Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przygoda · 22 min czytania

Blask Ciemnego Miasta cz.3

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

-4-

Gdy dotarłem do końca lasu, przerwałem swoje rozmyślania i obejrzałem się za siebie na koszmarne drzewa- zamrożonych w bezruchu strażników Gór. Ucieszyłem się, że miałem to już za sobą. Odpocząłem chwilę, po czym ruszyłem na strome zbocza zostawiając za plecami wszystkie chaszcze, owady i bagna. Liczyłem na to, że teraz będzie już tylko lepiej. Los jednak nie zważa na nasze nadzieje i natęża nam próby wedle własnego uznania. Teraz ostre skały zaczęły ranić moje ręce i bose stopy. Pojawił się też nowy lęk: przed upadkiem z wysokości. Widocznie zawsze musi być jakiś. Po pewnym czasie znalazłem się na terasie położonej wysoko w górze. Postanowiłem odpocząć. Usiadłem i zwiesiłem nogi w dół z ogromnego kamienia. Miałem piękny widok na rozległą Białą Dolinę z Miastem po środku. Metropolia robiła wrażenie swoją zwartą i jasną zabudową stercząc w centrum tej krainy, u zbiegu czterech rzek. Te z kolei dzieliły całą krainę na ćwiartki, a każda zdawała się różnić swoją naturą od sąsiednich. Na początku cieszyłem się oczywiście, że opuszczam Miasto dla gór, ale zaczynałem już tęsknić za ciepłem i doliną, a moje myśli koncentrowały się na jak najszybszym odnalezieniu kamyka i opuszczeniu Gór. Gdy uspokoiłem już serce, a nogi mi odpoczęły- ruszyłem w dalszą wspinaczkę. Im byłem wyżej, tym robiło się bardziej stromo i niebezpiecznie, tym mniej było tlenu i tym więcej się męczyłem i bałem. Rzadkie powietrze sprawiało, że oddychało mi się jak przez słomkę, a lęk, którym wysokość przeszywała mnie niczym strzałą sprawiał, że koncentrowałem się na każdym ruchu, jak gdyby miał być moim ostatnim przed upadkiem. Po wielu godzinach, zmęczony jak koń po zawodach stanąłem na płaskim szczycie stromej i skalistej Góry. Zastanawiałem się, czy w tej krainie w ogóle robi się kiedykolwiek ciemno, gdy zorientowałem się, że stoję na trawie. Powietrze było znów przyjemne i było całkiem sympatycznie. Cieszyłem się, że mam wspinaczkę za sobą. Na samym środku dostrzegłem siedzącą tyłem postać. Domyśliłem się, że musi to być Mędrzec i czułem, że mi pomoże, lecz obawiałem się, że jedynym podarunkiem, jaki mogłem mu dać, była tandetna wazelina. Poczułem się głupio. Zacząłem żałować, że zawaliłem sytuację z zagadką. Nie miałem nic innego, a on siedząc samotnie na tej Górze liczył na coś ciekawego. Żałowałem, że nie miałem choćby lusterka, lub jakiejś gry. Tylko nie dla dwóch graczy, bo mogłoby go to rozzłościć. Zmartwiony podszedłem do niego i odezwałem się: - Witaj Mędrcze. - Cześć- odwrócił się do mnie przodem i zorientowałem się, że jest to dziecko! Najzwyklejsze małe, około siedmioletnie dziecko z błękitnymi oczętami, pyzatą buzią i blond lokami. - Yyy, czy zastałem Mędrca?- zmieszałem się- Szedłem tu długo, żeby się z nim spotkać. - Nie ma. Umarł. - Jak to?- ogarnęła mnie fala złości i rezygnacji. Nawet myśl, że będę mógł zatrzymać wazelinę, nie cieszyła mnie- A ty kim jesteś? - Ja jestem jego następcą- odparło dumnie dziecko. - Dasz mi kamień i udzielisz lekcji? - Tak, dam ci kamień, lecz ponieważ jestem młodym Mędrcem, nie powiem ci żadnej mądrości... za to ty powiesz mądrość mi! Strasznie się zdziwiłem i zacząłem gorączkowo myśleć nad jakimś mottem. Zawsze pamięta się ich tak wiele, ale nie gdy są potrzebne. - No, czekam na twoją życiową mądrość do mojej kolekcji, przybyszu. - Więc... jedz na gazecie, a nie będziesz musiał myć talerzy... - To ma być twoja mądrość?