przygoda · 22 min czytania
Blask Ciemnego Miasta cz.2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-2-
Znajdujący się na zewnątrz korytarz był również biały i jasny, ale przede wszystkim zapełniony poruszającymi się we wszystkich kierunkach ludźmi. Ich postacie były podobne do siebie: mieli białe ubrania i białe guziki. Szwendali się powoli ze spuszczonymi głowami. Zamyśleni i smutni nie przedstawiali ciekawego widoku. Mieli podkrążone oczy, blade cery, niektórzy przypominali wręcz zombie a wszystko wyglądało jak wielka smutna i przygnębiająca poczekalnia. Przemknęło mi, że to może dobrze, że na Ziemi nie wszyscy pogrążeni byli w depresji, bo gdyby świat zalała fala takiego ponurego samopoczucia, jak w tym miejscu, to byłoby okropnie. Czasami chciałem zarażać innych swoją chorobą przez zjadliwe mikroby, ale jednak dobrze, że nie dana mi była taka moc. Korytarz wyprowadził nas na ulicę, gdzie było jeszcze więcej białych osób. Właściwie nie wyszliśmy z budynku, ale byliśmy na zewnątrz. Byliśmy w mieście a zarazem w budynku. Była przyjemna temperatura, miłe światło i nieokreślona, ładna pogoda. Może właśnie ta atmosfera sprawiała, że w tej części nie wszyscy byli tacy smutni. Ale zdecydowanie byli dziwni. Nawet, gdy ktoś siedział z boku i był normalny, to na tle licznej grupy dziwaków wyglądał dziwnie i podejrzanie ze swoją normalnością. Pamiętam, że będąc chłopcem bardzo chciałem mieć dużo klocków by zbudować sobie fortecę. Miałaby ogromne rozmiary i pomieściłaby mnie z moimi lękami. Właśnie otrzymałem swoją fortecę- miasto. Białe Miasto. Upstrzone na każdym kawałku budynkami, placami i wieżami sprawiało wrażenie bezpiecznego i ekologicznego. Bez samochodów, smogu, żebraków, bezpańskich psów, naciągaczy, cyganek i wszystkiego co złe, czego bałem się w miastach, które widziałem do tej pory. Z mojego lewego łokcia, nasmarowanego przez Bydlaka emanowała jakaś siła, ciepło i za każdym razem, gdy uderzało moje serce, stawałem się coraz mocniejszy. Wszędzie dookoła krążyły biało ubrane osoby. Czasem siedząc na ziemi lub ławkach trzęsły się, lub bujały, jakby korzystały z przeróżnych urządzeń w wesołym miasteczku. Gdzieniegdzie toczyły się dyskusje, jednak większość osób była spokojna, jakby zamyślona, zamknięta we własnym świecie, niektórzy też strzelali wzrokiem na wszystkie strony, lub dotykali się czule. Po naszej lewej stronie ktoś złapał swojego kumpla za białe ubranie i na zmianę przyciągając go do siebie i gwałtownie pchając krzyczał: - Buty muszą stać w szeregu! Równo i prosto jak... jak zęby w reklamie pasty! Nie potrafisz tego zrozumieć?! Bydlak jak na komendę puścił mnie i rzucił się między dwóch kłócących się gości. Ktoś niedaleko mnie na to całe zamieszanie zareagował tępym jękiem z brzucha i schował głowę w swojej białej koszuli. Gdzieś indziej ktoś zaczął okładać się pięściami po twarzy. Ja stałem o własnych siłach po środku tego bajzlu, na jakiejś jasnej ulicy, w centrum dziwnego miasta. - Ty jesteś nowy, taak? Wierzyłeś w UFO?- zagadnął mnie ktoś. Dopiero po chwili rozpoznałem te rozbiegane oczy i wyprostowaną sylwetkę- Chcesz zobaczyć coś? Pokażę ci jak chcesz... Obejrzałem się na Bydlaka. Wyglądało na to, że ma sporo zajęcia, bo facet, który telepał swoim kumplem rozpłakał się a ten drugi, zaczął wymiotować. Ruszyłem więc za swoim nowym przewodnikiem i powędrowaliśmy środkiem drogi mijając Białoubranych. Dopiero po chwili zorientowałem się, że ktoś za mną idzie. - Kim jesteś?- zapytałem. - Kim jesteś?