fantastyka · 11 min czytania
Bitwa o twierdzę zwaną Księżycową Wieżą - Rozdział
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Powierzchnia Posiadłość Velmondów
Dla Requela i spółki nastawał kolejny, męczący dzień wędrówki, jednakże po ostatnich przygodach widok słońca i typowo naziemnych roślin dodawał otuchy i chęci do podróżowania. Po dosyć długiej i pełnej napięć wędrówce przez Podmrok, nasi znajomi lżej odetchnęli, gdy wydostali się z ciemnego świata, chociaż fakt, że pojmanemu przez Wargów Łowcy Zayrelowi udało się uciec, mącił nieco spokój. Czas jednak naglił, więc zaprzestano poszukiwań uciekiniera. Ponadto Gorbag i jego przyjaciele nie palili się do kolejnej konfrontacji z drowami. Wielkie było jednak ich zdziwienie, gdy zastali Smocze Urwiska pustymi ( a przynajmniej smocze siedziby na takie wyglądały, gdyż nasi znajomi pospiesznie opuścili to miejsce, w obawie przed wielkimi, latającymi jaszczurkami). Cisza była wprost nienaturalna. Na powierzchni panowała jesień w całej swej krasie, w tym roku wyjątkowo wczesna, lecz Beld i Raphael wyczuwali w niej jakąś odmienność. Im dłużej wędrowali, tym częściej musieli urządzać postoje, zwłaszcza elf i drow szybko męczyli się podróżą, mimo, że ukształtowanie terenu nie wymagało od wędrowców wielkiego wysiłku. Szeroki trakt, którym się poruszali, łagodnie opadał zboczami ku dolinom. Gorbag, coraz bardziej zirytowany ciągłymi postojami, przy każdej chwili bezczynności niecierpliwie spoglądał to na Requela, to na Raphaela, który odpowiadał za opóźnianie marszu. Drowowi na domiar złego szkodziły słoneczne promienie, tak więc praktycznie od świtu do nocy chodził ubrany we wszelkie możliwe części garderoby, mające osłaniać jego skórę przed zabójczymi promieniami. Beld, po oddaniu do dyspozycji Raphaela swego płaszcza, bardzo żałował, że nie posiada parasolki, gdyż z tą pan Lango prezentowałby się "bardziej po szlachecku". Drow nawet nie zwrócił uwagi na ową złośliwość, szczelnie naciągając kaptur na twarz. Na szczęście w pobliżu Urwisk natrafili na wierzchowce, które, jak zapewne pamiętacie, Xiitane i Caryska zostawiły nieopatrznie w gościnie u smoków. Beld aż zatarł ręce z radości na widok grubaśnych koników, spokojnie szczypiących trawę przy ścieżce i leniwie ją przeżuwających. -Moje piękne szkapinki! - zawołał, obejmując końskie łby. - Jak ja was kocham! Raphael potknął się o resztki uprzęży koników, łączących je niegdyś z wozem. -„Mandat za przekroczenie dozwolonej prędkości i poruszanie się niezgodnym z kodeksem pasem drogowym. Opłatę proszę uiścić w kasie na Smoczych Urwiskach” - Requel odczytał adnotację dołączoną do ogonów Kirqa i Briego, a potem łypnął na konie. - Że jak? - oczy omal nie wyszły mu z orbit na widok kwoty. -Nieźle sobie życzą, co? - Beld poklepał go po ramieniu i wsiadł na jednego z grubych, niskich koników. - Nie zapomnij o odsetkach za zwłokę. Smoki bywają bardzo... przepisowe - dokończył ze śmiechem. Dalszą drogę nasi znajomi przebyli już na końskich grzbietach. Raphael na wierzchowcu Xiitane, Kirqu, a Requel na Brim, który okazywał wielkie niezadowolenie z tego powodu. Kilka dni później wędrowcy dotarli do Is. Gwarne zazwyczaj miasteczko okazało się być dziwnie wymarłe, co bardzo zaniepokoiło Requela i Belda. Minąwszy Is, skierowali się na drogę prowadzącą do posiadłości Velmondów. Gdy zza różnobarwnych koron drzew ukazały się dachy zabudowań rezydencji hrabiego, Requel niespokojnie ponaglił wierzchowca. Aleja, zwykle tak czysta i wypielęgnowana, tym razem przykryta była stertami opadłych liści. Niemożliwym było, by Kolma dopuściła do takiego zaniedbania! Z głośnym stukotem kopyt wjechali na rozległy taras rozciągający się przed głównym wejściem. Ciszę przerywał jedynie szmer wody w kamiennych fontannach. Żaden ptasi trel, żadne bzyczenie owada nie mąciło panującego spokoju. Nawet wiatr ucichł. Dwór wyglądał na opustoszały. Requel, a za nim Beld, zsiedli z koni. Blondyn niepewnie podszedł do drzwi i ostrożnie je uchylił. -Hej, czy jest tam ktoś? - zapytał w głąb pomieszczenia. W tym właśnie momencie Raphael spadł ze swego wierzchowca. Gorbag pospieszył z pomocą poobijanemu przyjacielowi, który dosyć niezdarnie próbował podnieść się z ziemi. -Nie wydaje ci się, że jest tu za cicho? - Beld zapytał Requela, spoglądającego na rozgrywającą się właśnie scenę. -Owszem, jest - odparł blondyn, wchodząc do wielkiego holu. - Tak normalnie to Kolma już robiłaby mi awanturę z powodu tych śladów na podłodze - tu wskazał własne i Belda ubłocenia, które pozostawili właśnie na podłodze. Beld przejechał palcem po najbliższym stoliku. -Moim zdaniem już dawno nikt tutaj nie sprzątał - mruknął, spoglądając na kurz pozostały na palcu. -Ale... przecież oni nie mogli od tak sobie zniknąć! - Requel popatrzył na elfa z niedowierzaniem. -Pojechali - Beld wzruszył ramionami. -Dokąd? - zapytał blondyn. -Mnie się pytasz? - Beld spojrzał krzywo na Requela. - Nie znam twojej rodzinki. Może dostali od kogoś cynk, co się święci... Urwał i spojrzał na wchodzącego do holu Gorbaga podtrzymującego wraz z Grofytem drowiego towarzysza. Wargowie odtransportowali Raphaela do najbliższej kanapy. -Czy mógłbym tu gdzieś odpocząć? - wymamrotał drow, spoglądając na chwilowego zastępcę pana tych włości. - Nie czuję się... najlepiej - dodał, zdejmując kaptur. Requel i Beld omal nie krzyknęli na jego widok. Włosy Raphaela były jeszcze bielsze niż zwykle i o wiele rzadsze. Twarz drowa pokrywały zmarszczki, a jego oczy straciły swój blask, wyrażając nieopisane zmęczenie. -To słońce fatalnie na…