fantastyka · 14 min czytania
Bitwa o twierdzę zwaną Księżycową Wieżą - Rozdział
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Powierzchnia
Bigbit i spółka
Marew Bigbit wędrował leśnym traktem. Przygwizdując wesoło, stawiał kolejne kroki, chociaż po kilku dniach bez napotkania jakiejkolwiek żywej istoty, nie licząc oczywiście zwierząt, zaczynał mieć obawy, czy wybrał dobrą drogę. Gdyby nie jego roztrzepanie, miałby teraz przewodnika uzbrojonego w mapę i znającego wszystkie możliwe skróty. Ale nie... Marew zapomniał zapytać, dokąd wybierają się jego towarzysze, czego skutek teraz był opłakany. Że też zachciało mu się odwiedzić Trypolis. Swoją drogą, skąd mógł przewidzieć, że gdy go zobaczą w wiosce, jego szanse na odwiedzenie byłego maga-nauczyciela stopnieją do bardzo niskiego pułapu? A wszystkiemu był winny futerał, który dźwigał na plecach. Rozpoznano go bez trudu, nawet w doklejonych wąsach i przefarbowanej czuprynie. Gdy po raz piętnasty minął znajome, powyginane wiatrem i obrosłe mchem suche drzewo na rozstajach, z rezygnacją przysiadł pod pniem i zaczął się zastanawiać, w którym miejscu źle skręca. Las porastający szczyty wszędzie wyglądał tak samo, ścieżka to znikała wśród traw, to zakręcała koło strumyka. Wyglądało na to, że przez ostatnie dwa dni kręcił się w kółko, ani na piędź nie zbliżając do celu. Marew niechętnie przyznał, sam przed sobą, że nigdy zbyt dobrze nie orientował się w terenie, nawet z dobrą mapą i kompasem u boku, i teraz, pozbawiony tego niezbędnego ekwipunku był zdany na porażkę. Wszyscy mówili o Twierdzy w dolinie, lecz jak tam, do licha, trafić? "Przy moim szczęściu prędzej oni wpadną na mnie, niż ja ich znajdę" - pomyślał z konsternacją, wstając z ziemi i ustaliwszy nowy kierunek na chybił trafił (jako, że już nie pamiętał, której strony nie zdążył jeszcze odwiedzić), ruszył przed siebie, ciągnąc za uzdę znudzonego konika obłożonego pakunkiem, którego gwizdnął jakiemuś podróżnemu szantażując „bronią” ukrytą w futerale. Przedzierał się właśnie przez gęste chaszcze, gdy stanął oko w oko z ... drowem. -Co u licha? - to było jedyne, co zdążył wypowiedzieć, nim zorientował się, że ciemnoskóry ma wobec niego wrogie zamiary, a w ręku dzierży bardzo ostrą broń, bynajmniej nie będącą zabawką. Zupełnie nie zauważył drugiego przeciwnika, który zaszedł go od tyłu. Mocny cios w potylicę zwalił go z nóg i chwilowo odebrał przytomność. Dwa mroczne elfy powlokły Marewa na małą polankę i zakneblowały usta. W pośpiechu przetrząsnęły tobołki i właśnie zabrały się za rozpracowywanie zamknięcia pokrowca na instrument, gdy grajkowi udało się odemknąć jedno oko. Ze zgrozą popatrzył na poczynania napastników. -Myślisz, że to jeden z nich? - zapytał drow, który właśnie rękojeścią sztyletu próbował wybić w etui dziurę. Ostrze przeraźliwie zgrzytało i ślizgało się po gładkiej powierzchni, pozostawiając na niej brzydkie zarysowania. -Nie wygląda mi na uciekiniera - powiedział drugi, pochłaniając z niesamowitą szybkością kanapki z masłem orzechowym, które Marew szmuglował w torbie na drugie śniadanie, i pociągnąwszy grajka za czuprynę do tyłu, dokładnie zlustrował jego twarz. - Człowiek. Ewidentnie! Na nic innego nie wygląda, Caser. -Pani mówiła o posiłkach. Niewykluczone, że to zwiadowca – mruknął jego towarzysz. -Zwiadowca tachałby ze sobą to? - drow wskazał na kontrabas i Marew wstrzymał oddech, by przedmiot przypadkiem nie został rozbity na najbliższym kamieniu. Wydał na instrument gigantyczną kwotę, ale się opłaciło. Szkoda tylko, że jego dziewczyna