Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 1 godz. 13 min czytania

Bitwy o ruiny

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

O ŁAGODNYCH OCZACH

Nie powinna wyjeżdżać. Jest taka nieroztropna. Westchnąłem, patrząc na wschodzące słońce, które rozkwitało pełne energii, świeżości z nadchodzącego dnia. Pomimo pięknego brzasku moje myśli wciąż powracały do nierozważnego pomysłu Ari. Przeżyłem zbyt wiele zim, by dobrze rokować tej podróży. Stałem pośrodku tak dobrze znanego mi ogrodu. W tej porze nie rozbrzmiewała tu żadna muzyka, cisza zdawała się być bezwzględną panią; cichy stukot kopyt, ciche stare drzewa, cichy staw. Brodziłem nogami we mgle, a przenikliwy jak ostrze miecza chłód poranka zwiastował piękny dzień. Jednak we mnie nie pozostało wiele ponad zmartwienia, które gnieździły się tam niczym głośne ptactwo. Usłyszałem za mną kroki, lekkie, długie i tchnące pewnością siebie. Aria, dziecino, czemu nie przeczuwasz tak jak ja, że... -Liberum! Odwróciłem się powoli na ten dźwięk. Spojrzałem na młodą elfkę z należną jej łagodnością. Nie ma pojęcia... Rozczaruje się. Przecież zapach porażki wisi w powietrzu. Niosła siodło z przytroczoną masą ekwipunku i sakw, z których pachniało skórą i owocami. Potknęła się o wiszący koc, spod którego wysunął się miecz. Z trudem zarzuciła wszystkie te sprzęty na mój grzbiet i mocno zapięła popręg. Skuliłem groźnie uszy. -No, mój drogi, przyszło udać się nam w daleką podróż- rzekła ze spuszczonymi oczami, lecz pewna swego. W ZIMNEJ CHMURZE Jak śmie mnie tu zostawić?! Ryłem pazurami ziemię i niespokojnie biłem skrzydłami. Miałem ochotę drapać piach tak długo, dopóki nie dostanę się do żywego ciała ziemi i nie rozerwę jej aż do krwi. Tyle widziałem już ciepłej, czerwonej posoki, ale nigdy nie jej, nie, nigdy nie ziemi. Dlaczego nie miałaby poznać uczucia, kiedy wraz z krwią ucieka życie? Zostawiła mnie! Ta elfka! Zostawiła! Trawa, żwir i krzewy fruwały na boki. Zostawiła! W końcu zziajany uczepiłem się brzegów wydrapanego dołu i wspiąłem na górę, obsypując piach. Zaczerpnąłem powietrza. Zostawiła! Z mojego wnętrza dobył się ogłuszający, długi ryk. Rozwibrował całe moje ciało, ziemię, drzewa. Z lasu wyleciało stado ptaków. Zostawiła! Ryk ciągnął się na setki kilometrów, jak burzowy grzmot. Zostawiła! Jak śmie! Odbiłem się od ziemi i ciężko wzbiłem w powietrze. Dogonię ją, tak, dogonię elfkę- myślałem, lecąc w zimnych chmurach. Znajdę ją, znajdę. Moje oczy nawet z tej wysokości widziały każdy liść, każdy szczegół. Ślady kopyt jej konia. Oprócz tego… Mmm, sarna… Nie. Nie teraz. Później. Zacisnąłem szczęki pełne ostrych zębów i przyspieszyłem. Ślady kopyt ginęły pod drzewami, ale to nic. Usłyszę ją. Znajdę. Mam czujny słuch. Z zimnych chmur zaczęła kapać woda, pobrzmiewając pustymi tonami, gdy krople zderzały się z łuskami. Dogonię ją. Deszcz przyniósł ze sobą miliard nowych woni. Co to? A tak, zapach mokrej ściółki. I sierść zająca. Uf, cuchnie strachem. A to? Tak, to ona. Jej zapach. Jej i jej czarnego konia. Ten ogier zawsze był taki zabawny. Lubiłem go, bawił mnie swoją śmieszną powagą. Pikowałem w dół, czując jej woń coraz mocniej. Pięknie pachnie. Rozłożyłem skrzydła i wbiłem się pazurami w koronę drzewa. Usłyszałem trzask pękającego pod moim ciężarem pnia. Gdy drzewo runęło, wygodnie stanąłem na ziemi. Mam ją jest. Widzisz? Znalazłem cię. -Rys, co ty tu robisz?- elfka próbowała uspokoić tańczącego konia. -Kazałam ci zostać, nie rozumiesz? Machałem skrzydłami, by spłoszyć czarnego ogiera jeszcze bardziej. Mmmm… To zabawne… Jeszcze raz… -Rys, przestań! –Łuuu, bój się, czarny koniu, okaż przede mną strach… Machnąłem długim skrzydłem, a w jego oczach błysnęły białka. Cofaj się, cofaj… Nagle przed moim nosem błysnęła stal… Momentalnie napiąłem wszystkie mięśnie. Jak ona może mi grozić?! Ofiarowałem jej swoją lojalność, szacunek smoka! A ona wyciąga przeciw mnie swój miecz?! -Rys, wiem, że jesteś moim smokiem. Nie opuściłabym cię, lecz przyczyna, dla której wyjeżdżam do Lawiny jest… Nie mogę dłużej przesiadywać z tobą w strażniczej wieży. Coś się budzi… Czuję to… Muszę jechać, dowiedzieć się, co się dzieje, rozumiesz? Zazwyczaj lubiłem dźwięk jej głosu, lecz teraz mnie drażnił. Chociaż… Nie. Nie jej głos. Jej miecz. Obnażyłem zęby. Co jest z tobą? Wracaj ze mną! -Ty nie ruszasz się z puszczy, a ja jadę.- powiedziała stanowczym głosem, jakby miało to na mnie wywrzeć jakieś wrażenie.