Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Erotyka · 28 min czytania

Bilet w obie strony.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Klasa turystyczna. Ekstra! Po raz pierwszy przyszło mu dokonać tłumaczenia tego neologizmu, na dodatek życie zmusiło go do dźwigania na własnym grzbiecie jej przykrej ze wszech miar definicji. Wtłoczony w plastikowy fotel już na pasie Okęcia modlił się w duchu, by podróż trwała jak najkrócej, choć znał czas jej trwania. Fotel był tak niewygodny, jakby jego projektant specjalizował się na co dzień w projektowaniu krzeseł dla barów szybkiej obsługi. On sam, zmuszony do tego, kilkakrotnie spożył w jednym z nich namiastkę tego, co ludzie zwą posiłkiem i zapamiętał przede wszystkim systemową niewygodę siedziska wytłoczonego na gorąco z kawałka bukowej sklejki. Podejrzewał iż jego niewygoda była jednym z elementów strategii międzynarodowego konsorcjum sprzedającego na całym świecie ociekającą tłuszczem bułkę z nadzieniem z mielonej wołowiny (choć wołowina przybierała w niej jedynie postać widmową), odrobiną sałaty (pokrojonej w paski Bóg wie kiedy), cebulą i kleksem musztardy. Za każdym razem, gdy wychodził z baru Mc Coś-tam oganiał się od myśli, że jego właścicielom o to właśnie chodziło… O to, by na tym krześle nie usiedział dłużej niż pieprzony kwadrans…

Bilet na tej trasie kosztował mimo niewygody równowartość średniej krajowej, a fakt iż pokrywał przelot w obie strony nie czynił mniejszym spustoszenia w kieszeni przeciętnego pasażera. Podłokietnik siedziska skrywał w sobie nieznany mu dotąd mechanizm regulacji, co w pierwszej chwili wywołało w nim przypływ nadziei, prędko jednak okazało się fatamorganą- usiłowanie odchylenia oparcia bardziej do tyłu spowodowało lawinę oskarżeń ze strony pasażera siedzącego za nim, prędko więc z tej opcji zrezygnował. Zapiął pasy i beznamiętnie przyglądał się rudowłosej stewardessie, demonstrującej pokładowy system ewakuacji. Uśmiechał się do własnych myśli. Nie na widok nakrapianego piegami, zadartego w górę noska (coraz bliższy był przekonania, że dodaje jej uroku), lecz w zderzeniu z bezlitosną prawdą, wyśledzoną przed odlotem w internetowych przeglądarkach. Którejś z bezsennych nocy poprzedzających tę podróż (świętej pamięci matka nazwałaby jego bezsenność „Reisefieber”) wyguglił oto, że nigdy dotąd nie zdarzyło się wodowanie samolotu pasażerskiego w locie nad oceanem atlantyckim. Ściślej rzecz ujmując- nikt podobnego wodowania nie przeżył… Reasumując zaś, nakrapiana panna równie dobrze zająć mogłaby się handlem obwoźnym i polecać pasażerom najskuteczniejsze na tej półkuli plastry na odciski, albo maść przeciw hemoroidom. Wiedziony tą myślą przestał ją darzyć uwagą (choć podobała mu się coraz bardziej) i skupił ją na zawartości schowka ugniatającego mu kolana. Tapicer ukształtował go w formie pokaźnej kieszeni, ta zaś wypełniona była wszelkiej maści akcydensami, skutecznie przypominającymi mu teraz o żylaku lewego podudzia. Wydobył plik ulotek i kolorowych folderów, reklamujących luksusowe perfumy i skórzaną galanterię. Można było zamówić je u obsługi samolotu, z odbiorem po wylądowaniu. Kolana zyskały nieco więcej miejsca. Znalazł też zapakowane w foliowy woreczek, jednorazowe słuchawki umożliwiające podłączenie się do pokładowego systemu TV, a konkretnie do monitora zamontowanego w zagłówku poprzedzającego go fotela. Monitor przekazywał na razie sekwencyjne obrazy ilustrujące to, o czym oznajmiała nadal jeszcze rudowłosa. Drogi ewakuacyjne, wyrysowane