. Muszę rozczarować tych, którzy nadal w to wierzą. W moim przypadku nie ma żadnego filmu, żadnego tragizmu sytuacji, żadnej rozpaczy, przemijania, wielkich słów, modlitw. Jedno co pozostało mi zrobić przed ostatnim krokiem to suche rozliczenie z tych jakże dziwnych, dosyć męczących kilkudziesięciu lat; suchy, prosty rachunek, uwzględniający zyski i straty, sukcesy i porażki. Nie jestem zaskoczony - bilans jest ujemny. Swoją historię zacznę - a jakże - od dzieciństwa. Większość tego czasu spędziłem w domu, stercząc przed oknem mieszkania przy Queens Street; oknem, które wychodziło na gwarne i pełne dzieci podwórko. Patrzyłem na bawiących się kolegów, którzy znali mnie jedynie ze szkoły i z biblioteki, w której przesiadywałem godzinami, w poszukiwaniu uwolnienia od toksycznego, brutalnego domu, i w której wyczytałem wiele mądrych, ale nigdy nie przydatnych mi rzeczy. Dlaczego nie bawiłem się z rówieśnikami? Połączenie troski chorobliwie nadopiekuńczej matki ze stanowczością chorobliwie surowego ojca, dawało wymierny efekt w postaci zakompleksionego synka, który bał się przedstawić nowemu koledze, a buty nauczył się zawiązywać w wieku 10 lat. I nigdy nie były to buty do gry w piłkę. Raczej buty ortopedyczne. Mój ojciec. Nigdy nie uważałem go za swój autorytet, nigdy też nie liczyłem się z jego zdaniem. Dla mnie był jedynie reproduktorem, który wykonał swoje naturalne zadanie spłodzenia syna. Niestety, zadanie to wykonał mimowolnie, a owoc jego trudów okazał się niezwykle mizerny. Dlaczego więc miałbym szanować człowieka, który powołał do życia innego wbrew własnej woli i woli otoczenia, i który nie posiadał tyle odwagi, czy chociaż tyle rozumu, by stawić czoła zadaniu wychowywania lub po prostu elementarnego zainteresowania losami własnego potomka. Owszem, nigdy nie brakowało mi jedzenia, zawsze miałem potrzebne podręczniki, kwestie materialne nie stanowiły problemu. Brakowało mi czegoś więcej. Brakowało mi miłości. Nigdy nie spędziłem ze swoim ojcem więcej niż trzy godziny, nigdy z nim nie wędkowałem, nigdy też nie przyznałem się przed nim do moich uczuć. Mój ojciec zdawał się być obojętnym na wszystko, co go otaczało, nawet na rzeczy, które w jakiś sposób zajmowały mu czas. Telewizja, kapcie, prażynki i wielka pustka. Wielka czarna dziura, która powiększyła się do niewyobrażalnych rozmiarów; której nie zdołał wypełnić nikt, choć prób było wiele. Mój ojciec, chociaż mieszkał pod jednym dachem z dwojgiem ludzi i pracował z kilkudziesięcioma innymi, był samotny jak bezpański pies. Błąkał się po ulicach opuszczonej mieściny, zanurzonej we mgle; przejmująca cisza, sprawiała, że dręczył go nieustanny pisk w uszach. Szukał emocjonalnego pożywienia, karmy, która pozwalała mu przetrwać kolejny dzień i znajdował ją. Była cierpka i szara, wręcz niejadalna. Miał…