- powtórzył. - No odpowiedz. - No odpowiedz. - Czemu powtarzasz? - Czemu powtarzasz? Wyglądał sympatycznie, był oczywiście Białoubranym, miał czarne, potargane i sterczące włosy, brązowe i inteligentne oczy oraz kilkudniowy zarost. Powtarzanie moich słów sprawiało, że robił wrażenie mało poważnego i uznałem, że nie ma sensu dalsza rozmowa i zająłem się rozglądaniem po mieście, wciąż idąc za swoim wygadanym znajomym. Nie przestawał nawijać do siebie, choć nikt go nie słuchał. Stanęliśmy pod jakimś barem. Z naszej lewej znajdował się metalowy wieżowiec, z prawej zabytkowy drewniany dom a wszystko w odcieniach bieli. Jak całe zresztą miasto. Białe ulice, białe parki, białe ławki i białe latarnie świecące na biało. Tu wszystko było białe. Sterylne. Weszliśmy do środka i połknął nas przyjemny mrok. Od razu ktoś podszedł do kroczącego za mną człowieka- papugi i powiedział: - Jestem głupi i mam wymiona. - Jestem głupi i mam wymiona- powtórzył mój towarzysz z niesmakiem, na co ten pierwszy z wielkim śmiechem przypominającym kwik wybiegł na zewnątrz ściskając sobie policzki. Jak gdyby nic usiedliśmy w wygodnych fotelach. Postanowiłem przerwać potok słów gaduły. - Możesz mi wyjaśnić gdzie jesteśmy? - Nie. - Dlaczego, czy to jest tajemnica? Nie mogę po prostu dowiedzieć się, gdzie się znalazłem? - Bóg jeden wie, ale go tu nie ma. Wszystko to wiara, wiara, a ja już nie mogę, skończyły mi się żetony. Wierz, żeby to, wierz, żeby tamto, ileż można, hę?! Ile!! Ile można! Nagle przerwał swój wrzask i zamilkł z wściekłą miną. Zastygł w tej pozie z wlepionymi we mnie złymi oczami. Wyglądał, jakby faktycznie skończyły mu się żetony. Oparłem się wygodnie i zatopiłem w fotelu. Ale kibel- pomyślałem. Czekając na przypływ jakichkolwiek myśli mogących wyjaśnić mi co tu się dzieje obserwowałem dwóch dziwaków siedzących koło mnie i rozglądałem się dookoła. To była zwyczajna knajpa. Jedna z takich tanich, które otulają ciepłym kocem ułudy nie radzących sobie z życiem i podają różne używki niczym ciepłe mleko matki. W takiej przyjemnej przystani można zapomnieć o życiu, aż do momentu, gdy trzeba powrócić do rzeczywistości. Rzeczywistość to najgorszy wróg knajp, bo nie ma w nich nawet cienia prawdziwego życia. Dlatego wychodzić z knajpy najlepiej jest pod osłoną nocy. Wtedy rzeczywistość mniej boli i nie ma takiego szoku, zwłaszcza gdy jest się odurzonym. Wiedziałem coś o tym i postanowiłem opuścić moich nowych znajomych oraz to miejsce. Wstałem i skierowałem się do wyjścia, jednak zatrzymał mnie człowiek zza baru z tajemniczym tonem: - Ty jesteś nowy, tak? Będziesz musiał szybko rozwiązać swoją Łamigłówkę, pamiętaj! Nie ma za wiele czasu. Nie sraj za długo, nie stawaj w długich kolejkach, bo czas ucieka. - Jaką Łamigłówkę? Co powiedziałeś? - Idź już, nic do ciebie nie mówiłem- odpowiedział spuszczając wzrok. - Jak to nic... zresztą pal cię licho- dodałem pod nosem- Ale gdzie mam iść? - No człowieku idźże już stąd jak nic nie zamawiasz, idź przed siebie, niech cię los prowadzi- barman zaczynał się denerwować- I pamiętaj, że będzie niebezpiecznie- dodał znów tym tajemniczym tonem. - Bezwspomnieniowawewnątrzsamotność- powiedział, jakby do siebie, ktoś siedzący z boku. - Co? - Na przykład. Ej! Mówiłem ci głupku, żebyś się zamykał jak gadam z klientami- odparł barman. - Kim jesteś?- zapytałem barmana próbując nawiązać dalszy dialog. - Jestem Królem Spotykalni, a to...- zatoczył ręką szeroki łuk, niczym władca królestwa-... jest Spotykalnia. - Nie powinieneś stąd wychodzić- znów odezwał się nieśmiało ktoś z boku. - Nie powinienem? - Bo to jest niebezpieczne. W tym świecie wszystko ogólnie jest niebezpieczne... - Właśnie! Nie wychodź w ogóle- odezwał się ktoś inny. - W jakim ja świecie jestem? - Jesteś w świecie Króla Spotykalni i najlepiej nawet nie wychodź stąd! - Tak zostań- rozległy się zewsząd głosy. - Nie zostawiaj nas! - Razem jesteśmy silni! Napijmy się za to! Poczułem zagrożenie w nachalności tych ludzi. Zawsze słuchałem sygnałów zagrożenia w mojej głowie. Stanąłem na środku i krzyknąłem: - Gdzie- ja- jestem!! - Gdzie ja jestem!- powtórzył mój stary znajomy rozbudzony krzykami. - Gdzie ja jestem?- wycedziłem szeptem, chwytając Króla za koszulę i przyciągając nad barem blisko swojej twarzy. On zniknął, rozpłynął się, a następnie pojawił w drugim końcu baru. - Agresja jest zła. Agresja to dialog rozpaczy- zapamiętaj to sobie- żebyś wiedział, że tak nie rozwiążesz swojej Łamigłówki. Poczułem się głupio, zwłaszcza, że wszyscy umilkli zdziwieni i gapili się na mnie, jak na kolejnego dziwaka. Wyszedłem. Zostawiłem za plecami Spotykalnię z dziwnymi ludźmi i udałem się powolnym krokiem przed siebie.
