Fantasy · 27 min czytania
Blask Ciemnego Miasta cz.4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-6-
Wolni ludzie namawiali mnie do pozostania w ich społeczności, ale trzy powody przemawiały za opuszczeniem ich: niezdobyte Piarżysko, poczucie uwięzienia oraz moje dupsko. Pewnego razu więc zacząłem oddychać głęboko i szybko, by zbliżyć się do ziemi. Następnie wykonałem akrobację i złapałem się skał paznokciami. - Co robisz? Zostawiasz nas?- odezwali się natychmiast Białoubrani. - Tak. Ruszam w dalszą drogę. - Wy ambitni, to macie przesrane...
Przemieszczanie się było trudne i bolesne. Do góry nogami wspinałem się po stromych zboczach Piarżyska. Im wyżej byłem, tym mocniejszy wiał wiatr i uciążliwsza była moja Wolność. Ponieważ wspinałem się głową w dół, czułem się jakbym schodził na szczyt. Piarżysko przypominało wielki stożek obsypany nagimi skałami. Czasem nie znajdywałem pośród nich niczego do przytrzymania się. Zdarzało się, że wzmagał się wiatr, lub nawet padał przelotny śnieg. Musiałem wtedy czekać ukryty w jakiejś szczelinie, lub pod występem. Taka skalna półka była wtedy dla mnie imitacją normalnego stanu rzeczy i stojąc pod nią musiałem wyglądać jak górski nietoperz. Czasami trzymając się dosłownie jednym palcem jakiegoś kamienia oddychałem szybko i głęboko by nie odlecieć i nie dać się porwać wichurze. Na tej wysokości szybowałbym niesiony z wiatrem tak daleko, że pewnie już nigdy bym się nie mógł odnaleźć. Tak bardzo bym się zgubił. Zrozumiałem też nieco ludzi wspinających się w różnych górach. Pomyślałem, że jest się w takich warunkach idealnie samym ze swoimi myślami, daleko od wszystkiego innego i nic inne się nie liczy. Można zaglądnąć do swojego wnętrza i przy odrobinie szczęścia usłyszeć przekrzykującą szum wiatru odpowiedź na pytanie kim się jest. Na dodatek trzeba zrobić tak wiele by do normalnego świata powrócić, że można to zrobić jedynie wtedy, gdy naprawdę się tego chce. Pomyślałem, że gdybym miał się zabić drugi raz, zrobiłbym to w górach. Może nawet ludzie pomyśleliby, że załamała się pogoda i nikt nie nazwałby mnie samobójcą. Nikt też nie oglądałby mojej krwi rozlanej w gościnnym pokoju, na wykładzinie z promocji oraz w szparkach taniego wiklinowego fotela. I nie zalałbym klatki schodowej niesiony przez sanitariuszy.
Szczyt Piarżyska pojawił się niespodziewanie. Ciut poniżej odetchnąłem i wsadziłem zwisającą na twarz białą koszulę do spodni. Wszystko, by dobrze się zaprezentować przed mającym tam czekać Skrzatem. Nie mogłem jednak wyglądać zbyt dostojnie i pewnie siebie czepiając się zakrwawionymi rękami skał i szczelin oraz powiewając do góry nogami. Skrzat stał na głowie po środku płaskiego i kamienistego szczytu góry. Dzięki temu mogłem go widzieć normalnie. Uśmiechał się litościwie. Ręce zaplótł na piersi, a wąsy i broda zwisały mu na policzki. Nie był wiele mniejszy ode mnie i nie wyglądał w ogóle na skrzata. Raczej na gnoma, choć nie wiem czemu tak pomyślałem. - Witaj- powiedział pierwszy, gdy się zbliżyłem. - Witaj. Szukałem cię Skrzacie- uśmiechnąłem umęczoną twarz. - Oto znalazłeś. Ale czemuż powiewasz na wietrze? - Piłem ze studni księcia Liviusa pomimo ostrzeżeń Mędrca. Czy przyjmiesz mnie mimo to? - Mało kto opiera się źródłu Wolności i dociera do mnie na nogach. Spójrz w dół, a zobaczysz plątające się po górach i dolinach bezpańskie baloniki. - Przynajmniej są wolne- odpowiedziałem. - Wolność może być przekleństwem. Jedni pragną jej, a inni boją się. Nad nami pojawiło się znów słońce i obłoki, jakby gratulując mi kolejnego sukcesu. Przestały wiać wiatry i zrobiło się nieco cieplej. Najgorsze jednak było dopiero przede mną. - Jak ma się Mędrzec, ten stary wyga?