- Ale wrócę… Obiecuję. Wciąż nie spuszczałem wzroku z jej miecza. Był niebezpiecznym wrogiem dla smoków, wiedziałem o tym nader dobrze. Elfka spojrzała na mnie ostatni raz, odwróciła się i poszła po konia. Hej! Zaryczałem w jej stronę, wbijając w ziemie pazury tak głęboko, aż poczułem ból. Jak śmiesz?! Odwróciłaś się ode mnie! Mogłabyś spłonąć! Gdy mój ryk się urwał, w powietrzu zawisła głucha cisza. Trwała i trwała. Cisza. Gdy już nabierałem powietrza, by spalić świat i przerwać tę beznadziejną ciszę, elfka odezwała się ledwie słyszalnym głosem: - Skrzywdzę cię, jeśli zaryczysz na mnie jeszcze raz. Podeszła do przerażonego konia i w końcu wsunęła ten swój okropny miecz do pochwy. Był długi jak mój kieł, blady jak Księżyc. Zbiła nim mojego brata. Widziałem. Wiele lat temu. Zabiła go. Inny oręż nie był wart nawet jednego spojrzenia smoka. Miałem wywalone na łuki, włócznie i mieczyki ludzi i elfów. Ale co, jeśli jeden miecz potrafił zabić mojego brata? Silnego smoka, większego ode mnie? Elfka władała nim tak zręcznie, jak ja ogniem. Nigdy nie zaryzykowałem, by sprawdzić kto jednak jest bieglejszy. Patrzyłem, jak odjeżdża. Gniew kipiał we mnie jak lawa. Zostawiła mnie. Znów wbiłem pazury w ściołę lasu. Może w końcu uda mi się rozerwać ciało ziemi. Tak bardzo chciałem zobaczyć jej krew. Mój gniew był gorący, tak. Parzył mnie mocniej niż ogień. Odbiłem się od ziemi, łamiąc przy tym następne korony drzew. W powietrzu wciąż unosił się jej zapach, który doprowadzał mnie do szału! Lot był szybki i nabrzmiały od emocji. Deszcz rozpadał się na dobre, a Słońce zakryły ciężkie chmury. Świat przysłonił mrok. Mrok, mrok, mroczne myśli. Z ciemności wyłonił się skalisty klif. Mój tron, z którego władam puszczą. Wysoki, potężny, zimny- tak jak ja sam. Uczepiłem się pazurami jego zbocza i wdrapałem na górę, krusząc ostre skały. Stanąłem zziajany na śliskim szczycie. Gniew powoli spływał ze mnie wraz z deszczem, aż moje myśli stały się wolne od emocji- klarowne i chłodne. Wygiąłem szyję i zastygłem w bezruchu, jak oziębła lawa po wybuchu wulkanu. Obrzuciłem puszczę wzrokiem. To było spojrzenie króla. Zostawiła mnie tu, a więc ktoś musiał zająć jej miejsce w hierarchii. Teraz las należy do mnie, tak jak wcześniej do niej. Czułem się silny i potężny. Dlaczego mnie zostawiła? Nie odchodzi się od silnego stada. Nigdy nią nie wzgardziłem, ona uczyniła to pierwsza. Nie szanuje mnie. Zamieniła moją lojalność w nienawiść. Nakarmiła popiołem, a smoki nie zapominają, nie. Stałem nieruchomy, wpatrując się w horyzont. To wszystko jest teraz pod moim władaniem… Za puszczą zaczynają się wsie ludzi. Wiele czasu upłynęło, nim ostatni raz… Tak. Czas zapolować. POŚRÓD RUIN LAWINY

Patrzyłam na oryginalne sklepienie Sali Obradowej, pod którym właśnie toczyła się narada. Nie powiem, dachy tego zamku są piękne. Narada… Nie, to stanowczo za grzeczne określenie dla tego elfiego towarzystwa pełnego egoistów, sprzedawczyków i węży. Uwikłani w odwieczne intrygi… -Nie zbierzemy wićmi więcej elfów! Dam sobie głowę uciąć, że do miasta nie przybędzie już żadna istota przygotowana do wojny.- powiedział elf siedzący obok mnie. -A więc szykuj się na własną egzekucję, bo zaraz nadciągnie z Północy pierwsza fala ludzi. Są lepiej zorganizowani, niż ci się wydaje, Verterianie- Skarbnik przeszył elfa wzrokiem. …gotowi skoczyć sobie do gardeł. Gdyby nie szeroki kamienny stół, co poniektórzy z obecnych wyjęliby sztylety i bez większych skrupułów wbili je sobie wzajemnie w plecy. Jeżeli tak zachowują się lordowie, to wolałabym być kucharką. Westchnęłam. Odchyliłam się na marmurowym krześle i bujając się, liczyłam sufitowe bele wygięte w półkole, po których zamiast dachu piął się wielki bluszcz. Rósł tu od niepamiętnych czasów, posadzony może przez samego króla Dachołomcę?... Albo… Dachozjadacza? Nie, najlepiej brzmi Dachopożeracz. Myślałam już chyba o wszystkim. Słuchanie sprzeczek Rady przez kolejny tydzień zmęczyło mnie doszczętnie. -Usilnie zalecam i proszę o ciszę- powiedział elf ze sporą strażą przyboczną. Głosy ucichły. -Z całym szacunkiem, Gesperisie- przerwał elf o pociągłej twarzy- nie jesteś nawet królem… -Ho, ho! Odważny!- … Panuje niezwykle chaotyczne interregnum, a skoro uważasz ostatniego Mędrca za wariata, to nie ma cię kto nawet koronować.- przemawiał nadęty lord wschodniego wybrzeża. Gesperis nie wyglądał na urażonego. Siedział na honorowym miejscu wraz z żoną, rudowłosą pięknością. Przyglądał się pilnie mówcy, który napomknął o niekorzystnej sytuacji naszej rasy, ruinach murów obronnych Lawiny, małej liczebności, braku prawowitego władcy… Zaczęłam gwizdać pod nosem, wyobrażając sobie, że wspinam się po bluszczu aż na samą górę i zrzucam kamienie na tych mądrali. Z kim ja muszę pracować… -Dziękuję ci, mój przyjacielu, za tę jakże napawającą nadzieją wypowiedź. Właśnie takich osób szukam do naprawy murów…- przerwał elfowi Gesperis. -Ależ to robota dla głupich! -A więc świetnie się nadajesz. Znajdź tych ludzi – jak im tam- odpowiedzialnych za nasze mury – dopilnujesz ich pracy. Tak właśnie przebiegały narady przed nadciągającą z Północy wojną. Czułam już na twarzy jej lodowaty, a zarazem pełen gorących ogni podmuch. I strach mnie obezwładniał, gniew kazał krzyczeć, gdy patrzyłam na elfy, które są odpowiedzialne za całą resztę naszej nielicznej już rasy, sprzeczające się, ślepe. A ci, których umysły są dość jeszcze światłe i odważne, by odeprzeć grozę wojny poza nasz coraz mniejszy kraj- milczą. Elea, weź się w garść. To twój kraj. Ojciec wyśmiałby cię, gdyby zobaczył, do czego dochodzi na jego dworze. Czułam ich strach przed nadchodzącymi bitwami. Część z nich wciąż żyła w ułudzie i wspomnieniach dawnej chwały. Jak ich podejść?... Zmotywować? -Boję się wojny, a wy?