-3-
Ruszyłem do centrum Białego Miasta, by spróbować rozwiązać Łamigłówkę. Zupełnie nie wiedziałem od czego zacząć. Stanąłem więc po środku tłumu i rozglądałem się po jasnych budynkach miasteczka i metropolii zarazem. Po pustych ulicach przechadzali się Białoubrani. Niektórzy zamyśleni, inni rozkojarzeni, jeszcze inni powyginani w dziwnych pozycjach. Nie brakowało okładających się pięściami lub śliniących się, albo krzyczących coś zrozumiale, bo tylko do siebie. Ogólnie jednak i pomimo wszystko- czuło się atmosferę spokoju. No i było biało, choć odniosłem wrażenie, że miasto delikatnie poszarzało. Może to moje oczy przywykły do tej jasności- pomyślałem. Zauważyłem też, że nieliczni mieszkańcy mają różne przedmioty, których zazdrośnie strzegą chowając w objęciach. Zazwyczaj był to jakiś kamień lub liść, albo też coś zupełnie abstrakcyjnego. Widoczne było jednak, że wszyscy boją się tego zgubić. Podszedłem do jednego z takich ludzi i zapytałem: - Przepraszam, możesz mi powiedzieć skąd masz ten zielony kamień? Milczący dotąd człowiek zerwał się na równe nogi i zaczął krzyczeć: - Nie oddam! Nie oddam ci mojej Pasji! Odejdź! - Nie zabiorę ci twojego kamienia. Powiedz mi tylko czy wiesz, jak rozwiązać Łamigłówkę. - Co ty gadasz! Chcesz zabrać mi moją Pasję. Sam sobie idź po nią w Góry!- Krzyczał przeraźliwie. - Jakie Góry? - Aaa! Ograniczeni prostacy! Wszyscy jesteście tacy sami. Ale i ja taki byłem. Bez pomysłu, bez własnej inicjatywy. Jak małpa obserwowałem inne małpy i drapałem się po dupie, kiedy one się drapały. Nie zabierzesz go! Obśliniony i wściekły uciekł ode mnie wycierając twarz jedną ręką i chowając tajemniczy kamyk w drugiej. Postanowiłem udać się w te Góry, by odnaleźć taki kamyk i dla siebie. Zbieranie skał nigdy nie było moją pasją, ale zbyt wiele osób skrywało w ustach lub dłoniach różnokolorowe kamyki. Poza tym, nie miałem innego pomysłu na wybrnięcie z sytuacji w jakiej się znalazłem. Również zanim strzeliłem w swoje serce z pistoletu, zachowywałem się tak samo. Za każdym razem, gdy zobaczyłem u kilku innych osób coś fajnego, jak elektroniczny gadżet, musiałem to mieć. Pewnie ludzie mają to po psach. Gdy jeden obsika coś, inne powtarzają tą czynność, a my interpretujemy to jako znaczenie terenu. Prawdopodobieństwo dokonania czegoś przeze mnie wzrasta proporcjonalnie do ilości osób, które już to zrobiły. Dlatego też postanowiłem odnaleźć jakiś kamyk. Liczyłem też, że pomoże mi to w rozwiązaniu Łamigłówki. Nie wiedziałem jak wydostać się z