- dziecko uderzyło dłonią w czoło. Zrobiło mi się głupio i postanowiłem mu dogadać: - Gdyby był tu prawdziwy Mędrzec, to... sprałby ci dupę za takie pomysły! Dziecko popatrzyło na mnie spokojnie, po czym spuściło wzrok posępniejąc i spoglądając z nudą na swoje paznokcie. Odezwało się po chwili jakimś obcym głosem: - Ja jestem Mędrcem. I nie mów mi, że spodziewałeś się kogoś starszego. Przez moment nie wiedziałem co powiedzieć. Przełamałem się dopiero po chwili i nachylając się na dzieckiem niczym nad miniaturowym aparatem telefonicznym odezwałem się z całą powagą na jaką mnie było stać: - Witaj Mędrcze. - Jesteś zmęczony?- zapytał mnie łagodnie. - Tak, bardzo. Mogę zapytać ile masz lat? - Nie pamiętam. To ciągle się zmienia, a czas płynie szybko. Ale na pewno dużo. - Chciałbym zapytać, czy wyjaśnisz mi dlaczego tu jestem? - Jesteś tu, bo chciałeś mnie poprosić o kamyk. - Ale... dlaczego jestem w tym świecie? Czy żyję? Czy może już umarłem? - To nie są pytania dla mnie. Ja tylko rozdaję kamyki. - To dlaczego one są takie ważne? - Bo one wyjaśniają czym jest jedna z fundamentalnych rzeczy w życiu każdego człowieka- odpowiedział Mędrzec zniżając głos. - Czy to pomoże rozwiązać Łamigłówkę? - Z pewnością. - Aha- odparłem i na moment zapadła cisza, jaka może panować tylko na szczycie gór- Więc mogę prosić o kamyk? - Nie tak hop siup ras tras! - Hop siup ras tras? - Ja ofiaruję ci jedną z najważniejszych rzeczy, jakie rządzą twoim życiem i pomagam ci rozwiązać Łamigłówkę dającą ci wieczne uszczęśliwienie, a ty myślisz, że otrzymasz to tak za darmo? Tak hop siup ras tras? W obliczu wszystkich wielkich słów, jakie padły z ust tego małego Mędrca nie mogłem mu tak po prostu podarować pudełka wazeliny w dowodzie wdzięczności. Musiałem szybko coś wymyślić. Rozpiąłem więc koszulę obnażając klatkę piersiową i powiedziałem: - W całym moim życiu nie spotkało mnie wiele dobrego. Nigdy też nie wykazywałem wiele odwagi. Niedawno strzeliłem sobie w pierś celując w serce niczym w swojego wroga. Jeszcze nie wiem, czy będzie to jedna z tych dobrych, czy złych rzeczy, ani czy wykazałem w ten sposób odwagę, czy tchórzostwo. Wiem jednak, że oto jest najpiękniejszy prezent, jaki mogę ci dać... Odnalazłem lekko zabliźnioną dziurę na lewej piersi i wbiłem w nią dwa palce prawej dłoni. Przebiłem bliznę i rozwierciłem dziurę. Dołączyłem też kciuka i zagłębiłem palce po samą nasadę dłoni. Krew polała się po piersi i brzuchu plamiąc białe spodnie. Pocisk chwyciłem w palce dopiero, gdy moja dłoń zniknęła w piersi po nadgarstek. Wyciągnąłem ją delikatnie trzymając w palcach prezent dla Mędrca. Był czerwony i śliski, tak jak moja dłoń. Podałem mu pocisk i zrobiłem to, co wydało mi się najodpowiedniejsze w takim momencie. Zemdlałem. Leżałem na płaskim szczycie Góry. Uleciała ze mnie świadomość i nie zastanawiałem się nad tym, co się dzieje wokół. Pamiętam jedynie, że pierwszy raz od dawna pojawiało się błękitne niebo, zamiast białego. Przemykały po nim chmury i słońce. Przemieszczały się szybko, zmieniały układy i kierunki w sekundach. W rozlegających się wokół Góry dolinach i lasach kolejne pory roku następowały po sobie co kilka minut, a rośliny kwitły i dojrzewały, więdły i gniły. Mędrzec cały ten czas stał nade mną drążąc wzrokiem w mojej głowie, zaglądając do mojego wnętrza i obnażając moje wspomnienia. Gdy odzyskałem siły i usiadłem, spojrzałem przestraszony na niego i zapytałem: - Czy zaglądałeś do mojej duszy? - Nie... nikt oprócz Boga nie może jej oglądać- uspokoił mnie- Człowiek bardzo dobrze skrywa ją przed innymi. Czasem nawet przed samym sobą. Zaglądałem do twoich wspomnień i myśli. - Czy teraz dostanę swój kamień, tak jak niektórzy w Białym Mieście? - Ludzie