- spytałam głośno. W odpowiedzi usłyszałam kilka chichotów, oczywiście wszystkie z tego drugiego końca stołu. – Świetnie, już wiem. Zastanawia mnie tylko, co z tym strachem robicie- stąpałam po cienkim lodzie. – Hodujecie go w tym pustym mieście w nadziei, że gdy urośnie już dostatecznie wielki, to wystraszy wrogów? Gratuluję. - Elea, wojna to nie taka prosta sprawa- powiedział Łata, stary wojak, dotykając ręką skroni.- Brak nam funduszy, oręża, rzemieślników , żołnierzy, środków… i siły. Na każdej radzie siedział głęboko w krześle, okrywając się zszarganym czarnym płaszczem. Intrygował mnie. -Och, trochę miedziaków załatwi nasz kochany i zawsze uczciwy skarbnik, przynajmniej będzie się realizował. Co do naszych sił… Mamy coś, czego nie mają inni. Wiedziałam, że wkraczam tera na grząski grunt. Oczy Gesperisa wpatrywały się we mnie pilnie. Pewnie żałuje, że nie przerwał mi wcześniej. Nie, mnie nie zaciągnie do nadzoru naprawy murów, nie królewską córkę. Wszystko, albo nic. -Smoki. Po komnacie rozszedł się szmer, okrzyki zdziwienia, a nawet zniesmaczenia. Pozwoliłam sobie na lekki uśmiech. Uwielbiam to… Królewska krew i smak przewagi. Doskonale wiedziałam, co powie Gesperis. Że to niemożliwe, że to prawo… Trzy smoki strzegły przesmyku prowadzącego do naszego półwyspu. Były ścisłym tematem tabu, gdyż budziły wielkie żądze, by je posiąść, kłótnie całych rodów, kto sprowadził pół tysiąca lat temu ten żywy skarb na nasze ziemie, kto ma do nich prawo. Komu maja służyć… -Elea- rzekł Gesperis zmęczonym głosem. A więc wybrał to wyjście z sytuacji. – Jesteś tu ze względu na szacunek dla twojego ojca, lecz nie mów takich rzeczy na radzie. W sprawie tych przeklętych smoków zwołano aż pięć Walnych Rad Królewskich. Chcesz zmienić decyzję twych przodków? Te bestie są przypisane do przesmyku. Koniec. Przez taką jak Twoja pychę, zginęło wielu królów, lordów, ambitnych elfów i zachłannych ludzi. Budzą tylko gniew i żądze. Wiesz, że za próbę zmienienia postanowień Piątej Rady płaci się głową. Nie można tak po prostu ich stamtąd zabrać. -Nawet jeśli bez nich skazani jesteśmy ponieść klęskę? -Tak. -Wiesz, że bez strażników i smoków nie przeżyjemy tej wojny. -A więc polegniesz wraz z nami.- Gesperis lodowato spoglądał mi w oczy. -Świetnie. Może od razu przyłączą się do tego skazańca na dzisiejszą egzekucję. A tak w ogóle, to czym wam zawinił? To człowiek czy elf? -To szpieg- odparł leniwie Łata, bujając się na krześle.- Podsłuchiwał pod komnatą Gesperisa. -Ach i to są wystarczające dowody, tak? –Nie wierzyłam, że mówią to elfy. -Moja mała, nic nie rozumiesz… -Westchnęła piękna żona Gesperisa. -Nie powinnaś oglądać egzekucji. Jesteś za młoda, by zrozumieć pewne rzeczy.- Jej ton pełen politowania doprowadzał mnie do szału. Skoro widzą we mnie dziecko, proszę bardzo, zrobię małe przedstawienie. -W czasie wojny milkną prawa. Jaka szkoda, że te o sprawiedliwości tak, a o zatraceniu kraju nie –Powiedziałam. Odepchnęłam marmurowe krzesło i ruszyłam szybkim krokiem w kierunku wyjściowych wrót. Może przesadziłam… No cóż, to właśnie miało się zaraz okazać. Sala obradowa ciągnęła się w nieskończoność. W dodatku oprócz kamiennych krzeseł i stołu była zupełnie pusta, więc moje kroki rozbrzmiewały głuchym echem. Słyszałam, jak parę elfów nalega, bym dokończyła z nimi naradę. Zdaje się że nawet Gesperis zapomniał, że powinien trzymać wysoko swe dziurki od nosa i prosił mnie o pozostanie. Wszystko, albo nic. Komuś muszą się wreszcie otworzyć oczy i weźmie moją stronę. Dotarłam do wielkich, żelaznych wrót i nie bez wysiłku zatrzasnęłam je za sobą. Usłyszałam stłumione przez grube drzwi chichoty. Strażnik, który pełnił wartę podczas narady, spojrzał na mnie pytająco. Tak, zobacz, królewska córka została wyśmiana przez własną radę, jest jeszcze głupsza niż wcześniej. Idź, opowiedz przyjaciołom. Umknęłam w następny korytarz, następny i następny. Wszystkie były milczące i puste. Banda żmij. Oparłam się o chłodną, spękaną ścianę. Nie liczyłam, że ktoś za mną pójdzie. Nikt nie poparłby mnie jawnie przed Gesperisem. Wiedziałam… Nie… Bardziej wierzyłam, że jednak bez obecności ferajny tego elfa niejeden przyznałby mi wierność. Choć pewnie byłam zbyt naiwna. Ruszyłam