Fantastyka · 6 min czytania
Black Chamber
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Black Chamber
Jestem zagubiony w Czarnej Komnacie. Stąd nie ma ucieczki. To zabija mnie każdego dnia coraz bardziej. Nie rozumiem dlaczego i po co tu jestem. Po prostu... istnieję. Zawieszony bez ciała w mrocznej przestrzeni. Otaczają mnie cztery czarne ściany. Ciągle panuje tu mrok. Miałem być kowalem własnego losu a jestem więźniem. Czego? Umysłu? Czy ciemnego pomieszczenia? Nazwałem to miejsce Czarną Komnatą. Pamiętam tę nazwę z ... przeszłości. To była chyba piosenka. Tak wiele się zmieniło... W mojej pamięci, przeżartej ciszą i cierpieniem, zachowały się słowa, które słyszałem zanim się tu znalazłem. - Migotanie! - Zatrzymanie akcji serca! - Defibrylator! - 200! - 300! - Daj spokój, Hans. To koniec. - Czas zgonu 1947. To wszystko. Czasem znów to słyszę. We mnie. Moja wegetacja jest pełna tylko bólu i cierpienia i nienawiści. Do siebie samego. Do tej okropnej komnaty. Do jej każdego cala. To życie będące nieustającym poniżeniem powinno się skończyć słodką śmiercią. A jeśli ja już umarłem...? Jestem zrezygnowany, patrzę w ciemność wokół mnie i tęsknię. Nie pamiętam dobrze przeszłości, ale czuję w sobie gniew gromadzony przez lata. Chyba byłem zły, choć dziś nie jestem lepszy. Czuję się samotny w mroku. Czasem przychodzi do mnie Bóg. Stary Indianin w białym garniturku. Nosi we włosach idiotyczne pióra. On zna moje myśli. Jeśli wspominam dobro - uśmiecha się, jeśli snuję okrutne plany - uśmiecha się również. Bardzo, bardzo smutno. Nie mówi nic. Nigdy. Tylko siada. Patrzymy na siebie. Gdy jest przy mnie przybywają też inni. Zwiewne szare postacie, podobne chyba do mnie. Spoglądają w dal i też nic nie mówią. Po prostu są. Potem Bóg wzdycha i odchodzi. Chcąc się stąd wydostać biegnę za Nim. Zawsze natrafiam na ścianę. On idzie dalej, obserwuję Go jak przez szybę, ża znika. Nie wiem czy jestem w niebie, piekle czy czyśćcu. Bo Diabeł też przychodzi. Nosi garnitur. Tak czarny, że prawie zlewa się z moją Komnatą. I okulary, ciemne. Jest niczym kulturysta. Blady zapaśnik. Zawsze pali papierosa. I w przeciwieństwie do Boga, mówi. Mówi wiele, że czasem mam go dość. Usta mu się nie zamykają. Każe się nazywać Luckiem. Twierdzi, że nie lubi imienia Lucyfer. Paranoja. Nigdy nie przychodzi sam. Są z nim inni. Są źli. Kłęby mroku, blade postacie z czerwonymi dzikimi oczami. I zębami. Słyszę ich oddechy. Syczenie. Kulę się w sobie. Niektóre są nawet namacalne. Kąsają mą duszę. Nie lubię ich. Diabeł mówi. Papieros się wypala. Częstuje mnie. Biorę, a co tam. Czasem przynosi coś mocniejszego. Po tym mam wspaniałe sny. Często obydwaj wcieramy sobie biały proszek w dziąsła i chichoczemy, z oczu płyną nam łzy. Bóg wie. Teraz uśmiecha się tylko smutno. Widzę Go coraz rzadziej. Diabeł przynosi też butelkę. Z dziwnym płynem. Po tym też mam sny, ale jestem potem obolały. Chcę się stąd wydostać. Nie umiem. Bóg nie potrafi mi…