fantastyka · 19 min czytania
Bitwa o twierdzę zwaną Księżycową Wieżą - Rozdział
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Czyżby Epilog?
Gdy przebrzmiały ostatnie słowa tekstu napisanego przez Mirandę O'Shukay, w komnacie zapadła cisza, przerywana jedynie dźwiękiem stukającego o talerz widelca, będącego w posiadaniu pisarki, i wydmuchiwanej chusteczki do nosa, którą od dobrej godziny miętosiła Xiitane. Siedząca obok niej Dani chwyciła następną, nadającą się jeszcze do użytku, i głośno wydmuchała nos. Arew pazurkami pacnął w stosik zużytych chusteczek, leżących na podłodze, lecz stwierdziwszy, że niewiele mają wspólnego z ulubionymi przez niego włóczkami, zwinął się w kłębuszek obok kominka. -No nie! Teraz to pani już zdrowo przesadziła! - Carys zerwała się z fotela i wyrwawszy plik kartek z rąk dyplomowanej pisarki, rzuciła je na stół, wprost do talerza ze spagetti, które pałaszowała Miranda na przepisowy obiad. - To miało być napisane z humorem, a skończyło się na melodramacie! -Przepraszam, ale sama pani mówiła, że tak to się skończyło - pani O'Shukay próbowała się bronić, z niesmakiem oddzielając kartki rękopisu od makaronu polanego sosem neapoli. -Może się i skończyło, ale nie prosiłam o takie przedstawienie wydarzeń! Czy pani chce, żeby mi dom zalało? - Carys wskazała na siedzące na kanapie przyjaciółki, które na dobre zaczęły zalewać się potokami łez. Szybko wyjęła z kieszeni przygotowany czek i podarła go w drobne kawałeczki. -Moje honorarium - pisnęła pisarka, chwytając się za głowę. -Proszę tak nie rozpaczać nad tym świstkiem, tylko brać nogi za pas, pókim dobra! Obciążę panią kosztami za straty moralne i zalany salon! - wrzasnęła Carys i nim pani Miranda zdążyła zareagować, znalazła się za drzwiami dworu, wykopana własnonożnie przez pannę Velmondo. -Trudno pani dogodzić - mruknęła pisarka z groźbą w głosie, spoglądając przez ramię. - Popamięta mnie jeszcze pani! -Żegnam! - odpowiedziała jej drowka i zatrzasnęła drzwi, zostawiając Mirandę samą w kałuży błocka. - A teraz zobaczymy, czy ten tekst uda się jeszcze jakoś uratować. Dyplomowana pisarka, tfu! Moja amatorszczyzna brzmi lepiej od jej wypocin! - sarknęła, przyglądając się rękopisowi, na którym niepodzielnie panowały plamy po resztkach obiadu pani O'Shukay. Xiitane wrzuciła do kominka ostatnią nadającą się do użytku chusteczkę i wesoło zatarła ręce. -Już się nie mogę doczekać na tą twoją amatorkę - zachichotała. Dani przekrzywiła głowę i spojrzała na drowkę. -Czy to prawda, że ty i Nathaniel... - zapytała konspiracyjnym szeptem. - No wiesz, jak ta pisarzyna napisała... Nie znam tej części historii. -Bujda na resorach - Carys skrzywiła się i schwyciwszy Milusia, który właśnie dobierał się do spaghetti, wytarła jego pobrudzone sosem łapki w, i tak już niemiłosiernie wybrudzony, obrus, który po tej czynności trafił w łapy Kolmy. - Pomyśl tylko, ja i Nathaniel? Nawet będąc przyszywanym rodzeństwem rzadko ze sobą wytrzymujemy! Nie wyobrażam sobie... - przerwała, gdyż właśnie w tym momencie do komnaty wszedł wyżej wspomniany pan Morey. -Req, miałeś rację. Carys już ją wykopała - Nathaniel skinął na stojącego na korytarzu brata. - Skarbie... mam tylko nadzieję, że to nie pójdzie do druku, bo ta baba kompletnie nie umie pisać! -Spoko, Noa - Dani klepnęła go w ramię. - Nasza kochana Carysia odpicuje ten tekst tak, że go nie poznasz!
