Fantasy · 12 min czytania
Blask Ciemnego Miasta cz.1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Widziałem je wszystkie. Filmy zabawne i smutne. Te z dobrymi i złymi zakończeniami. Podobnie z książkami ale tych jest znacznie więcej. Imitacje życia, teatrzyki o tym jak ja sam mógłbym żyć. Są jak cudze marzenia skradzione ukradkiem. Zastępują je. Są nawet dłuższe i bardziej kolorowe. Poznałem miliony żyć, które mogłyby być moimi. Ale nie są. Moje życie jest moim własnym filmem i chyba kręci je jakiś zjarany reżyser. Myślę, że świadomość tego, że ktoś ogląda to i wie, że nie jest mi lekko pomogłaby. I muzyka. Taka wzruszająca: pianino, skrzypce, te sprawy. I jeszcze, żeby ktoś wyciął te nudne momenty, kiedy nic się nie dzieje. No i może lepiej też te kilka nieprzyzwoitych. Chyba wszyscy mają takie we własnym filmie. Ale ja wolę się swoimi z nikim nie dzielić. A jeśli ktoś chce się dzielić to pewnie jest zboczeńcem. Tak. Wtedy wszystko byłoby inaczej.
Budzę się. Szykuję. Oto nadeszła wielka chwila. Nie mam żadnego konkretnego powodu. Mam za to wiele malutkich. Takich upierdliwych, bolesnych, skaczących mi do gardła od wielu lat. Kąsają boleśnie, przepełniają mnie bólem i lękiem, mącą moje szczęście. To je chcę zabić, im dać nauczkę. Dzieciaki, dla których jestem złym ojcem, bo nakładam na nie swoje obowiązki i zasady, bo nie mam z nimi kontaktu. Żona zapewne puszczająca się na delegacjach, bo ja zmieniłem się przez lata. Mój szef nie dający mi spokoju, bo jestem ponurakiem bez inicjatywy. Pierdolnięty sąsiad, zboczeni znajomi, chorzy lekarze i... przechodnie. Nienawidzę przechodniów. Rozbawionych, roześmianych, zadowolonych z życia. Zwłaszcza tych młodych. Wiem... jestem okropny. Ale ja też taki byłem. Kiedyś... Przegrałem swoje życie, przepuściłem radość i szczęście. Poker spełnienia, ruletka marzeń, wyścig satysfakcji. Przegrałem to wszystko. Tylko jednoręki bandyta wyrzucił mi na pożegnanie czarny żeton o nominale depresja. Nie mam żadnego konkretnego powodu. Jedynie wiele malutkich. Dlatego biorę tego Browninga HP kaliber 9mm tył do przodu i kładę kciuk na język spustowy. To moja służbowa broń i znam dobrze obsługę. Nie ma miejsca na błąd. Moje cudowne życie właśnie zakwitło wielkim purpurowym kwiatem. Pistolet jest odbezpieczony a nabój niecierpliwi się w komorze. Czas zmienić moje życie. Trochę trzęsą mi się nogi ale nie ręce. Myślałem, że bardziej będę bał się tej chwili ale nie jest źle. Tylko serce pompuje do całego organizmu jakąś mdłą ciecz zamiast krwi. Jednak zaraz sprawię, że przestanie. To właśnie w nie celuję z odległości dwudziestu centymetrów. Czas na moją prywatną zagładę, intymną apokalipsę. Z całych sił zgniatam zimnego Browninga w dłoniach. Serce ukłuło mnie już chwilę wcześniej, zanim nacisnąłem kciukiem spust. Zupełnie jakby miało swój własny mózg i wiedziało, że pora zesrać się w gacie. Kula nie wleciała do klatki piersiowej. Pojawiła się tam, jakby teleportowana, zanim usłyszałem metaliczne uderzenie cofającego się zamka z jednoczesnym hukiem eksplozji ładunku prochowego. A może w ogóle tego nie słyszałem? Tylko jeden wielki pisk i szum hamujących pociągów, tramwajów zatrzymujących się na środkach skrzyżowań, przechodniów kładących się spać na chodnikach i w parkach. Miasto ucichło. Nie krzyczą już dzieci, nie trąbią auta, nie słychać ujadania psów, gruchania gołębi ani wycia syren. Nie słychać nic. Większość osób nie wierzy w krasnoludki ani skrzaty ale za życiem po życiu opowiada się mnóstwo ludzi. Dlaczego, skoro ani na jedno, ani na drugie nie ma dowodów? I czy można spudłować strzelając z odległości dwudziestu centymetrów?
Budzę się. Jestem w cichym i przyjemnym miejscu. Słyszę jedynie szum wodospadów, falowanie lasów i delikatne dźwięki z wnętrza mnie samego. Robię wdech. Słyszę świst powietrza wlatującego przez nozdrza. I tyle. Nic ekstrawaganckiego. Otwieram oczy. Wszystko wygląda jak na prześwietlonym zdjęciu. Jest jasno, wręcz oślepiająco. Moje źrenice kurczą się. Oddycham, słyszę, widzę, czuję. Czy żyję? Unoszę lekko głowę i spoglądam na swoje ciało. To jest doskonałe ciało. Wygląda na to, że ma wszystko, czego można sobie zażyczyć żeby miało. I jest białe. A może to jedynie ubranie? Nie wiem. Próbuję wstać. Coś przytłacza mnie i wgniata w dół, jakby cięższe powietrze lub grawitacja mocniejsza. Nic nie szkodzi. Poleżę jeszcze i powspominam, bo nie było filmu z całego życia na zakończenie, ani napisów końcowych, ani nawet tunelu. Poleżę jeszcze..
Budzę się niewiadomo kiedy i gdzie. Wszystko powtarza się od nowa, niczym pętla czasowa, lub zacinająca się płyta gramofonowa. Pozostaje mi jedynie wspominanie. Jak w deszczowy sierpniowy poranek nad jeziorem. Najbardziej lubię wspominać oczywiście dzieciństwo, choć z tego wczesnego to nie za bardzo jest co, bo jest jak prześwietlony film z wakacji. Za to z podstawówki to istny raj wspomnień, choć nie układają się w jedną całość, tylko w poszarpane ręką czasu strzępy i do tego okryte mgłą. Ale jak już są, to same dobre wspomnienia, same przygody. Kolumb- gladiator, Maximus- odkrywca. Nawet to co było niedobre i złe milej się wspomina. Uśmiecham się na każdą myśl o tym, jak dostawałem manto od ojca i jest wesoło, gdy znów widzę, że cos zbroiłem. Mam to za sobą i już nie wróci. Nie mam czego się bać. Nie dosięgnie mnie żadna burza, nie złapie przedszkolanka, nie będę musiał uciekać przed zboczeńcem z sąsiedztwa, ani jego psem. Wszystko się skończyło. Nie tylko zamknąłem rozdział ale też odłożyłem książkę i puszczę to z dymem jeśli zechcę. Zaczynam wszystko od nowa.
Próbuję wstać. Nie daje rady. Unoszę głowę i widzę pierwszy raz puste pomieszczenie wokół mnie. Nie da się stwierdzić czy jest małe i ściany są blisko, czy może ogromne z wysokim sufitem i odległymi ścianami. Na pewno jest białe. Jak ja. Próbuję znów wstać ale nie mam sił i nie daję rady, choć staram się ze wszystkich sił.