Filozofia · 10 min czytania
Blanka- Kot
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
„We’re not here, this isn’t happening”
Tego dnia przed domem pojawiła się Blanka. Wyglądała jak nieuczesany kłębek dymu i od razu zdobyła sympatię Bibi. Patrzyła na nią leniwie i jakby od niechcenia, trochę nieufnie, lecz pewnie. Zamieszkała w kartonie po zielonych trampkach kupionych na wakacjach w Amsterdamie. Karton miał służyć początkowo jako pudełko na listy i kartki wysyłane przez przyjaciół z całego świata, ale widocznie była mu pisana inna przyszłość. Pocztówka z syrenką o twarzy 16-letniej dziewczynki trafiła tymczasem na parapet i zadomowiła się obok zielonych butelek zdobionych w przypływie chandry azteckimi motywami. Blanka spała spokojnie, zupełnie tak, jakby była tu od zawsze, jakby urodziła się w tym brązowym kartonie po zielonych tenisówkach. Miała skłębione i poplątane futro, zupełnie jak Bibi miała myśli. Dziewczyna przyjęła jej pojawienie się jako coś zupełnie zwyczajnego, nie zadawała żadnych pytań, nie oczekiwała wyjaśnień. Wcześniej pojawiały się ćmy przy lampce, ptaki na parapecie, czasem motyle w filiżankach- tym razem Blanka w kartonie. Bibi uchyliła okno i nalała jej mleka.
Nocą śniło jej się, że połyka świetliki, które potem błyszczały w jej oczach.
***
Blanka siedziała w salonie przyglądając się uważnie zaspanej współlokatorce. Znała dobrze jej twarz, wiedziała, że mruży oczy, gdy się uśmiecha, kawę pija tylko z białego kubka. A jednak coś zdziwiło ją tego ranka. Bibi usiadła przy stole, na którym siedziała jej obserwatorka i mruknęła kilka niezrozumiałych słów. - Donikąd, Blanka, donikąd nie zmierzam. Marzenia trzymam w tamtym słoiku z zieloną wstążką. Nie potrzebuję słów. Kładę się, by zniknąć. Kompletnie. Odwieczna zagadka ludzkości, Blanka- wypowiadała słowa niedbale, jakby nie zważając na ich znaczenie, ale jednocześnie sposób, w jaki wygłasza się wcześniej przygotowane przemówienie- nie brzmi wcale „dlaczego tu jesteśmy?”, ani „czy istnieje Bóg?”. Nie jest pytaniem jak oszukać śmierć, ale jak oszukać egzystencję. Jak przestać istnieć. Rozumiesz? Jak zniknąć zupełnie. Bibi ukroiła kawałek chleba, sięgnęła do lodówki i wyjmując twarożek, powiedziała: - Nie chodzi o to, aby zniszczyć ten serek, ale aby on NIGDY NIE ISTNIAŁ, chociaż został już wyprodukowany. Chodzi o to, żeby wymazać nie tylko przyszłość, ale także przeszłość i teraźniejszość. Serek możemy oczywiście zjeść i zapomnieć o wszystkim- połknęła posmarowany nim kawałek chleba.- Ale kto zje nas? Zostawiła Blance śniadanie. Założyła sukienkę koloru szafranu, brązowe okulary i wyszła.
Część 22 / 2
Wróciła wieczorem. Pachniała morzem (mieszanka soli, przygody, wolności i rozkładających się glonów), męskimi perfumami i słodko-mdłym zapachem spalonego tłuszczu i cukru (uwielbiała donaty sprzedawane na molo), albo zmęczenia. A jednak zmrużyła oczy, uśmiechnęła się do siedzącej w ciemnym rogu sublokatorki, westchnęła i powiedziała: - Kompletna dematerializacja. Wyobrażasz to sobie? Idziemy po plaży, mam ochotę na donaty. Kierujemy się więc w stronę mola. Śmieje się ze mnie i mówi, że będę wielka (wiesz, jak w tej reklamie z mlekiem)- przypomniała sobie o Blance, sięgnęła do lodówki i nalała jej trochę na spodek.- A ja na to, że właśnie chcę zniknąć. Śmieje się i mówi, że zniknięcie przy jedzeniu tylu donatów jest możliwe tylko w tłumie otyłych Amerykanów. A ja na to: Eureka!- spojrzała na Blankę, która dotąd nie ruszyła się z kąta i zachęciła ją mrużąc oczy- No, pij mleko! Po chwili ilość białego płynu na spodku zmniejszyła się. Kotka nie stała się jednak wielka. Na razie. W naturze przecież nic nie ginie.
Tej nocy śniła jej się amarantowa wanna. Pływały w niej razem z nią gołębie.
***
Cały dzień upłynął pod znakiem przygotowań. Blanka dostała szaroniebieską (gołębią) wstążkę na szyję, aby przypominać chociaż trochę bardziej zwyczajne domowe kociaki, lecz rezultat był zgoła inny. Wyglądała w niej iście awangardowo, chociaż ciężko było określić, co dawało takie wrażenie. Bibi tymczasem krzątała się ciągle w kuchni, gdzie trafiła ze zdumiewającą ilością siatek z zakupami zaraz po powrocie z pracy. W całym domu unosiła się mieszanka tylu zapachów, że nawet Blanka zaczęła mieć problemy z rozróżnieniem poszczególnych składników. Pomimo jednak niezliczonej ilości przypraw, sosów i perfum, w powietrzu dominowała nuta oczekiwania, niepokoju i podekscytowania. Pojawiła się chyba cała artystyczno-dekadencka śmietanka towarzyska z klubu, młoda dziewczyna z zabawnym akcentem, z którą Bibi szybko się zaprzyjaźniła, jako że regularnie kupowała u niej donaty i kukurydziane naleśniki, przyjaciel z redakcji oraz mężczyzna od mola i tłumu Amerykanów. Łącznie może 12 osób. W pomieszczeniu oświetlonym głównie świecami, oczy Blanki błyszczały, jakby zaraz za tęczówką znajdowały się świetliki, to w połączeniu z białym futrem wywierało niezwykłe wrażenie. Było ono, niestety, tak silne, że nic nie zdołało go przyćmić, nawet wykwintne potrawy przygotowane przez Bibi.