***
Dwa lata po wydarzeniach w Illaivlen
Carys i Requel podążali traktem do Illaivlen. Hrabiowska bryczka szybko mknęła po koleinach, niebezpiecznie przechylając się na boki i trzeszcząc nieprzyjemnie, lecz powożący nią pan Velmondo niewiele sobie z tego robił. -Req, draniu, tak co dojedziemy w jednym kawałku - syknęła siedząca tuż za nim Carys, kurczowo przytrzymując się czegokolwiek, by nie wypaść z powozu. Blondyn zaśmiał się, lecz nieco przystopował kłus koni. Chwilę później ostro skręcił na bród i bryczka przetoczyła się przez płytki potok, rozbryzgując na boki wodę. -Pirat drogowy - dodała drowka, ścierając z twarzy krople wody. Ze zgrozą popatrzyła na nową sukienkę, na której trudno było teraz szukać suchego miejsca i ze złością kopnęła w kozioł, na którym siedział brat. - Zrobiłeś to specjalnie! -Ależ skądże, droga na skróty. -Ładne mi skróty! - westchnęła Carys. Nagle jej uwagę przyciągnęła idąca przed nimi ścieżką osoba w długim niebieskawym płaszczu. Gdy z wysokich traw wyłoniła się futrzasta, czarno-biała kocia postać, drowka była już niemal pewna co do tożsamości wędrującej. -Xiitanuś? - zawołała, wyskakując z wozu, nim brat zdążył zahamować pojazd. Podróżniczka odwróciła się z dezaprobatą, lecz rozpoznając biegnącą ku niej drowkę otworzyła ramiona i zamknęła przyjaciółkę w mocnym uścisku. -Carysiu, ty dranico! Gdzie się podziewałaś? -Ostatnie pół roku spędziłam w Zamorzu u Dani, a teraz jedziemy razem z Requelem w odwiedziny do rodziców - powiedziała Carys. Blondyn zatrzymał bryczkę tuż obok nich i zdjął z głowy słomkowy kapelusz na powitanie srebrnowłosej. -Zabierzesz się z nami? - zapytał wesoło. -Chętnie - Xiitane wskoczyła do środka i zaklęła, gdy coś chlupnęło pod jej butami. -Skróty braciszka - Carys wzruszyła ramionami. - Jeżeli miałabym wziąć kąpiel, to zrobiłabym to bez ubrania - dodała, podwijając i tak już mokrą sukienkę i usiadła na swoim miejscu. Siedzący na dachu bryczki Milo ciekawie zwiesił łebek i kraknięciem powitał swojego ulubionego futerkowca. Arew nastroszył wąsy i miauknął. - A ty co porabiałaś przez ostatnie pół roku? -Musiałam załatwić kilka rzeczy w Gaju Nepusa - Xiitane odparła wymijająco. - Nadal tam należę i w jakimś stopniu jestem druidką... -Druidką? Nigdy o tym nie mówiłaś - Carys wytrzeszczyła oczy. Xiitane odwzajemniła uwagę uśmiechem. -Nie było potrzeby. Słoneczny dzień minął szybko i na nocleg zatrzymali się w Twierdzy w dolinie, gdzie teraz, jak się dowiedzieli, zamieszkiwała Inova. Carys, która po raz pierwszy znalazła się w tej niezwykłej twierdzy, z podziwem przyglądała się potężnemu drzewu i w porze wieczornych śpiewów z otwartymi ustami przysłuchiwała się płynącej pieśni, którą leśne elfy żegnały chowające się za widnokręgiem słońce. -To niesamowite miejsce - powiedziała do Xiitane, gdy w końcu przebrzmiały ostatnie tony, a świat spowiła noc. Drowka wspięła się po wyplatanych stopniach do niewielkiej, na pół wiszącej altanki gdzie