długimi schodami i plątaniną wieżyczek, zmierzając do Wielkiej Sali Tronowej. Ze wszystkich, którzy mnie otaczają, to właśnie zamek Herdalda I Prawomocnego jest ze mną najszczerszy. Swoją ogromną, posępną posturą szepta, że czas się zmienił, przyszłość elfów wisi na włosku. To prawda. Skręcałam w następne korytarze, tarasy i schody, mijając freski przedstawiające legendy Półwyspu Latarni. Kiedyś barwne i piękne, dziś zamieniły się w ledwo widoczne kontury przedstawiające bitwy wielkich herosów, o których imionach i czynach wszyscy zapomnieli. Wiele drzwi było zamkniętych. Lawina kryje w swoich murach ogrom zagadek i kluczy do nieistniejących zamków. Spiralnymi schodami dotarłam na najwyższe piętra zamku. Obok mnie ciągnęły się Sale Zielonych Dachów. Uwielbiałam w nich najbardziej tę grę światła, która tworzyła jasne i ciemne plamki na posadzce, przypominając cętki jaguara. Te komnaty były pomysłem żyjącego wieki temu nierozważnego króla, który dla arystokratki zaryzykował zlikwidowanie sklepień. Był czwartym z linii królewskiej władcą Półwyspu, trochę niekompetentnym i miał słabość do rozrzutności. Skarbiec królewski, no cóż… świecił pustkami. Starał się więc o względy damy z możnego, czy raczej opływającego w złoto i urodzajne ziemie rodu Verindellów. Cały problem polegał na tym, że korona potrzebowała ich wypełnionych skarbców, a Verindellowie korony wcale. Król Eldear był rozrzutny, ale nie był ślepcem. Wiedział, co podoba się Verindellom i jak zdobyć rękę próżnej elfki. W prezencie dla narzeczonej kazał zniszczyć dachy w najwyższych kondygnacjach i w ich miejsc podwiązać bluszcze. Pieśni opowiadają, że w królewskich komnatach sklepienie ongiś uwikłane było z róż… Piękne, ale czy król Eldear przewidział, że wszystkie meble w szczytowych komnatach trzeba wymienić na marmurowe? Mówiłam, że to idiota. Ale przynajmniej romantyczny idiota. I mam mu coś do zawdzięczenia. To miejsce stało się wyjątkowe. Zamek łączy się z rytmem otaczającej go puszczy. Freski bledną, komnaty pustoszeją, ale przyroda wprowadza do nich życie; ptaki wiją opodal gniazda, bluszcz ozdabia ściany, a kwiaty same sieją się przy ścieżkach. Mam jednak wrażenie, że Lawina powoli zapomina o swoich mieszkańcach i zatraca się, chcąc stopić się z lasem w jedno bijące serce. Im w zamku jest mniej elfów, tym więcej działa natura. Cywilizacja i kultura karleją, lecz przyroda przez wieki pozostaje tak samo potężna. Ustąpi jednak, gdy elfy powtórnie wybiorą te mury za swój dom. Albo gdy będzie ich dostatecznie wiele, by zapełnić ten chorobliwie wielki zamek. Wyszłam na Wschodni Dziedziniec. Nie był on centrum Lawiny, lecz parę razy w roku zbierał się tu cały tłum elfów. Cóż, po prostu stał tu pręgierz. Wciąż zadziwia mnie, że budzi takie zainteresowanie… Zatrzymałam się w cieniu krużganków. Dziedziniec z trzech stron otoczony był wysokimi murami z werandami na wszystkich piętrach. Roiło się tu więc od szeregów kolumn, a każda z nich wyrzeźbiona była na kształt innego zwierzęcia. Okazało się, że schowałam się za modliszką. Jeden bok dziedzińca był otwarty i prowadził do puszczy. To w tamtą stronę spoglądał chłopak przywiązany do słupa. Tylko tam można było oglądać zielone drzewa i słońce. A może spoglądał na tę szubienicę? Stała przed wejściem do Lawiny jak przestroga… Przed szpiegami. A kim on był, jeśli nie uszami i oczami ludzi? Tylko dlaczego przysłali takiego młodzika? Ile on może mieć lat? Czternaście? Trzynaście? Wiedział, jaką cenę zapłaci? Kto jest okrutniejszy- my, czy oni? Cały obszerny dziedziniec był opustoszały. Tylko od strony puszczy było widać jakiegoś konia i postać czerpiącą wodę ze studni. Jest daleko, nie zauważy mnie. Wyszłam z cienia. Tylko koń czekający przy źródle zdawał się patrzeć mi prosto w oczy. Za nim stała ta przeklęta szubienica. Jakby urosła.. Rozejrzałam się nerwowo jeszcze raz. Właściciel konia odszedł od studni i zniknął. Tym lepiej. Spod sukni wydobyłam sztylet. Zamigotał w słońcu czystym srebrem. Ojcze, byłbyś ze mnie dumny… Chłopak odwrócił się i w odruchu szarpnął za liny. Jego twarz była zupełnie szara, a teraz malowało się na niej przerażenie i strach. Po lepkich plamach było widać, że został obrzucony owocami. Poczekaj chwilę, chłopcze… Zaraz wybędziesz stąd na zawsze. W zasadzie chciałabym zrobić to samo. Szybko przecinałam liny, choć kosztowało mnie to wiele wysiłku. Wrzynały się w skórę chłopaka, a ja nie chciałam rozciąć mu żył. Kto wie, co przeszedł, a ja nie zamierzałam skrzywdzić go bardziej. Robiłam to wszystko, bo chciałam spłacić dług Gesperisowi. On nie szanuje moich decyzji- a więc ja jego też. Szubienica wciąż rosła i rosła… I nie obchodzą mnie konsekwencje. I tak przegramy wojnę, więc nic nie tracę. …zrobiła się wielka jak puszcza… A poza tym nie boję się śmierci. Nie ja. Nie córka królów. Nie Elea Verinell. …aż przysłoniła cały świat… Nagle poczułam ciepło na kolanie, a suknia przykleiła mi się do ciała. No nie. Co za palant. -Musiałeś akurat na mnie?!