miała co do tego inne zdanie i go rzuciła. Teraz kontrabas był najcenniejszą rzeczą, jaką posiadał, a reszta świata chyba się sprzysięgła, żeby go zniszczyć. Przecież nie tak dawno, w Trypolis, omal nie spalono futerału razem z zawartością. -Jak mu zależy na kamuflażu... Gadaj, blada gębo, co tu robisz? - drow zwany Caserem przystawił grajkowi sztylet do szyi. Marew nerwowo przełknął ślinę. -Podziwiam widoki? - wyszczerzył zęby i zamknął oczy, widząc, jak drugi z drowów przygotowuje pięść do ciosu. Nagle na polanę wtargnęła gromada zamaskowanych zbirów i porządnie obiła mroczne elfy. Marew omal nie podskoczył z radości na widok wybawców. Gdy jednak nowi przybysze po raz wtóry tego dnia przerzucili zawartość jego sakwy, był tym faktem już mniej zachwycony. Właśnie miał okazję po raz kolejny stanąć oko w oko z byłym szefem Anarona ze Stowarzyszenia Lokalnych Kieszonkowców. I najwyraźniej tym razem mieli grać w tej samej drużynie. Marew żywił tylko nadzieję, że złodziejaszek zapomniał o ostatniej konfrontacji. -A panowie co tutaj robią? - zapytał niepewnie, gdy zamaskowani w końcu przypomnieli sobie o nim i przecięli krępujące go więzy. -Tropimy Anarona. Podobno ostatnio trafił na dobrą robotę i nieźle się obłowił, a teraz wymiguje się jak może od wypłacenia znaleźnego i spłacenia zaległych długów. Szliśmy jego tropem, ale zniknął gdzieś w okolicy - powiedział szef SLK, przeglądając mapę. - Ta czarnuszka, która z nim podróżuje, zna świetne kryjówki, a drapichrust korzysta, jak może. -Czy była z nimi Xiitane? - odważył się wtrącić Marew. -Jego dziewczyna? -Chyba była - wtrącił inny złodziejaszek. - Anek nie ma szczęścia do pięknych kobiet... Ta ostatnia, Adelise, też mu porządnie obiła mordę, jak wyczyścił srebra jej starego. -Ty, Hormen, a ta czarna to nie był przypadkiem facet? - zauważył jego kumpel. Złodziej podrapał się po głowie. -Licho wie. Pod tymi szmatami każdy facet wyglądałby jak ona. Zresztą, co za różnica, czy to baba, czy chłop? Jak dostaniesz z liścia, to tydzień się potem kurujesz - odparł Hormen, przesypując co bardziej wartościowe przedmioty z sakwy Marewa do swojej. Zanim grajek zdążył się zorientować, na dnie worka pozostała tylko para zużytych skarpetek, poszczerbiony nóż i dwie fałszywe monety. -A gdzie teraz dokładnie jesteśmy? - zapytał, ściskając kontrabas. -To tereny srebrnych elfów z Twierdzy w dolinie. Najwyraźniej bariera na granicy zniknęła, skoro oni tu są - Hormen wskazał na zbitych na kwaśne jabłko drowów, których jego ludzie właśnie wrzucali na wóz. -Myślisz, że w Twierdzy mają problemy? - odezwał się jego kompan. -Mnie to wygląda na napad - mruknął zbój, spoglądając na drowa, który właśnie odzyskiwał przytomność. Ciemnoskóry zaklął paskudnie, próbując rozerwać więzy. -Po prostu z nieba mi panowie spadli - zagadał Marew. - To którędy do Twierdzy? Złodziejaszkowie popatrzyli po sobie z niewesołymi minami. Ani im się paliło wplątywać w jakieś lokalne zamieszki... Chociaż, z drugiej strony, na polach bitwy nieraz można się było nieźle obłowić... No i jeszcze gdzieś w okolicy czaił się Anaron z niespłaconymi odsetkami.
***
Potyczka nie trwała długo. Pomimo, że obrońcy dawali z siebie wszystko, w końcu jednak musieli ustąpić drowom. Było ich zbyt mało, by mogli w jakikolwiek sposób powstrzymać napływającą falę nowych wojowników. Algernon, pewny zwycięstwa, rzucił do walki wszystkie swoje siły, które dosłownie miażdżyły obrońców. Xiitane i Carys z beznadziejnością w oczach spoglądały na pobojowisko, na walczących zaciekle przyjaciół,…