- zapytał Skrzat już mniej oficjalnym tonem. - Zupełnie dobrze, jakby przeżywał drugą młodość. - To fajnie. A ty? Masz siły na moją grę?- powrócił nagle do swojego zwykłego głosu. - Tak, chętnie- odpowiedziałem. Przez moment zastanawiałem się dlaczego ten Skrzat nie zamieszka wraz z Mędrcem na wspólnej górze. Obaj mieliby doskonałą rozrywkę zamiast nudy i samotności. Świat Mędrców i Skrzatów jest jednak niezrozumiały dla ludzi. Rozmyślając przegapiłem moment, gdy szczyt na którym się znajdowaliśmy połknęła gęsta mgła. Nie wiem skąd przyszła ani dokąd odeszła, ale gdy było po wszystkim, znaleźliśmy się na tafli pięknego jeziora otoczonego kurtyną lasów i wzgórz. Lśniły odcieniami zieleni i przypominały gigantyczną suknię rzuconą niedbale i skrywającą skalną nagość pagórków. Woda była nieskazitelnie czysta, a jej przejrzystość obnażała głębiny. Na niebie spierały się łagodnie intensywny błękit i głęboka biel. Wszystko to wyglądało jak jeden z pejzaży w kalendarzu, na kartce z napisem „czerwiec”. Co jednak najważniejsze to, że znów stałem jak człowiek, a nie unosiłem się w powietrzu. No i było nas w sumie trzech. Mój skrzat stał nieco z boku zacierając ręce i uśmiechając się szeroko, a naprzeciw mnie stał dwu i półmetrowy człekokształtny stwór. Nie miał ubrania, choć nie wyglądał na nagiego. Nie był też jednak owłosiony. Nie wyglądał agresywnie, ani sympatycznie. Za to bardzo ociężale. - To jest Oo- powiedział Skrzat. - Oooo- wyleciało powitalnie z wnętrza stwora. Stałem zamurowany i nie wykrztusiłem z siebie nawet najprostszego „cześć”. Jeśli wcześniej zastanawiałem się czy żyję, czy jestem w krainie umarłych, to stojąc na powierzchnie ogromnego jeziora w towarzystwie Skrzata i dziwnego stwora nie miałem już wątpliwości. Wylądowałem w szyderczym piekle dla wariatów. - Oo reprezentuje mnie w tej grze. Polega ona na zdobyciu jak największej ilości punktów- wyjaśniał skrzat poprawiając parciane spodnie- By zdobyć punkt wystarczy dotknąć tamtej kaczki. Zaległa cisza. Dopiero wtedy zwróciłem uwagę na siedzące jakieś sto metrów przed nami zwierzę. - I to wszystko?- zdziwiłem się. - Tak. - Nie ma żadnych zakazów, fauli, czy zasad? - Nie ma. - Ooo- odezwał się Oo. - Co to za gra?- zapytałem, a Skrzat wzruszył ramionami- Więc o co gramy? - Może zwróciłeś uwagę na tasiemki na twoich nogach...- dopiero wtedy zorientowałem się, że moje kostki pod nogawkami białych spodni przewiązane są czerwonymi tasiemkami- To dzięki nim możesz znów normalnie się poruszać. Gdy wygrasz- zatrzymasz je i zdradzę ci moją mądrość. - Czy pomoże mi ona rozwiązać Łamigłówkę? - Pomoże. - A co będzie gdy przegram? - Ja odbiorę ci wstążki, a Oo wspomnienia... - Wspomnienia?! - Oo lubi je kolekcjonować. - Oooo!