już znajdowali się Requel i jej przyjaciółka. Srebrnowłosa siedziała w wiklinowym foteliku i popijała owocowy sok, który właśnie przyniosła elfka Hallin. Blondyn stał oparty o poręcz altanki i w zadumie spoglądał w pogrążającą się w mroku dolinę, która z tego miejsca była doskonale widoczna. -Wielki Dąb to jedno z trzech wielkich magicznych drzew, które rosną w Krainach - powiedziała, odkładając szklankę. - To z Księżycowej Wieży, klon, zginęło razem z miastem. Pozostaje jeszcze kasztanowiec... Tylko nikt nie ma pojęcia, gdzie mógłby się znajdować. -Magiczne kasztany? - Carys szerzej otworzyła oczy, przysiadając na fotelu obok przyjaciółki. -Wiem, co masz na myśli, ale te kasztany nie nadawałyby się do interesu. -Szefowa chyba powinna przerzucić się na inną działalność - kraknął leniwie Milo, podpierając skrzydłami łebek i leżąc na brzuchu tuż przed ogromną misą, na której znajdowały się kiście wisienek i plasterkowanego manga. Siedzący obok kot, z parasolką za uchem, sączył przez rurkę mleko. -Może jakieś zapasy... zawodowo. Albo walki na miecze - miauknął. -Zdecydowanie odpada, jeżeli ma zamiar korzystać z tego jęczącego Lilarcora - Milo przechylił łebek i porwał z misy wisienkę. Zwinnie dziobkiem podrzucił ją w górę i połknął, wypluwając pestkę na ziemię, w miejsce, gdzie leżało już kilkanaście innych. - Nie byłoby zasady fair play. Arew zachichotał i przewrócił się na drugi bok. -Zgodnie z legendą - zaczęła Xiitane - kiedyś po Krainach wędrował pewien mag, a ponieważ nie był miłym typem, nigdzie na dłużej nie potrafił zagrzać miejsca. Ci, którzy udzielili mu gościny, otrzymywali od niego magiczne nasiona, z których później wyrosły owe drzewa. O wiele później odkryto ich magiczne właściwości i zrozumiano intencje podróżnika. -Jak widać, tolerancją i gościnnością nasi przodkowie nie grzeszyli - wtrąciła Inova, która właśnie, niepostrzeżenie podeszła do nich z dzbankiem soku. Carys spojrzała ponad balustradę i skinęła głową. -Tylko trzy drzewa - powiedziała, bardziej do siebie, niż do reszty. -Obecnie dwa - rzekła Hallin. - Stare Illaivlen umarło, zostało zniszczone razem z Wieżą, chroniącą klon... Swoją drogą to zabawne, że wcześniej się nie domyśliliśmy. Wokół tego dębu też kiedyś powstała taka budowla, aż w końcu drzewo stało się zbyt potężne i zniszczyło mury... Teraz w Illaivlen nie ma już magii, przynajmniej tak potężnej. Mieszkańcy Nowego Illaivlen to głównie mieszańcy. -Po zniszczeniu Wieży otrzymaliśmy tą moc. Tylko dlaczego? - zapytała Xiitane. -Nie potrafię tego wytłumaczyć - westchnęła Hallin. - Mówi się, że te nasiona pochodziły z naszego księżyca Feylony. Stamtąd pochodzą srebrne elfy... I to do nich należy magia. Jeżeli zniszczono drzewo, magia wróciła do prawowitych właścicieli. Srebrnowłosa spojrzała na księżycową tarczę, która właśnie pojawiła się na niebie. Była pełnia. -Bajdurzenia - sarknęła Inova. -A czarnoksiężnik był jednym z nich. Dziś już nie ma srebrnych elfów.…