- żachnęłam się. Wszystko śmierdziało szczynami. Na szczęście liny opadły i chłopak pomknął jak spłoszony zając, potykając się co drugi krok. Zadaje się, że długo musiał tak stać. Zmarszczyłam czoło i patrzyłam jak ucieka. W zasadzie… Chyba postąpiłam nierozważnie. -Ta szubienica naprawdę urosła- szepnęłam do siebie, pilnie się w nią wpatrując. Dałabym słowo, że sznur wyciągnął się w moją stronę. Chłopak złapał konia, który wcześniej oglądał całe przedstawienie. Był chudy, kulawy i odrapany, ale kopany przez chłopaka pogalopował do lasu. Usunęłam się w cień, choć i tak nie ustrzegę się plotkarzy Gesperisa. Byli w całym zamku, a chowali się chyba w każdej ścianie… Uszy mieli duże, a oczy bystre. Nagle czyjaś ręka zacisnęła się od tył na moim ramieniu. Tak szybko mnie złapali? Ale jestem naiwna! To już koniec, równie dobrze mogę być w tej chwili trupem. Ze strachu przewróciłabym się, ale ta osoba podtrzymała mnie i obróciła twarzą do siebie. To była właścicielka kulawego konia. Nie mogłam uwierzyć własnej głupocie. Zaoszczędzę tylko roboty plotkarzom. Zasłużyłam na to. -Narobiłaś sobie tyle kłopotów, w które nigdy nie chciałabym wdepnąć, Eleo Verinell, panno Nosawścibska, Pustakopuła, Flakonik Głupoty, czy jak cię tam kiedyś przezywałam. Smoki by spaliły tę twoją temperamentną, królewską krew.- mówiła owa elfka, krzyżując na piersi ręce i przeszywając mnie wzrokiem.- A teraz pomóż mi odzyskać Liberum.- rzekła tonem nie znoszącym sprzeciwu. Serce waliło mi jak młotem. Uciekać? Nie? A może jednak uciekać? Wpatrzyłam się pilnie w twarz elfki i… tu się zdziwiłam. Niemożliwe… Czyżby jednak ona?.. Nie, na pewno nie. Ale… Elfka uśmiechnęła się do mnie promiennie. To ona. Aria. Mówiąc szczerze, prędzej spodziewałabym się skrzydlatego ślimaka, niż jej w Lawinie. Zrobiłam głupią minę. Może to sen? Majaczę ze strachu… -Nie wierzysz, że to ja? Powinnam dodać ci nowe przezwisko. Coś o krótkiej pamięci. I obiecuję, że będzie gorsze niż wszystkie wcześniejsze- dorzuciła, widząc moją niepewność. Ha! Teraz już wiem na pewno. -Aria!- nie posiadałam się z radości. Przytuliłyśmy się, jakbyśmy były małymi dziećmi łaknącymi bliskości. Tylko… Pobladłam. -Zostawiłaś smoka? -Nie tutaj o tym, gaduło. A poza tym nie trać czasu na próżne pytania, tylko wsiadaj na konia! Nawiewamy stąd!- rzuciła, idąc już co żywo do stajen. Uśmiechnęła się jeszcze raz, a jej spojrzenie wyrażało tę samą radość, którą czułam ja. Dopiero teraz zobaczyłam, jak nędznie wygląda: zapadnięte ramiona, sine policzki, nie wspominając o podartym płaszczu, kurcie i spodniach. Skąd miała siły na ten ferwor? Przedstawiała sobą wizerunek gorszy niż chłopak ludzi, a była przecież elfem. Ups, a do tego poważnie utykała. -Idziesz, czy nie?- zakrzyknęła na mnie przez ramię. Rozejrzałam się ze strachem po krużgankach. Choć nikogo nie dostrzegłam wiedziałam, że wszystko było starannie zapamiętane przez donosicieli Gesperisa i każde słowo trafi do lorda Lawiny. A wtedy szubienica będzie miała gościa. Biegnąc za Arią poprawiłam się: gości. To zdrada. Obie zawiśniemy. Chyba, że rzeczywiście dogonimy tego szpiega, zabijemy, a potem będziemy klęczeć u stóp Gesperis i żebrać o wybaczenie. Ta opcja z pewnością odpada, a więc pozostaje szubienica. Cóż, stryczek też po coś tu wisi, nie bynajmniej po to, by smętnie podyndać na wietrze. Siodłając klacz żony Gesperisa i wałacha skarbnika pytałam Ari, dokąd właściwie mamy jechać. -Przede wszystkim tam, gdzie nie zabiją nas za twój lekkomyślny czyn, po drugie tam, gdzie znajdę mojego smoka, a po trzecie… -Tak?... -Dzisiaj na naradzie mówiłaś o… -Chwila. Podsłuchiwałaś naradę?! Od kiedy ty tu jesteś?- byłam zupełnie zdezorientowana. -Od dwóch godzin. Nie zdążyłam nawet napoić Liberum. Ale dobrze, że tu przyjechałam. Przeczuwałam, że dzieją się tu nieciekawe rzeczy… A tak między nami- bluszcz na dachu jest dobrym miejscem do bycia niewidzialnym. I świetna akustyka.- mówiła, jak gdyby nigdy nic, dopinając popręg. -Ale.. -Oj, Elea! Porozmawiamy później, oni zaraz tu będą. Myślisz, że jak mnie zobaczą, to wyprawią z radości na moje powitanie ucztę z tańczącym niedźwiadkiem? A tobie podziękują za twój wielce szlachetny czyn wypuszczenia żywcem szpiega? I co może jeszcze; przywrócą tron? Wciągnęłam ze świstem powietrze. To drażliwy temat. Miała jednak rację, pytania muszę zachować na później. -A po trzecie…?- pomogłam Ari znów kontynuować. -Właśnie. A po trzecie udajemy się tam, gdzie wcielimy w życie twoje plany. Spojrzała na mnie, lecz napotkała tylko mój zdezorientowany wzrok. Pokręciła głową i wsiadła na konia. -Smok, Elea. W wojnie przyda się smok.

