fantastyka · 20 min czytania
Bitwa o twierdzę zwaną Księżycową Wieżą - Rozdział
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Powierzchnia Na szlaku
Xantipe zsiadła z wierzchowca i rozejrzała się dookoła. Ona i jej mąż, a także niedawno poznani przyjaciele, Velmondowie, już od dłuższego czasu błądzili po lasach Północnych Krain szukając Starożytnego Traktu łączącego Illaivlen z dawnym, elfickim szlakiem handlowym. Xantipe była pewna, że nie zbłądzili. Aż do tej chwili. Poszarpane i nagie górskie szczyty na północnym zachodzie, wraz z charakterystycznym przełomem, którym płynęła rzeka. Pas jodłowych lasów na wschodzie zupełnie przysłonił charakterystyczną skałę. Twierdza… Wszystko tutaj tak bardzo się zmieniło, odkąd przebywała tę drogę po raz ostatni. Wędrowali wtedy w wielkim pospiechu. Ona, Lacandros i mała, zaledwie dwumiesięczna Xiitane, którą mocno tuliła do piersi. Była noc. Straszna, burzowa noc. Deszcz padał tak mocno, że wydawało się, iż wodna ściana pragnie oddzielić wędrowców od reszty świata. I wzajemnie od siebie. Uciekali z Illaivlen. Ten, który był ich przyjacielem, zdradził ich… Coś było nie tak. Wyczuwała wokół siebie delikatną aurę wrogości… Niebezpieczeństwo… Tak jak podczas tamtej ucieczki, gdy po piętach deptali im wysłannicy Vajdimila Eagle. Najemnicy z ich własnego rodu, którzy za pieniądze i władzę gotowi byli zrobić wszystko. Lecz teraz wyczuwała je o wiele mocniej. To ta więź, która łączyła ją z Wieżą, z jej ludem i całą jego magią, mówiła jej o zagrożeniu. O tym, że nie są tutaj sami. -Czy wszystko w porządku, moja droga? – Lacandros zapytał zatroskanym głosem. Kiwnęła głową, że tak. Lecz wiedziała, że męża to nie przekonało. Doskonale wyczuwał zmiany jej nastroju. Objął ją ramieniem i uśmiechnął się do niej, lecz ten uśmiech wypadł strasznie blado. -Zróbmy chwilę przerwy – rzekł Caleb, niezdarnie zsiadając z konia. Kiedyż to on ostatni raz był na tak długiej wyprawie? Jego obolały tyłek wyraźnie sygnalizował, że odbyło się to w zamierzchłej przeszłości i najwyższy już czas odkurzyć tę zaniedbaną umiejętność. – Mój wierzchowiec strasznie się zmachał wspinaczką – dodał, ocierając pot z czoła. -Panie hrabio, myślę, że twojemu wierzchowcowi i tobie byłoby lżej bez tej… konserwy – odparł Lacandros, wymownie spoglądając na zbroję Caleba. -Lacandrosie, przyjacielu, dobry i przezorny wojownik nigdzie nie rusza się bez odpowiedniego opakowania. A wiedz, że ta zbroja – tu postukał pięścią o misternie wykonaną kolczugę – niejeden już raz uratowała mi skórę. Dre, która właśnie dołączyła do rozmówców, podała mężowi bukłak z chłodną wodą zaczerpniętą z pobliskiego strumienia. Hrabia opróżnił go czym prędzej i dodał: -Tylko czasem zastanawiam się, dlaczego jeszcze nie wynaleźli zbroi z klimą. Taki upał to prawdziwa mordęga dla przezornego rycerza. Lacandros i Deirdre wymienili spojrzenia i uśmiechnęli się. Hrabia chwycił uzdę swego wierzchowca i zaprowadził go nad wodę. Pozostałe konie, puszczone luzem już łapczywie piły wodę ze strumienia. W końcu nie tylko hrabia narzekał na uciążliwy brak klimy w ten ciepły, letni dzień. -Rozejrzę się trochę po okolicy – oznajmiła Xantipe. – Sama. Lacandros skinął głową przyzwalająco, chociaż nie bez pewnych oporów. W nim to miejsce również obudziło niemiłe wspomnienia. Srebrnowłosa oddaliła się