fantastyka · 18 min czytania
Bitwa o twierdzę zwaną Księżycową Wieżą - Rozdział
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Podmrok Ust Natha
Tego dnia w Ust Natha panowało wielkie poruszenie. Przez ulice podmrocznego miasta przemieszczały się całe tabuny drowich wojowników, uzbrojonych po zęby w łuki, miecze i inną broń sieczno-kłutą, zakutych w mithrillowe, błyszczące zbroje. Równy krok drowich żołnierzy mieszał się z okrzykami ich pobratymców, którzy musieli pozostać w Ust Natha, a co nie bardzo przypadło im do gustu. Xiitane, Carys, Dani i reszta towarzyszy, trzymanych pod strażą, nie zdziwiła się zbytnio widokiem kobiet wśród szeregów drowich żołnierzy. Wszak w Podmroku stosowano w takich sferach równouprawnienie. Ujęci w chatce Kevasira przez podwładnego Algernona prowadzeni byli bocznymi uliczkami, by zanadto nie rzucać się w oczy drowim żołnierzom będącym tego dnia w dosyć wojowniczych nastrojach. Algernon Schwarzentype i sprzymierzona z nim Melusa chcieli koniecznie dostać więźniów żywych, a groźnie pokrzykujący tłum drowów mógł wyrządzić jakąś krzywdę znienawidzonym powierzchniowcom. Na bocznych uliczkach było nie mniej burzliwie niż na głównej arterii Ust Natha. Prowadzeni pod strażą z wielkim trudem zdołali przecisnąć się przez czarnoskóry tłum, wymachujący pięściami a nierzadko też rzucający w powierzchniowców różnymi przedmiotami, czy próbujący wyrwać ich spod opieki eskorty. Strażnicy z gwardii więziennej porządnie się więc namęczyli, zanim udało im się dostarczyć schwytanych do bram więzienia w miarę dobrym stanie. Gdy w końcu usłyszeli zgrzyt bramy za swoimi plecami i trzask sztab ją zamykających, wszyscy zgodnie odetchnęli z ulgą. Dowodzący eskortą zasalutował przed swoim dowódcą, meldując przybycie powierzchniowców. Xiitane poprawiła podarte ubranie i palcami odgarnęła luźne kosmyki włosów z czoła. Dani krytycznie spojrzała na towarzyszy i stęknęła coś o braku poszanowania dla drowich współpracowników, na co urażona Carys kopnęła ją w kostkę. -Co z nimi zrobimy? - odezwał się szef więzienia, splatając ręce za plecami i groźnym spojrzeniem mierząc przybyłych. - Melusa ma obecnie naradę z Algernonem Schwarzentype i generalicją. -Musimy ich gdzieś zamknąć, żeby nie zrobili jakiegoś głupstwa - odparł stojący obok niego drow o przenikliwym, lodowatym spojrzeniu. Po plecach Xiitane i Anarona przebiegł dreszcz, gdy ów mroczny elf skierował swój wzrok na nich. Nie należał do "więziennej elity". Zachowywał się jak pan tego miejsca, traktując pozostałych strażników jak powietrze, i było wiadome, że naczelnik więzienia jest na jego usługach. Teraz także z niecierpliwością oczekiwał na jego zalecenia. -Samotny Łowca Darvyn - mruknął Drizzt, stojący tuż za plecami Aniego, a ton jego głosu zdradził, że już miał przyjemność poznać owego drowa osobiście, i że owa znajomość nie bardzo przypadła zainteresowanym do gustu. - Akurat tę znajomość wolałbym wymazać ze swej biografii. Kawał zimnego drania - prychnął. -Drizzt dezerter - wzrok Łowcy spoczął na panu Do'Urden. - Cieszę się, że znów się spotykamy... chociaż w okolicznościach, które jednemu z nas nie bardzo mogą się podobać - na jego twarzy przez chwilę gościło zadowolenie. -Widzę wujku, że masz tutaj mnóstwo znajomych i to w najwyższych kręgach - stwierdziła ironicznie Carys. -Wierz mi, moja droga, czasem wolałbym być mniej rozpoznawalny - westchnął Drizzt. - Z taką sławą bywają same problemy. Łowca podszedł do pana Do'Urden i przyjaźnie położył mu dłoń na ramieniu. -Doskonale cię rozumiem - przytaknął z uśmiechem. - A jak się miewa Daryleene? - zapytał po chwili. -Ma się całkiem nieźle. I możesz być pewien - Drizzt na chwilę zawiesił głos spoglądając na dłoń Łowcy spoczywającą na jego ramieniu - że gdyby znudziła jej się Powierzchnia, na pewno wieści o jej powrocie do Podmroku szybko by do was dotarły. Darvyn uśmiechnął się nieprzyjemnie. -Myślę, że Dar jeszcze szybciej może usłyszeć o moim pobycie na Powierzchni... -Trzymaj się od niej z daleka, draniu! - Drizzt prawie krzyknął, wbijając wściekłe spojrzenie w drowa. Na Darvynie jego słowa nie zrobiły jednak większego wrażenia. Łowca omiótł spojrzeniem Carys a później zwrócił się do naczelnika więzienia. -Myślę, że Kevasir i ten drugi powierzchniowy narwaniec ucieszą się z towarzystwa. -Ten powierzchniowiec, panie... - zaczął naczelnik, lecz jedno spojrzenie Darvyna wystarczyło, by zamilkł. - Będzie, jak