W OGNIU Mężczyzna na wieży zginął pierwszy. Miałem wielkie zaległości w odwiedzinach u ludzi, więc ziałem na niego ogniem tak długo, aż jego zbroja nie spłynęła płynną stalą na kamienie, a on sam nie zamienił się w kupkę popiołu. Tak! Mmm… zapomniałem, jakie to cudowne. Wyprostowałem szyję i rozejrzałem się z lubością po miasteczku. Powietrze wypełniała pieszcząca uszy muzyka krzyków i pisków. Zaraz dojdzie do tej symfonii jeszcze dźwięk wesoło trzaskających płomieni. No to do roboty. Przeleciałem nad osadą, zionąc ogniem ile tchu mi starczyło. Ooo! Jak ładnie! Zrobiło się tak ciepło! Z tej radości aż wziąłem na ząb mężczyzn, którzy właśnie uciekali z muru- jedynej kamiennej ściany w tej lichej wiosce. Wszyscy rzucali swoje stalowe pazury i biegli tak szybko, jak tylko pozwalały im na to ich krótkie nogi. Biedne robaczki nie mają skrzydeł. Ktoś próbował strzelać do mnie, ale wszystkie kłujące patyczki odbijały się od łusek z cichym puknięciem. Żenujące. Zaśmiałem się w duchu i podpaliłem jeszcze jedną chatę. Wybiegła z niej jak zając matka i jej dwójka małych dwunożnych szkodników. Ją też capnąłem w locie, ale młode jakoś zniknęły mi z oczu. Przysiadłem na rozgrzanych kamieniach niewielkiego muru i patrzyłem radośnie na tańczące płomienie. I ludzie biegali tak zabawnie… Moje rubinowe łuski były jak wypolerowane zwierciadła i odbijały blask ogni. Same zdawały się płonąć. Och, jak cudownie ciepło… Mógłbym kąpać się w ogniu od świtu do zmierzchu. A nic nie pali się lepiej niż ludzkie słomiane chaty. Przypomniały mi się twarde zamki elfów. Ich delikatność jest zwodnicza. Zimne i nie do zdobycia. Na nic tam ogień i długie pazury. Ich kamienne mury trwają niewzruszenie, nieczułe na płomienie, doprowadzając do szału każdego, kto żywi płonną nadzieję ich zdobycia. Równie silne jak ich mieszkańcy. Jednak… Tamtych zamków nie strzegą tylko ich ręce. Strzeże ich coś znacznie potężniejszego, co sprawia, że ich twierdze trudniej zdobyć. Można to zrobić, tak. Silny smok może tego dokonać. Ale trudniej, trudniej, o wiele trudniej… Za wyższą cenę. Ach… Elfy… Podziwiam je, czy nienawidzę? Nie mogłem o tym myśleć. Targnął mnie wielki gniew. Nad chaosem palonej osady przebił się mój ryk. Gińcie tu, ścierwa! Spaliłem wasze gliniane chaty, zapchlone obory, cuchnące ścieki i wasz brud! Umiecie umierać tylko w błocie?! Choć no który! Stawcie mi wszyscy czoła! A… no tak, zapomniałem. Jakie życie, taka śmierć. Rozpiąłem skrzydła i odleciałem. Z ich miasteczkiem rozciągał się początek wielkiej puszczy, która ciągnęła się całymi milami aż do pierwszego miasta elfów. Pomiędzy drzewa wbiegali ludzie, chcąc schronić się przede mną pod potężnymi drzewami. Oni zawsze uciekają. Nie martwcie się, ludzkie szczeniaki, i tak zginiecie. W puszczy nie ma dla was miejsca. Niszczycie jej mieszkańców, karczujecie drzewa, pod swoje osady, musicie wszystko wyrywać jej siłą. Każdy posiłek, każde nocne bezpieczne schronienie… Ona rodzi dla was tylko kamienie, nie widzicie? Musicie wszystko jej kraść. Zginiecie. Chyba, że będziecie dla niej bardziej okrutni, niż ona dla was. W zasadzie… To by do was pasowało. Obrałem kierunek na klif. Wracam do domu .Tu, za puszczą jest cholernie zimno. Czułem się ociężały i powolny. A jak smok może być ociężały i powolny?! Żenujące. Musiałem wracać. Swędziało mnie cos na karku, więc zacząłem trząść mą długą szyją. -Aaaa! Mama! Maamaa! -Alek, trzymaj się! Co u jasnej?... Zrobiłem beczkę w powietrzu i z mojego karku spadło jedno szczenię ludzkie. Jego krzyk oddalał się i cichł, aż chłopaczek nie zniknął całkiem pod drzewami. Potężne korony pochłonęły małe ciałko jak muszkę i zsunęły się na powrót w ciche i nieruchome jak wcześniej morze zieleni. -Nie! Alek! No nie. Jeszcze drugi pasożyt? Co on sobie myśli w tym łbie? Smok to nie osioł juczny. No, panu już dziękujemy. Zrobiłem serię serpentyn i ciągów, po czym wylądowałem na polanie i przeturlałem się po trawie. A to ci wszy. No i co? Już? Usiadłem na trawie i otrzepałem się z piasku. Obok coś się poruszyło. No nie. Poczekaj, mały. Obnażyłem zęby, wydając niskie mruczenie. Już po tobie. No, uciekaj, pobawimy się. Ał. Co to? Tuż pod okiem poczułem ukłucie. A! Tym razem pod samą źrenicę! To ci szczeniak lwie serce. Biegaj, kociaku, pokażę ci… -Zabiłeś! Zabiłeś!