ku ścieżce, którą tu przybyli. -Myślisz, że odnajdą tego Kevasira? – Lacandros zwrócił się do drowki. -Dla mojego brata nie ma rzeczy niemożliwych – odparła Dre. – Chociaż tym razem, wyjątkowo, obawiam się o jego skórę… Ostatnio w Podmroku bywa niewesoło. Nie dotarły też do mnie żadne wieści od niego – rudowłosa pokręciła głową i spojrzała na przelatujące między drzewami ptaki. – Odkąd przekroczył bramy Podmroku… urwał się nasz kontakt. -Porozumiewacie się telepatycznie? – Lacandros potarł brodę z zainteresowaniem. Dre skinęła głową, z uśmiechem przyglądając się mężowi, który właśnie zdjął buty, i podwinąwszy nogawki spodni, z niewyobrażalną ulgą na twarzy brodził w płytkiej wodzie strumienia, która sięgała mu nieco poniżej kolan. Małe, rdzawe rybki przemykały w pośpiechu między jego nogami. W tym miejscu strumień rozlewał się szeroko, tworząc coś w rodzaju małego zalewu, zarośniętego przy brzegach kępami trzciny. W swym najgłębszym miejscu nie miał jednak nawet metra. Krystalicznie czysta woda ukazywała dno wyłożone kolorowymi otoczakami. Gdzieniegdzie przebłyskiwały łachy żółtego piasku poprzecinanego falującymi wraz z prądem wody liści. Co on teraz czuł? Dre często żałowała, że nie mogła w podobny sposób porozmawiać z Calebem. On był… nieprzewidywalny i uparty. W ogóle go nie rozumiała. No i był człowiekiem. Bała się przyszłości. Mimo wszystko nie chciała stracić swego największego przyjaciela w tym świecie i życiu. Lecz nie miała pojęcia, jak pokonać zaistniałe różnice. A hrabia Velmondo nie mógł jej w tym pomóc. Deirdre nie pozwoliła, by poznał dręczące ją wątpliwości. -Możliwe, że ci w Podmroku używają jakichś zagłuszaczy… i dlatego nie możecie się porozumieć – odezwał się Lacandros. -Niepokoi mnie jeszcze jedno – powiedziała powoli Dre - że straciłam również kontakt z Kolmą… Nagle z przybrzeżnych krzaków wzbiły się w powietrze chmary ptaków. Dre urwała, widząc biegnącą w ich kierunku Xantipe. -Uciekajcie stąd! – wykrzyknęła srebrnowłosa, wymachując rękoma. – To pułapka! Nim jednak podróżni zdążyli wsiąść na wierzchowce, zostali otoczeni przez… drowy. *** Podążający szlakiem podróżni wzbudzali popłoch i przerażenie we wszystkich mijanych wioskach. Kto żyw, na sam widok Wargów i ich wierzchowców uciekał gdzie pieprz rośnie. By ukrócić powstałe zamieszanie, jako że wieści o dziwnych podróżnych szybko zaczęły ich wyprzedzać, a kolejni wieśniacy i mieszkańcy większych miasteczek postarali się o niezbyt miłe powitanie, Requel prowadził drużynę opłotkami i bocznymi ścieżkami. Gdy w końcu minęli Garnicę, której nie udało im się ominąć, jako że znajdował się w niej jedyny możliwy do przebycia bród w okolicy kilkunastu kilometrów, odetchnęli wreszcie z ulgą. Teren powoli zaczynał się wznosić a gęste lasy dawały przyjemny cień w upalne popołudnia. Minął czwarty dzień odkąd opuścili Biały Dwór, posiadłość Velmondów. Jadący na czele Requel nadawał tempo podróży. Tuż za nim podążali Wargowie, którym po pewnym czasie powierzchniowy upał dał się mocno we znaki. Powożący wozem Beld posłusznie zamykał pochód w towarzystwie Raphaela i siedzącej obok niego Kolmy, która po opuszczeniu dworu Velmondów odzyskała dawną werwę i teraz z ukosa spoglądała na drowiego towarzysza, dokładnie lustrując jego odzienie. Raphael, z braku mądrzejszego zajęcia, rozglądał się po