Sport · 6 min czytania
Biegać?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nie wyschła mi ulubiona bluza – ta szara. Gdybym miała iść biegać, musiałabym wziąć tę drugą. Nie znoszę jej. W jakim pijackim widzie kupiłam sobie ciuch z różowymi wstawkami?! Poza tym wieje, pewnie będzie padać, jest ciemno… Wczoraj biegałam. Nic się nie stanie. Może jakiś film sobie obejrzę. Telewizor mi tylko kurzem zarasta ostatnio. O, i pilot jest. No i gitara. Kurwa, nie do wiary, że można w dziesięć minut przeskoczyć czterysta kanałów i nic nie znaleźć! Czterysta pieprzonych kanałów, za które płacę grubą kasę. I co z tego mam? Fundują mi w sobotni wieczór repertuar dla ćwoków z płaskomózgowiem. Popiszę. Nie, nie da rady, wkurzył mnie ten telewizor. W sumie to mnie nosi. Nie wygląda jakby miało padać. No dobra, wygląda, ale nawet jakby, przecież już tak biegałam. Deszcz nie przeszkadza. Może się jednak ruszę? Rozgrzewka. Nie znoszę rozgrzewki. Jak biegać, to biegać! Wyjść i dać czadu jak ten pierwszy maratończyk! No ok., jemu to akurat nie wyszło na zdrowie. Chodzi o to, żeby od razu z pełną mocą, a nie giba się człowiek, jak laska przy rurze w go-go. Prawa nóżka, lewa nóżka, brzuszek. Raz, dwa, trzy... Ściągamy staniki! Ha ha ha! Już, mogę wyjść. Jeszcze czapka, rękawiczki i music. Gdzie ta czapka? Cholera jasna! Czapka i rękawiczki mokre. Telefon się rozładował. Nic to, wezmę mp3-kę. Jasne, oczywiście rozładowana! Czemu mnie to nie dziwi? W końcu dogorywała w szufladzie z pół roku. Podsumowując, mam na sobie durną bluzę z różem, za to nie mam czapki, rękawiczek i muzyki. Dobrze, że chociaż mam gacie. Bieganie bez gaci mogłoby być swoistą walką o życie. Bieg survivalowy. Nie idę. Chociaż nie, idę. Jestem po gibanku, nie będę go marnować. Pizga. Świetnie, pierwsza trójka wypadnie mi pod wiatr. No nic, dobrze, że na początku. Za to z powrotem będę miała wiatr w plecy. Raz-dwa, raz-dwa, ustawić rytm. O tak, tak jest dobrze. Niezłe tempo. Utrzymam? No to do mostu. Ładnie oświetlili ulice. Dobrze, że pobiegłam tą drogą. O, jakaś baba z psem. Nie lubię psów. Już raz mi jeden wpadł pod nogi i siedziałam potem w domu dwa tygodnie. Chociaż ten akurat jest fajny, szczeniak. Pędzi do mnie i falują mu uszy, słodziak. Rzuca mi się na nogę. Ej no, bez przesady! - Spadaj kundel, bo cię zdepczę! Właścicielka chyba nie wyczuła nuty ciepła w moim głosie, bo patrzy wzrokiem pełnym potępienia. Już mi ciepło. Nawet dłonie przestały marznąć. Nie lubię tego biurowca. Takie przeszklone zoo. Oczywiście siedzą. Sobota wieczór, a oni siedzą i liczą, że wysiedzą sobie kasę albo klasę. Ćwoki. Na kasę i klasę to robią dla kogoś innego. Debilna logika korpo. Przede mną trzech dresów. Zajmują cały chodnik. Dobra, daję trawnikiem. Jeden zaczyna się drzeć: - Da-waj, da-waj, za-pier-da-laj! Drugi skand, to już trzy głosy. He