z kamieniami to często głupcy. Opowiem ci historię. Zasłużyłeś, by ją usłyszeć. Będąc w Spotykalni nie uległeś namowom i nie zostałeś tam, by marnować czas siedząc z resztą. Wykazałeś się niezależnością i inicjatywą. Podążyłeś za swoim pragnieniem odnalezienia kamienia. Ponadto potrafisz nie patrząc na to, co było za tobą, ruszyć naprzód. Oddałeś mi pocisk, ważny dla ciebie symbol przeszłości sprawiając mi piękny prezent. Jako jeden z nielicznych zasłużyłeś na poznanie tej opowieści. Przez moment pomyślałem, że trąci mi od niego strasznym kiczem. Znalazłem się tam, gdyż chciałem mieć kamień, jak inni Białoubrani z ulic Białego Miasta. On jednak nie mógł się mylić, bo był Mędrcem. Zresztą co miałem zrobić? Zawrócić bez niczego? Zapytałem więc: - Ci, co noszą kamyki są w błędzie? - Oni nie zasłużyli na poznanie historii i zrozumienie natury kamyka. Szukali go i dostali, ale nie wiedzą po co. Oto więc jego historia: w rozpościerającej się tu dolinie... - Myślałem, że zaczniesz od „dawno dawno temu...” - Ale to nie było tak dawno. Zresztą, to taka... wiesz, próba narracji, eksperyment i mizernie trzyma się kupy. - Aha. - Więc w rozpościerającej się...- Mędrzec nagle zamyślił się- właściwie to mogę zacząć od „dawno dawno temu”. Trochę kitu nie zaszkodzi, no nie? - Przed wiekami też brzmi nieźle. - O! Przed wiekami w rozpościerającej się tu dolinie mieszkał pewien książę. Nazywał się Livius. Wraz ze swoim przyjacielem, księciem Patisem spędzali... - W tych lasach było królestwo? - Chcesz usłyszeć tę historię, czy zamierzasz mi przeszkadzać cały czas?- zdenerwował się Mędrzec o sylwetce dziecka. - Przepraszam. - Królestwo tu było. To fakt... więc Livius i Patis spędzali długie godziny młodości marząc i planując przyszłość. Bóg marzeń hojnie ich obdarował ze względu na znajomość z rodzicami jednego i drugiego. Ci znowu byli niezwykle dumni, jakich to mądrych synów mają i chwalili się często, jakie dobre czeka ich dorosłe życie. Livius i Patis dojrzeli i z próżną determinacją oddali się zabawom i pijaństwu tak, jak ich rówieśnicy. Całonocne hulanki szczególnie upodobał sobie Livius. Patis wciąż jednak pamiętał o swoich marzeniach. „Czy nie pamiętasz naszych planów z młodości, Liviusie?” zapytał pewnego razu swojego przyjaciela. „Doskonale pamiętam i myślę o nich często, nawet, gdy jestem pijany. Nie widzisz jaki siedzę czasem smutny i zamyślony?” odpowiedział mu Livius. „Chodź więc za mną, będziemy walczyć z życiem o spełnienie marzeń!” „Boję się, że nie uda się ich zrealizować, a pomysły naszych znajomych na zabawy, bale i orgie są bardziej przyziemne i szybko się spełniają” tłumaczył się Livius. Ich drogi wkrótce się rozeszły. Patis spełniał konsekwentnie wszystkie marzenia z dzieciństwa, a Livius odkrywał coraz ciekawsze formy świadomości i hedonizmu. W końcu odkrył narkotyk dający mu nieskrępowaną radość i zabawę. Pewnego dnia w królestwie zjawił się bóg marzeń. Jego znajomi, czyli rodzice Liviusa i rodzice Patisa nie żyli już. Postanowił sprawdzić jakiż to użytek z jego darów zrobili mężczyźni. Ucieszył się widząc Patisa podróżującego i uczącego się życia, lecz gdy zorientował się, że Livius lekceważył i tłumił marzenia, wściekł się i odebrał mu je wszystkie, a następnie cisnął nimi tak mocno o ziemię, że powstała niezwykle głęboka dziura. Leśne skrzaty wzniosły wokół niej coś na kształt studni. Powstało tam też kamienne miasto, lecz Livius wciąż siedział przy studni załamany, a jego smutek i lament przepełniały wszystkich ciemnymi myślami. Dlatego miasto…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Blask Ciemnego Miasta cz.3 — czytnik · opowiadania