na schemacie pokładu pasażerskiego, sprawiały wrażenie że pomyślano o wszystkim, on jednak wyobraził sobie wybuch paniki pośród pasażerów samolotu obniżającego gwałtownie pułap nad wodami Atlantyku i poczuł mdłości. Owszem, Google zasypały go tamtej nocy, niejako dla równowagi, całym mnóstwem mających go uspokoić statystyk. Wynikało z nich, że prawdopodobieństwo katastrofy jego samolotu równa się temu, z którym mógł zostać rażony piorunem na parkingu przed lotniskiem, gdzie zaciągał się łapczywie ostatnim przed odprawą papierosem. Brzmiało to kojąco, z drugiej strony jednak samoloty spadały z nieba jak ustrzelone kaczki, a fala terroryzmu napędzała jego strach przed lataniem ze zdwojoną siłą. Nie dalej jak przed godziną wypatroszono mu podręczny bagaż, pozbawiając go pianki do golenia i buteleczki Fahrenheit’a (tej ostatniej nie mógł odżałować; nie używał innej marki wody toaletowej, na samą zaś myśl o tym, że miła skądinąd celniczka zobaczyła w nim potencjalnego zamachowca czuł ogarniające go poczucie krzywdy). Wszystko to razem sprawiało, że usztywnił się w fotelu (choć nie można powiedzieć, by się w nim przedtem z wygodą rozpierał) gdy kadłub przeszyła delikatna wibracja. Pilot Boeinga uruchomił silniki, dzięki czemu pokładowa klimatyzacja zaczęła żwawiej tłoczyć świeże powietrze pomiędzy rzędy foteli. Rudzielec zakończył już przedsprzedaż biletów do Zbawienia i mocował się teraz z zamkiem pokrywy luku bagażowego nad głową młodego afroamerykanina. Jego bagaż można było nazwać podręcznym jedynie w nagłym przypływie literackiej fantazji; swoją drogą jak to możliwe, że nie podpadł z tą walizą przy odprawie? Że niby nie używał pianki w sprayu? Tłumaczyć można było go jedynie w myśl powiedzenia „duży żołnierz- duży śledź” (pewien, zapomniany już z rysów twarzy poligonowy kucharz nakładał dawno temu w menażki według tego klucza). Murzyn (zganił się w myślach natychmiast; przeczytał ostatnio że podobne sformułowanie jest ze wszech miar obraźliwe, czerpiąc rodowód ze szkolnego wiersza o niejakim Bambo, uciekającym na drzewo od wieczornej kąpieli); afroamerykanin więc był wielki jak góra i znajdował się w sprawiedliwej proporcji do swojego opasłego kufra. Jego ramiona zajmowały całkowicie oparcie własnego fotela, jak też i połowę sąsiedniego, pod krzykliwie barwnym T-shirt’em zaś rysowała się imponująca rzeźba mięśni, napiętych jak dorożkarskie cugle. Nie wyglądał na amatora sterydów. Raczej już spędzał w siłowni więcej czasu niż ze swoją panną… O ile była jakaś panna. Wzrok powędrował dalej (choć na chwilę rzucił jeszcze okiem na nakrapiany, zadarty nosek). Lustrował pobieżnie współpasażerów, zatrzymując się na dłużej przy tych najbardziej charakterystycznych i usiłując odgadnąć ich nację, profesję i usposobienie. Wiedział że podczas lotu nie zaśnie (przy jego wzroście zasnąłby w tym fotelu tylko fakir), starał się więc obmyślić sobie jakąś rozrywkę na dziesięć czekających go transatlantyckich godzin. Część jego hipotez, stawianych teraz odnośnie pasażerów, mogła się jeszcze przed lądowaniem potwierdzić, mógł też być w błędzie. Był to rodzaj quizu, mogący dostarczyć darmowej rozrywki znacznie ciekawszej od obejrzanych już filmów, wyświetlanych na pokładowych monitorach. Obserwował jedynie tych siedzących przed nim, nie odwracając się przez ramię, miał więc do wyboru nieco ponad czterdzieści osób, zajętych teraz przygotowaniami do startu (zalecenia stewardess większość z nich traktowała z przesadną powagą, pionizując oparcia