okolicy, chociaż zawinięta na głowie chusta, będąca dosyć kiepską imitacją turbanu, i przyciemnione szkła znacznie utrudniały mu tę obserwację. Cóż było robić. Drowia skóra nie kochała zanadto słonecznych promieni a reszta towarzystwa nie kwapiła się do podróży nocą, kiedy widoczność na tych terenach znacznie spadała. -Jeżeli hrabia dowie się, w jakim towarzystwie panicz się obraca… - Kolma zaczęła kolejną uwagę, lecz Beld szybko jej przerwał: -Może się wcale nie dowiedzieć, jeżeli dopadną go nasi znajomi z Podmroku. Trzasnął bacikiem poganiając grube koniki do szybszego tępa. Requel znów wysforował się do przodu. -Tacy jak on? – syknęła Kolma wskazując palcem na Raphaela. – No, jeżeli tak, to armia Algernona rzeczywiście schodzi na psy! I nie mamy się czego obawiać. Taa – Beld pomyślał z przekąsem – jedna taka jak ty uzbrojona w miotłę w zupełności wystarczyłaby, by rozgromić drowi oddział. Raphael z lekkim przestrachem zerknął na służącą Velmondów, wymachującą mu przed nosem rękoma. -To dezerter, Kolmo – odezwał się Beld. Jadący przodem Requel nagle zatrzymał konia i dał pozostałym znak, by zrobili to samo. Beld mocno ściągnął wodze. Hamujący wóz zaskrzypiał złowieszczo a jego pasażerami rzuciło w przód. -Strasznie niecywilizowana ta furmanka, Beld – stęknęła Kolma, próbując odczepić spódnicę od gwoździ przytrzymujących siedzisko elfa na właściwym miejscu.- Jak kosz na kartofle na resorach. Powinieneś zamontować pasy bezpieczeństwa, o estetyce nie wspomnę… Beld wywrócił oczyma, usłyszawszy taką uwagę, i westchnął. Raphael uczynnie odczepił spódnicę służącej od atakujących ją gwoździ, lecz Kolma szybko pacnęła dłoń drowa. -A ty trzymaj się ode mnie z daleka, dezerterze! – prychnęła, pokazując mu plecy. Beld zsiadł z kozła i podszedł do Requela, lustrującego uważnie na wszystkie strony mapę. Znajdowali się na skrzyżowaniu, na którym, niestety, zabrakło drogowskazów. Tylko ułamana deseczka świadczyła dobitnie, że taki stan rzeczy był robotą jakiegoś chuligana, który wolał nieco inaczej spożytkować drogowskaz. Trzej Wargowie cierpliwie czekali na decyzję blondyna. -No i dokąd teraz, panie dowódco? – zagadnął Beld, opierając ręce na biodrach. Requel westchnął i odwrócił mapę pod innym kątem. -Ktoś z was umie po krasnoludku? – zapytał w końcu. – Bo ja już się pogubiłem. -Szef pozwoli – Kolma ni stąd ni zowąd pojawiła się u boku Requela i wyciągnęła rękę po mapę. – Piąte przez dziesiąte, ale przeczytam. Z lekkim wahaniem, panicz Velmondo podał służącej mapę. -Niech zgadnę – zaczął Beld z ironicznym wyrazem twarzy. – Twój kochany tata kolekcjonował także mapy? Kolma zerknęła na złodzieja znad mapy, którą rozłożyła na wielkim, płaskim kamieniu leżącym na ścieżce, ale zachowała kąśliwą ripostę dla siebie, z uwagą przesuwając palcem po krasnoludzkich oznaczeniach i mrucząc coś pod nosem. -Mój tata kolekcjonował wiele rzeczy, które Kolma systematycznie wyrzucała, nie zwracając uwagi na ich zawartość czy przydatność – wyjaśnił Requel, klepiąc swego wierzchowca. -Założę się, że brak porządnej mapy to też jej sprawka – Beld pokiwał głową. Requel zerknął na służącą, a potem na elfa. -Niestety… Nasza kochana Kolmusia zrobiła z nich serwetki jednorazówki. -Aha… - elfowi opadła szczęka. *** Zaalarmowani przez Xantipe ledwie zdołali dosiąść wierzchowców i skierować ku…