Historia · 17 min czytania
Biegiem przez życie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
„Biegiem przez życie”
I.
Sierpniowe słońce chyliło się już ku zachodowi a jego przygasające promienie ozłacały swoim blaskiem każdy przedmiot które jeszcze zdołało dosięgnąć. Ziemia w niektórych miejscach poczerwieniała, a panując cisza, wydawać by się mogło, miała na celu uczczenie tragedii jaka stała się tutaj prawie dwa lata temu.
Andy biegł swoją nową trasą. Dzisiejszy trening, zresztą jak ich większość po odpowiednim doborze dystansu, miał na celi pobicie ostatniego rekordu. Ostatnio jedynie ledwo co go wyrównał. Wysiłek dla samego zmęczenia był dla niego niewystarczający, musiał poczuć zmęczenie nie tyle w mięśniach co raczej "w głowie", pod postacią odpowiedniego wyniku, a tego dostarczyć mógł mu jedynie jego stoper. Dopiero wtedy czuł się w pełni usatysfakcjonowany. Po kilku kilometrach każdy krok, który wykonywał w tym morderczym biegu był wymuszony raczej siłą woli niż logicznym myśleniem o zdrowiu i kondycji. Chłopak mimo utraty tchu nie chciał się zatrzymać, co wedle jego odczuć równałoby się następną przegraną w zmaganiach jakie toczył z własnymi słabościami i na powrót coraz bardziej kruszejącym ego. Nie chciał się już więcej nigdy poddać, chociaż znów przez ten moment być takim, jakim widział się w wyobraźni: stanowczym, zimno kalkulującym i podtrzymujących swoich postanowień facetem. Takim jakim kiedyś był jego ojciec. Dopiero w przypływie adrenaliny czuł się idealnym sobą. Bieganie stanowiło dla niego pewnego rodzaju naturalny, społecznie akceptowany narkotyk który dozował sobie z iście lekarską precyzją. Ten często szkodliwy dla jego ciała wysiłek traktował jako najlepszą odskocznię od codzienności, do której przeszłości zaglądała zbyt często. Próbował odgonić od siebie tego nachalnego gościa i robił to w jedyny skuteczny swoim zdaniem sposób.
Część 22 / 2
Z lasem przez jaki obecnie się przedzierał był obeznany już od dziecka i gdyby nie te wszystkie horrory, których naoglądał się ze znajomymi w trakcie ich wieczornych spotkań, pewnie nigdy nie przyszło by mu do głowy jakie zagrożenie może się tutaj czaić. Zwłaszcza dla samotnej, zdyszanej wysiłkiem osoby. Andy mieszkał niecałe pół kilometra od tego lasu, wystarczająco blisko by od najmłodszych lat poznawać jego wydeptane dróżki i tajemnicze dźwięki. Nigdy nie czuł się w nim zagrożony, wyjąwszy może ten moment w którym któregoś wrześniowego poranka, z dziesięć lat temu, kiedy to był z rodzicami na grzybach. Jak to na takich wyprawach często się zdarza, nieświadomie oddalił się od swoich opiekunów. Podchodząc do jednego z większych krzaków, który był tak mocno rozrośnięty iż dzieciak mógłby się w niego wcisnąć już po dwóch krokach i zostać całkowicie niewidocznym, usłyszał stłumiony dźwięk. Gdy przybliżył się bardziej do zarośli, nagle wyskoczyły z nich błyskawicznym susem dwie sarny. Jedna okazałych rozmiarów, z błyszczącym pomarańczowym futrem naznaczonym w kilku miejscach białymi plamami, i druga o wiele mniejsza sięgająca tamtej jedynie do szyi, zapewne jej małe. Mały Andy stanął jak wryty, a z jego gardła nie wydobyła się choćby jedna sylaba. Stał tak w osłupieniu jakby ktoś nagle zamroził mu ciało a umysł pozbawił jakiejkolwiek myśli. Co ciekawe sarny zachowały się identycznie. Stały nieruchomo, utrzymując jedynie mocno skręcone w jego stronę łby i łypały na niego ślepiami. Odległość jak ich dzieliła nie wynosiła więcej niż kilka metrów. Znajdowały się na tyle blisko, iż Andy mógł w pełni przyjrzeć się ich pyskom, a głównie temu co było w nich najbardziej niesamowite: dużym, kruczo czarnym ślepiom. Wiele lat później kiedy rozmyślał o tej sytuacji miał ciągle wrażenie iż te oczy były, jakby to ująć, zbyt głębokie, strapione bólem, aby mogły należeć do nieświadomego zwierzęcia. Zastanawiał się, czy może to jego wrażliwość była zbyt mocna a w tej sytuacji nie było nic niezwykłego. Może umysł spłatał mu niesmacznego figla, tak mocno zabarwiając emocjonalnie tę sytuację? Andy! - z oddali krzyknęła jego matka. – Andy, już idziemy, nie ruszaj się!-. Chłopak z trudem odwrócił się i zobaczył pędzących w swoim kierunku rodziców. Ojca w jego ulubionej wędkarskiej kamizelce i matkę, której sylwetkę paskudziła zbyt mocno ściśnięta w tali ortalionowa kurtka, hit ostatniego sezonu w którym teraz było już wstyd wyjść na ulice. Gdy mały ponownie popatrzył na wprost, sarny znikały już susami za odległymi drzewami zostawiając za sobą jedynie słabnące osłupienie.
