Komedia · 7 min czytania
Bigos
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Od zawsze lubiłem bigos. Ba, wręcz pokochałem od pierwszego razu. Stał się on moim kulinarnym uniesieniem, na które czekałem przez kolejne tygodnie, dzielące jego śmierć od kolejnych narodzin. Może to obsesja, ale mój kalendarz zmienił swój układ. Nieważne były miesiące, tygodnie czy dni. Ważne było, jak długo muszę czekać do następnego aktu stworzenia.
Z dzieciństwa pamiętam babcię, która w wielkim garze tworzyła arcydzieło. Dodawała kolejne składniki, mieszając całość wielką chochlą. Pod koniec wrzucała grzyby i podlewała szklanką białego wina. Rozchodzący się z kuchni aromat drażnił nasze zmysły. Wszystkich zaczynało ssać od wewnątrz. Babcia nie pozwalała zbliżyć się do kuchni, odganiając się od nas, jak od natrętnych owadów. Zawsze powtarzała, że bigos musi dojrzeć. Przetrzymywała nas minimum dwa dni. Wielokrotnie podgrzewała bigos, po czym odstawiała go do schłodzenia. Misterna robota. Kapusta musiała „przegryźć się” ze składnikami. Dopiero wtedy bigos był kompletny. Udręką było oczekiwanie na godzinę „Zero”, w której bigos lądował na naszych talerzach. W końcu następował kulminacyjny moment, po którym doznawaliśmy swoistej ekstazy.
W następnych latach jadałem bigos szykowany przez moją mamę. Procedura była podobna, a doznania równie piękne. Przez całe studia, to właśnie bigos był najważniejszym delikatesem przywożonym z domu do akademika.
Po ślubie, to moja żona przejęła na siebie ciężar gotowania bigosu. Jest jeszcze twardszą strażniczką dojrzewającej potrawy. Czasem irytowała mnie swoją konsekwencją. W myślach nazywałem ją esesmanką, ale zawsze warto było czekać. Gotową strawę jadałem dwa, a nawet trzy razy dziennie. Musiałem naładować poruszone zmysły, aby wytrzymać do następnego razu.
***
Część 22 / 2
Na kilka dni przyjechała do nas rodzina. Kuzyn z żoną i gromadką dzieci. Normalni ludzie. Widujemy się rzadko, przeważnie dwa razy w roku. Ona zalicza się do grupy ludzi, którzy żyją by jeść, nie na odwrót. Są na to dowody, choćby w sporych rozmiarach noszonych ubrań. Do tego raczej męski wzrost dopełnia obrazu swoistego czołgu. Maszyna do wciągania wszelkiej żywności.
Czas upływał na wspomnieniach i dyskusjach o dzisiejszych czasach. Zwiedzaliśmy okolice, a po powrocie zasiadaliśmy do kolacji. Smakowite i w dużych ilościach jedzenie zapijaliśmy winem lub wódeczką. Trzeciego wieczora moja żona podała bigos. Niezwykły, bo zrobiony z młodej kapusty. Pałaszując kolejne porcje zachwycaliśmy się jego smakiem. Nakładając na talerz, każdy starał się wyłowić dodatki: kawałki żeberek, boczek, kiełbasy, no i grzyby. Z trwogą obserwowałem szybko ubywającą zawartość garnka. Zamiast jeść, zacząłem się denerwować. Czyżby dziesięciolitrowy gar bigosu okazał się za mały? - zastanawiałem się.
Chciałem zachować część do następnego dnia. Dojdzie do siebie, dojrzeje, wtedy zjem z przyjemnością. Tym bardziej, że właśnie jutro odjeżdżają. Fajnie, że przyjechali, ale głupotą było wystawiać bigos na stół – pomyślałem. Przy ich możliwościach, nic nie zostanie. Zacząłem się denerwować. Na szczęście zapchali się po szyję, szczególnie ona. W obawie, że wpadną na pomysł kolejnej dokładki, zaproponowałem przenieść się do pokoju dziennego. Przełożyłem resztę do mniejszego garnka i schowałem do lodówki. Tak, jutro go zjem – zaplanowałem w myślach. Nie jest źle, coś tam zostało.
Ogląda