mówisz, Łowco. - Drow skinął głową i wydał polecenia podwładnym. -A z tą damą chciałbym jeszcze porozmawiać na osobności - dodał Łowca, chwytając Carys za ramię, gdy go mijała. -Jak sobie życzysz, Łowco - posłusznie zgodził się naczelnik więzienia. *** Atmosfera panująca w Sali Narad w Wielkim Pałacu Ust Natha nie należała do najprzyjemniejszych. Na wielkim, okrągłym stole rozłożono mapę. Była to mapa Powierzchni, na którą niedawno zostały naniesione czerwonym pismem drowie oznaczenia. Dotyczyły one układu sił powierzchniowców, zaznaczono także ważniejsze strategiczne punkty, z których większość już zdobyto. Siedzący dookoła stołu głośno nad czymś debatowali, wskazując na owe oznaczenia, lecz Melusa, zajmująca miejsce u szczytu stołu, ledwie zwracała uwagę na drowich generałów omawiających kolejną taktykę mającą jak najszybciej doprowadzić do poddania się Illaivlen. Siedzący naprzeciw niej Algernon oparł głowę na ręce i ze znudzeniem w oczach przyglądał się debacie swych podwładnych. Stojący obok Largo, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, co chwilę zerkał na Algernona czekając aż ten zabierze głos. Specjalnie na tę naradę wypolerował i założył swój oficjalny, najlepszy mundur, by jak najlepiej prezentować się w obecności wielkiej pani. Melusa patrzyła na rozłożoną na stole mapę, lecz nietrudno było zgadnąć, że myślami znajduje się daleko poza tą salą. Odkąd Xantipe i jej mąż uciekli z siedziby Vajdimila Eagle, nie mogła pogodzić się z tą porażką. Xantipe, jej największa rywalka, była na wolności i zapewne właśnie zmierzała ku Illaivlen z odsieczą. Pomimo tego, że Pani Wieży posiadała tylko połówkę talizmanu... nadal miała władzę nad wiedzą elfów i mogła odeprzeć drowi atak. Nie powiodła się także próba zatrzymania Xantipe u Velmondów. Nadal była zbyt silna, by czary Melusy mogły na nią znacząco wpłynąć. Zamiast tego ofiarą jej zaklęć padła służba Velmondów i jakieś przybłędy z Podmroku z Requelem na czele, który jakimś sposobem zdołał wydostać się z zasadzki. Najbardziej jednak Melusa nie mogła przeboleć tego, że utraciła drugą połówkę talizmanu... klucza do wiedzy, którą nieopatrznie powierzyła Vajdimilowi. Pech chciał, że akurat wtedy w jego kryjówce znaleźli się ci znienawidzeni powierzchniowcy... Melusa nie powinna była ufać temu człowiekowi... Ale trudno, stało się. Z zadumy wyrwały ją słowa jednego z dowódców, którzy kierowali akcją na Powierzchni. -Ta sytuacja działa na naszą niekorzyść. Powierzchnia osłabia moich żołnierzy. Nasze oddziały zamiast posuwać się naprzód na południe, utknęły pod tym przeklętym miastem! - uderzył ze złością pięścią w stół. - Zdobyliśmy przecież... -Illaivlen już długo nie pociągnie - przerwał mu Algernon. - Nie byli przygotowani do naszego najazdu. -Nie możecie dopuścić, by Xantipe dotarła do Illaivlen - odezwała się w końcu Melusa. -Wysłałem już naprzeciwko oddział zbrojnych - Algernon uśmiechnął się - by powitali jak należy byłą Panią Wieży w twoim imieniu... - na chwilę zawiesił głos, koncentrując całą swoją uwagę na wnętrzu trzymanego pucharu z winem, który podał mu Largo. - Tylko mam pewien dylemat. Co zrobić z nią później? -Sprowadźcie ją do Podmroku i niech już więcej o niej nie słyszę - rzekła Melusa, wstając. Algernon spojrzał na nią i skinął głową a potem przeniósł spojrzenie na stojącego w niewielkim oddaleniu Largo. -Zajmiesz się tym - powiedział, a drow szybko skinął głową i zasalutował. - Liczę na twoją pomysłowość. -Tak panie - odparł krótko Largo. Algernon upił łyk wina z pucharu i nachylił się nad mapą rozłożoną na wielkim stole. Wskazał na niej jedno z czerwonych oznaczeń -Tyriada, graniczny, opuszczony przed laty bastion - rzekł, a potem przesunął palcem ku południowemu wschodowi. - Xantipe prawdopodobnie będzie chciała dotrzeć najpierw do Twierdzy w dolinie... najkrótszą możliwą drogą. A my będziemy na nich czekać tutaj - wskazał miejsce na mapie i spojrzał na Largo. -Oczywiście, mój panie. -Moi wywiadowcy donieśli, że to tam gromadzą się uciekinierzy z miasta - odparł jeden z przywódców. -A więc jest jeszcze jakaś inna droga prowadząca do miasta - Algernon w zadumie potarł brodę. - Znajdźcie ją - rzucił szybko. *** -Nazywasz się Carys Velmondo - rzekł Łowca, gdy w końcu on i drowka zostali sami w pomieszczeniu. Nie było to pytanie, lecz raczej stwierdzenie i Carys uważniej przyjrzała się przeciwnikowi. Widziała go po raz pierwszy, a on zachowywał się…