Starając się ciągle utrzymać to samo tępo biegu Andy dotarł na polanę, a chwile później do starego dębu, który na oko przetrwał już z trzysta lat zmagań z wiatrem i nastolatkami namiętnie wycinającymi na jego pniu inicjały swoich miłości, wierząc że ta, jak to drzewo oprze się sile czasu. Dla chłopaka był to natomiast tylko ostatni punkt, który wyznaczał koniec jego dzisiejszych zmagań. Zdjął mokrą od potu koszulkę i położył ją na trawie w cieniu, które rzucało drzewo, a który to sam powoli nikł w ogarniającej ziemię ciemności. Ostatnie promienie słońca walczyły jeszcze dzielnie przebijając się pomiędzy drzewami rosnącymi z drugiej strony polany, ale nikt i nic nie było im w stanie pomóc wygrać tą walkę. Kolej rzeczy jest nieunikniona. Świat ogarniała noc, czas który lubował się w otwieraniu starych ran i wypuszczaniu na wolność natrętnych myśli, które potem krążyły i obijały się o siebie niczym ćmy zwabiane lampą. Ale on był przygotowany na jej nadejście. Dziś wywalczył sobie następny kamienny sen. II.
Budzik włączył się równo o godzinie dziewiątej. Dźwięk nokia tune postawiłby na nogi zmarłego, a co dopiero chłopaka, który za wszelką cenę chciał odpędzić od siebie ciemność. Siedemnastoletni Andy przywitał sobotę potężnym ziewnięciem. Zszedłem na dół, do kuchni nie przebierając się jeszcze ze swojego nocnego t-shirtu. W końcu mam dziś wolne, pomyślał w duszy. Kuchnia przez duże okno umiejscowione na wprost blatu stołu była zalewała fala światła, które ochoczo odbijało się od każdej przychylnej dla niej powierzchni. Na lodówce cicho brzęczało radio. Chyba od zawsze kiedy było obecne w tym domu przygrywało stację Star Fm. - Cześć leniu, mógłbyś chociaż raz trafić do kosza swoimi rzeczami jak wchodzisz pod prysznic?- przywitała go matka. - Chcesz tosta? - Przepraszam. Tak, zrób mi dwa.- odpowiedział. - O której się wczoraj położyłaś, słyszałem ze jeszcze o dwunastej coś hałasowałaś. - Jakoś niewiele później, chciałam wreszcie do końca spakować ubranka Juli... Meg ma je dziś przy okazji zabrać do Czerwonego Krzyża, nie umiem ich tak po prostu wyrzucić... - Przecież mówiłem że ci pomogę! Czemu próbujesz wszystko robić sama, tyle o tym rozmawialiśmy mamo. - Wiem, ale znowu mam problemy z zaśnięciem. Nie chciałam wczoraj brać tych cholernych tabletek, później przez cały dzień kręci mi się w głowie.- Nałożyła na talerz dwa tosty i podeszła do stołu przy którym usiadł chłopak/ – Nie martw się, wiem ze damy już sobie radę. Muszę jeszcze pozamykać w swoim życiu kilka wyważonych drzwi.- Choć z całej siły próbowała tego uniknąć, w kąciku jej oka pojawiła się łza. Otarła ją wierzchem dłoni, nachyliła się i pocałowała w czoło swoje już niestety jedyne dziecko. - Kocham cię, pewnie że damy radę, zawsze dawaliśmy. O które ma być ciotka, jedziesz z nią do miasta? - zapytał, próbując jak najszybciej odgonić od niej przykrość. - Nie mam na to czasu, zresztą ochoty na jej ględzenie również. Lepiej rzucę okiem na zaległe sprawdziany. - Tylko nie bądź zbyt surowa, nie każdy lubi matmę. - uśmiechnął się. - A czy kiedykolwiek byłam? - spytała z udawanym zaciekawieniem i odwzajemniła uśmiech.
Nie, nigdy nie była zbyt surowa, ani dla niego, ani dla jego siostry czy ich ojca. Pech chciał że to właśnie mężczyźni jej życia byli zbyt surowi dla siebie. Z Davidem swoim późniejszym mężem spotkała się pierwszy raz u swojej koleżanki na jej urodzinach. Kiedy ona się tam zjawiła on pił drinka i głośno rozmawiał z jakimś facetem w salonie. Od razu wpadli sobie w oko Ludzie lubili go za to, że myślał jasno i potrafił się tą jasnością nienachalnie podzielić. Uchwycił ją swoim żartem i opanowaniem, którego tak brakowało jej kolegom (jego umięśnione ciało też odegrało tu pewnie jakąś rolę). Kate była na pierwszym roku studiów kiedy się pobrali, dwa miesiące później na świat przyszedł Andy. Dave w prezencie od ojca u którego od zawsze pracował na roli dostał spory kawałek ziemi pod lasem, na którym później został wybudowany ich dom. Reszta pola została przeznaczona na…