foteli i regulując długość pasów). Siedział w siódmym rzędzie, po prawej stronie tuż obok okna, przytykając do niego nadgarstek prawej dłoni. Masywne, wielowarstwowe szkło znakomicie przenosiło wibracje silników i czuł się tak, jakby ściskał w niej rozedrgany wolant. Dzieciak w drugim rzędzie po lewej rozwrzeszczał się nagle histerycznie, toteż zaczął mu się przyglądać z wyraźnym niesmakiem. Chłopiec o twarzy cherubinka, pięcioletni może, najwyraźniej nie bał się latania i to nie strach nim powodował. Najprawdopodobniej odmówiono mu czegoś, a do tego nie przywykł. Ułożona w wystudiowanym grymasie buźka nabiegła krwią, a jego pisk przeszywał wnętrze kabiny coraz donośniej. Ucichł po chwili, najpewniej wywalczył więc kolejne ustępstwo wypróbowanym od dawna sposobem. Siedząca obok kobieta (matka?), miała włosy zniszczone trwałą ondulacją i sporą nadwagę. Zaniedbywała się wyraźnie, odkąd mąż oznajmił jej przed dwoma laty że odchodzi. Została z rozwydrzonym gówniarzem o fizjonomii żywcem zdjętej z płócien Bouchera i ze stertą niezapłaconych rachunków. Tuż za nią przycupnął starszy mężczyzna, zaczesujący wciąż nerwowo resztki siwych włosów. Był dla odmiany drobnej postury, szczupły (jeśli nie powiedzieć- wychudzony) i z pewnością przekroczył siedemdziesiątkę. Gdy po raz kolejny rozczesał palcami wynędzniałe odrosty, na jednym z nich zalśnił na chwilę mały złoty sygnet z czarnym oczkiem. Sklasyfikował go błyskawicznie i dość pochopnie jako Polonusa wracającego z podróży do Starego Kraju (ciekawe czy ma tu kogoś, czy jedynie chciał na własne oczy zobaczyć jak wygląda Polska rządzona przez Bliźniaków?). Resztka włosów, zaczesywana co chwilę z lewej strony na prawą, wypomadowana była niemiłosiernie i przysiągłby, że czuje woń brylantyny. Przedwojenna szkoła… Po prawej stronie Polonusa zagnieździł się Businessman. Najwyraźniej brylantyna nie należała do jego ulubionej kategorii zapachowej, gdyż poluźniał wciąż krawat i spoglądając na sąsiada demonstracyjnie wzdychał. Rozłożył przed sobą stolik jakby zapowiedziano podawanie lunchu, po czym umieścił na nim topowy model Fujitsu - Siemensa, okulary w skórzanym futerale zdobionym złotą nicią i równie gustowny, wypchany do przesady portfel. Kołnierzyk błękitnej koszuli wyprasowany był wprost perfekcyjnie, jej mankiety zdobiły złote spinki ( były dla niego takim zaskoczeniem, że gorączkowo zaczął szukać w pamięci kogoś jeszcze, u kogo widziałby podobne, nie znajdując jednak nikogo zrezygnował). Para nastolatków, oddzielonych od Człowieka Interesu wolnym fotelem o numerze 27, wyglądała na rodzeństwo. Musiały dzielić ich co najwyżej dwa lata różnicy. Chłopak, mniej więcej piętnastoletni, nie zwracał uwagi na otoczenie żując gumę i słuchając muzyki z zawieszonego na szyi i-pod’a. Rozpoznał Nano firmy Apple i podziękował Bogu że wyposażono go w miniaturowe słuchawki (podobne tym, które odkrył w schowku gniotącym mu kolana). Sądząc po epileptycznych podrygach, w jakie młodzieńca wprawiała sącząca się z nich muzyka, nie zostałby jej fanem, w pamięci tego genialnego urządzenia można było zaś zmagazynować i tysiąc utworów… Siostra (skąd miał tę pewność?) przeglądała niewielki notes, zaznaczając w nim coś w skupieniu. Starsza, może osiemnastoletnia, z czołem obficie zaopatrzonym w młodzieńczy trądzik, który nieumiejętnie maskowała kasztanową grzywką. Ochrzcił ją w myślach Kasztanką (przed oczami przemknął mu portret Piłsudskiego i prawie parsknął śmiechem), po czym podążył wzrokiem ku granatowej kurtynie