- dyszał ciężko mały, rzucając we mnie kamieniami.- Mo-jego! Bra-ta!- Zesztywniałem na moment, zbity z tropu. –Kochałem! Kochałem go!- Ledwie trzymał się na nogach, ale dzielnie biegał i wyszukiwał następne kamienie, by rzucać nimi w moje oczy i chrapy. –Mo-ją matkę! Mo-jego brata! Masz! Masz! Potwór! W zasadzie… Zmieniłem co do niego zdanie. Nie zjem go. Przynajmniej dziś. Na brudnych policzkach miał białe smugi wyżłobione przez łzy. Co to łzy? Cały drżał. Nie wiem czy z gniewu, żalu, czy przerażenia. Stanął naprzeciw mnie na tych swoich krótkich, na nic nie przydających się nóżkach i mówił z wyrzutem: -Potrafisz tylko niszczyć i zabijać. Niszczyć, zabijać, zabijać niszczyć. Nigdy nikogo nie kochałeś.- pociągnął nosem.- A ja tak. Mamusię i braciszka… Mama mówiła, że smoki to okrutne bestie. Porywają księżniczki. I zjadają dzielnych rycerzy. Myślałem, że smoki są silne i wspaniałe, ale ty zabiłeś moją mamę i brata!- Ostatnie słowa wykrzyczał na całe gardło i rzucił z całych sił duży kamień. Odbił się z cichym puknięciem i upadł spokojnie na ziemię. Szczeniak umilkł na chwilę, a z jego oczu polały się nowe łzy. Taki mały wodospad. Zabawny jesteś. Nagle tupnął nogą i zacisnął pięści. –Dalej! No zrób coś! Zabij mnie, albo zostaw w spokoju, spal, podrap w twarz, no nie wiem… zjedz albo odejdź. Idź sobie.- jego słowa przeszły w szept- I oddaj mamę. –Łzy jak grochy skapywały na żółtą koszulę sięgającą kolan. Miał potargane brązowe włosy i wielkie poliki. Byłem od niego wiele potężniejszy, silniejszy, byłem panem puszczy. Ale on też był silny. Na swój sposób. Chwyciłem go w jedną łapę i wzbiłem w powietrze, zostawiając śmierdzącą dymem wioskę daleko za sobą.

O DŁUGICH NOGACH

Rozdarta skóra szczypała, płuca płonęły, oczy zachodziły mgłą, a chłopak ważył tyle, co kamienny zamek. Sam się sobie dziwiłem, ile mogłem biec z tym balastem na grzbiecie. Myślałem, że podróż z Arią odjęła mi wszystkie siły, ale przy tym maratonie to była wycieczka krajoznawcza dla kalek. Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się, że kiedykolwiek Aria pozwoli, bym znów trafił w ręce ludzi. Nie wyobrażałem sobie bardziej gorzkiego losu. Bałem się o to, co będzie ze mną dalej. Zostawiałem za sobą poszlakę z piany. Zeszłego Słońca była biała, teraz krew zabarwiła ją na różowo. A ja czułem, że za chwilę padnę. Chłopak zdawał się nie zwracać na to uwagi, poganiał mnie czym się dało. Za to go znienawidziłem. I za to go ugryzłem. A wczoraj kopnąłem, gdy wracał zza krzaków i –ha, naiwniak!- chciał mnie dosiąść jakby nigdy nic. Wciąż mnie poganiał, choć wiedział tak samo dobrze jak ja, że ta szaleńcza ucieczka nie potrwa już dłużej. Biegnij, biegnij- powtarzałem sobie w myślach. Musiałem biec. Skupiłem uwagę tylko na pojedynczych krokach i na nienawiści, która rosła z każdym kopniakiem. -Kochaniutki durny koniku, szybciej... Jak nie złamiesz kulasów, obiecuję ci, że wieczorem odpoczniesz. Obiecuję, choć raczej zafunduję ci odpoczynek wieczny... -powiedział to z gniewem, ale bał się tak samo jak ja. Oczy zachodziły mi mgłą i mogłem przysiąc, że całą skórę trawi mi żywy ogień. Nie myśl. Biegnij. Puszcza chroniła nas przed upałem, ale w nocy pełna była zgubnych zasadzek, cieni i odgłosów. Na każdy pomruk po zmierzchu chłopak trwożnie obracał się i spoglądał przez ramię. Czasami kulił się w siodle i poganiał mnie jeszcze więcej. Głupi! Od szeptów puszczy nie ucieknie. Odnoszę jednak wrażenie, że zupełnie nie rozumie głosu lasu. Jakby to był jakiś dziwny, obcy język. A drzewa opowiadają sobie wiele historii, zwierzęta przekazują sobie wieści, szepty wypełniają każdy kawałek ziemi. Wiatr opowiada nowiny ze wschodu i zachodu, północy i południa. Głosy ptaków, drapieżców, drzew... A on nic nie rozumie. Nie słyszy. Ludzie są na to głusi. Zdają się być wyłączeni z życia natury, stojący poza kręgiem, pozostawieni samym sobie. W pewnym momencie potknąłem się sam nie wiem o co i ciężko runąłem na ziemię. Do rozdętych chrap wpadł mi piasek. Chłopak wstał, ale ja już nie mogłem się podnieść. Próbowałem, ale... Płuca spalał mi ogień. Nie, to już koniec. -Trup, trup! Z ciebie i ze mnie... – chłopak krzyknął trwożnym głosem i złapał się za włosy. Osunął się na ziemię tuż obok mnie. Oddychałem głośno, a moje boki unosiły się i opadały w zawrotnym tempie. -Nie mogłeś poczekać z tym zdychaniem? Granica już tak blisko… Jutro przekradlibyśmy się między wieżami ze smokami a stamtąd już tak blisko… Tak blisko do domu… Teraz nie zostawiam sobie nadziei… i tobie z resztą też… Te okropne potwory dopadną mnie i zabiją.