oddzielającej tę część kabiny od pomieszczeń załogi. Domyślał się, że zaraz za nią natknąłby się na solidną, może i pancerną gródź, broniącą dostępu do kabiny pilotów. Boeing 767 w wersji 300ER, jeden z czterech będących w posiadaniu polskiego przewoźnika, obsługiwał loty do Nowego Jorku, Chicago i Toronto. Maszyna (w tym wydaniu) mieściła do 245 pasażerów i miała zasięg 10180 kilometrów. Domyślał się, że po 11 września wprowadzono w niej wiele dodatkowych zabezpieczeń, podobnie jak w punktach odprawy (musiał kupić nową piankę! Zamiast hot-doga pierwszym wydatkiem jeśli wylądują szczęśliwie będzie cholerny krem do golenia!). Wtargnięcie do kabiny pilotów wymagało teraz pewnie piły łańcuchowej, jeśli nie kilofa. Zakładał w myślach, że w podręcznym bagażu afroamerykanina nie zmieściłby się kilof…co za bzdura! Musiał być zmęczony, skoro do głowy przychodziły mu podobne rozważania. Mambo (Bambo mogłoby zabrzmieć obraźliwie, choć nie czytano mu pewnie tego wiersza) z pewnością nie wyglądał na terrorystę. Prędzej już mógł się okazać pracownikiem pokładowej ochrony, wyposażonym w paralizator, gaz obezwładniający i pistolet na gumowe pociski. Po cholerę mu one zresztą?! Wystarczy spojrzeć na jego triceps ! Kotara zafalowała lekko i pasażerom ukazał się kapitan. Czterdziestopięciolatek, szpakowaty ale wciąż dobrze zachowany, w nienagannie skrojonym uniformie, przedstawił się w trzech językach, w każdym z nich życzył też wszystkim przyjemnej podróży. Po chwili wibracje okiennej szyby wzmogły się nieco i poczuł że samolot zaczyna kołować. Rozluźnił krawat.

Szacowne mury kościoła powstrzymywały wszelkie dźwięki, jakie mogłyby tu dochodzić z zewnątrz. Jeszcze przed chwilą bębenki jej uszu przewiercał na wylot gwar ulicy. Wielojęzyczny, podszyty kakofonią klaksonów i motocyklowych werbli. Różnica była kolosalna; powalała wprost na kolana, odkąd tylko z łoskotem zatrzasnęły się kościelne odrzwia, wysokie chyba na pięć metrów, zdobione dłutem anonimowego, osiemnastowiecznego mistrza. Wykonano je z drogocennego, czarnego dębu. Monstrualnych rozmiarów pień przebywać musiał pod wodą kilka wieków. Nabrał z ich upływem przedziwnej urody i jeszcze bardziej niezwykłych właściwości. Napisałem – dłuta? Przepraszam. To przekłamanie. Drewno kopalnego dębu jest znacznie twardsze od zwyczajnej dębiny; trwające przez stulecia procesy utleniania i krystalizacji czynią je mniej podatnym na obróbkę mechaniczną. Dłut musiało być co najmniej kilka… Szczerbiły się pewnie i tępiły szybciej, niż przywykł do tego bezimienny twórca. Jakkolwiek się nazywał, znał swoje rzemiosło. Podziwiając misterność dwustuletnich intarsji można było uznać, że w tym przypadku wyniósł je do rangi sztuki. Nie miała jednak najmniejszej ochoty podziwiać tutaj czegokolwiek. Z trudem łapała oddech, a poczucie odzyskanego bezpieczeństwa było chwilowe i jakże ulotne. Kościelna kruchta dawała tylko jego złudzenie, potęgowane różnicą temperatur tutaj i na zewnątrz. I tą ciszą, zawiesistą i nieomalże dotykalną… Woń kadzideł, przy ołtarzu pewnie bardziej wyrazista, docierała i tutaj. Ostatnie, wieczorne nabożeństwo skończyło się przed godziną i rzędy ławek świeciły pustkami. Może to źle? Może lepiej byłoby, gdyby znalazła w nich kogoś pochylonego nad książeczką do nabożeństwa? Mogłaby w razie potrzeby wzywać pomocy. Albo po prostu zacząć krzyczeć. Kiedyś, chyba przed dwoma laty, zapisała się na kurs…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Bilet w obie strony. — czytnik · opowiadania