- chłopak legł się plackiem między korzeniami.-Sam nie ucieknę… Jestem za słaby po tym więzieniu - pociągnął nosem- A było już tak blisko… Nagle moja uwagę odwróciło coś zupełnie innego. W gorączce spróbowałem zebrać myśli. Przestałem na chwileczkę oddychać. W powietrzu wibrował pomruk lasu. Skupiłem się, chcąc lepiej wychwycić ten szept- wątły jak mżawka, cichutki, ledwie słyszalny... Słyszę... O tak. Straszne wieści. Mmm... Cudownie. Zerknąłem na człowieka, który dalej jojczył i pociągał nosem. Masz pecha, przyjacielu. Wieści lasu raczej cię nie rozradują .Mimo bólu w każdej części ciała, poczułem iskrę satysfakcji. To dziwne uczucie. Łączyć cierpienie z radością... Choć raz na świecie pojawiła się sprawiedliwość. Las szeptał do ucha dalej. Smok urządził sobie zabawę i obiad z daniem głównym w waszej postaci. Zapewne spalił po prostu wszystko to, co było najbliżej granicy. Polowanie na ludzi. Do tej gry przyłączą się też z pewnością elfy. Wizja zamkniętych w pułapce ludzi jakoś napawała mnie radością. A przynajmniej poczuciem wreszcie wymierzonej sprawiedliwości na końcu moich dni. Życzę wam odpoczynku… wiecznego, oczywiście, w zamian za wszystkie dni spędzone w waszych śmierdzących wioskach, pracę ponad siły i głuchotę na moje błagania… Za każdą minutę w tamtej matni, dopóki nie wyrwała mnie od was Aria. Inny zawiał teraz wiatr- sypiący piachem nie w moje chrapy, lecz w jego załzawione oczy. Miałem poczucie spokoju i wymierzonej sprawiedliwości. Choć pewnie sprawiedliwość to kwestia zmienna i zależy od punktu widzenia... Ale z punktu widzenia umierającego konia obraz umierających ludzi to pełna sprawiedliwość. Ruszyłem się odrobinę i zaraz moje nędzne ciało ogarnęła nowa fala bólu. Zamknąłem powieki i starałem się choć trochę uspokoić oddech. Usłyszałem, jak chłopak podnosi się z jękiem. Zaczął odpinać coś przy moim siodle, szarpiąc przy tym niemiłosiernie, ale nie miałem siły nawet podnieść łba. Potem usłyszałem tylko oddalające się kroki. Ach, niech kuśtyka sobie ile chce. Idź, przyjacielu. Jaki wolisz kolor: srebrne miecze elfów, czy szereg białych sztyletów smoka? Żałowałem, że mnie nikt nie obdarzył tak wspaniałą bronią. Chciałbym mieć blady kieł Ari, albo chociaż ten mleczny należący do Rysa. A miałem tylko długie nogi i przewrażliwiony słuch. Potrafiłem być tylko tchórzem. I uciekać. Sprawiedliwość chyba lubi sobie ze mnie drwić. Nagle ogarnęła mnie śmiertelna niemoc i osunąłem się w czerń mojej jaźni.

W PODRÓŻNYM PŁASZCZU

Nie miałyśmy pojęcia, czy udało nam się zmylić pościg. Uciekałyśmy w szalonym tempie przez całą noc. Aria prowadziła mnie przez nieznane nikomu drogi, strumienie i szlaki w gęstwinie drzew, by ich zgubić. Ale czy z elfy z Lawiny dały się na to nabrać? Konie nie latały przecież nad ziemią. Zostawiałyśmy ślady i nic nie dało się na to poradzić. Jedynym pomysłem było poruszanie się strumykami, co w nocy skutkowało licznymi kąpielami. Oba konie potykały się i ślizgały, ale tylko ja spadałam z siodła. Zazdrościłam Arii suchych ubrań. Moja wielowarstwowa suknia była ciężka od wody i czułam się, jakbym nosiła zbroję. Wolałam nie myśleć, co nas spotka, jeśli konie okuleją i wpadniemy prosto w łapy Gesperisa. –Sznur, Elea, tylko sznur.- mówiła Aria. Na razie jednak puszcza była cicha. Rano zaniechałyśmy szybkiego tempa i zrobiłyśmy odpoczynek. Uda miałam jak z ognia. Podczas postoju zaczęłyśmy rozmawiać i doszłyśmy do ciekawych wniosków. W zasadzie, nie wiedziałyśmy przecież, czy pościg w ogóle wyruszył. Las stał cicho i spokojnie. Ani razu nie słyszałyśmy odgłosów pogoni. Nie widziałyśmy, czy ktokolwiek za nami wyjeżdża… Może nic takiego się nie wydarzyło i pędziłyśmy niepotrzebnie… A może śliwki rosną na wierzbach. Nie zastanawiając się jednak nad tym więcej, od rana zmierzałyśmy na północ, po Liberum, chłopaka i, co cieszyło mnie najbardziej, smoka Arii, z którym wiązałam wielkie nadzieje. Co ciekawe, mimo nocnego maratonu, od rana dopisywały…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%