- ucieszył się stwór na brzmienie słowa „wspomnienia”. Bez wspomnień nie byłbym już sobą, nie miałbym co robić w deszczowe dni w pracy, w sentymentalne niedzielne popołudnia, podczas zachodów słońca. Utraciłbym też prawdopodobnie sny i bałbym się marzyć! Zacząłem się bać i wiedziałem, że wolałbym utracić linie papilarne, blask oczu, połysk skóry, czy nawet zdrowie, ale nie wspomnienia. Wolałbym zestarzeć się i ponownie umrzeć zachowując swoje wspomnienia, niż żyć wiecznie będąc skazanym na... bezwspomnieniowąwewnątrzsamotność. - A więc gra toczy się o najwyższą stawkę- odpowiedziałem z całą powagą. - Więc... START!- wykrzyknął niespodziewanie Skrzat. Oo rzucił się do biegu zaskakując mnie swoją szybkością, a ja pobiegłem za nim. Po tafli jeziora stąpaliśmy niczym po olbrzymiej szybie odsłaniającej głęboką przepaść wypełnioną rybami. Dysząc jakbym miał wywrócić się na lewą stronę przez usta dogoniłem Oo. Nie spodziewałem się jednak takiego zagrania z jego strony, jakie mnie spotkało. Mianowicie oberwałem porządnie wielkim łokciem w twarz i musiałem językiem przywracać zęby do szeregu. W ustach zrobiło mi się słodko. Sapiąc już przez nos znów doganiałem Oo. Ten jednak wciąż przyspieszał i nie dawał się złapać. Sekundę później skoczył na mnie, choć starałem się zachować bezpieczny dystans i swoim cielskiem zdrowo mnie poturbował zostawiając na tafli w rozdeptanej pozycji. Dotknął kaczki, a ona wydała z siebie donośny „kwak”. Obaj wróciliśmy spokojnie do Skrzata. - Jeden do zera- zawyrokował- START! Tym razem spodziewałem się czegoś takiego i nie spóźniłem się ze startem. Biegliśmy łeb w łeb głośno sapiąc i tupiąc. Zrozumiałem też o co chodzi i pierwszy rąbnąłem Oo w brzuch, lecz on nie pozostał mi dłużny obijając moje żebra. Wylądowaliśmy po chwili na tafli ściskając się i turlając. Zmiażdżyłem mu nos kolanem i wystartowałem niczym sprinter z bloku, ale jego długie łapy złapały mnie za nogę i wywróciłem się z trzaskiem kości. Zanim doszedłem do siebie usłyszałem głośne „kwak”. Dopiero trzecia gonitwa przyniosła mi pierwszy punkt, ale również podbite oko i stłuczone pośladki. - Zaczekaj!- nie dopuściłem Skrzata do słowa- Jak długo będziemy biegać? Czy ta gra ma koniec, czy czekamy na śmierć jednego z nas? Skrzat rozłożył ręce w geście niewiedzy. - Umówmy się na dziesięć gonitw- odezwał się ku mojemu zaskoczeniu Oo basowym głosem- Trzy już mamy za sobą. - Niech będzie. START! Świadomość ilości czekających nas biegów niewiele jednak zmieniła i znów polała się krew. Na dodatek punkt znów zdobył Oo, bo kaczka wleciała w jego łapska uciekając przede mną. - Tak nie może być!- znów zagadałem Skrzata- musisz kazać kaczce siedzieć w miejscu, a biegać powinniśmy po wyznaczonych torach, bo inaczej się pozabijamy! Skrzat spojrzał na taflę jeziora pokrytą rozsmarowaną na różne sposoby krwią. - Dobrze więc. START! Tym razem pędziliśmy po równoległych torach nie atakując się nawzajem. Oo okazał się takim samym biegaczem jak ja, ponieważ w jednym momencie dopadliśmy kaczki. Była śmiertelnie przerażona widokiem dwóch osób rozpędzonych do granic możliwości i rzucających się na nią z wyciągniętymi rękami. Nie podała werdyktu. Nie wydała też żadnego dźwięku. Generalnie nadawała się już do wymiany. - Musimy powtórzyć bieg i wprowadzić...- zamyśliłem się- na przykład element losowy, by nie było remisu. - Jak sobie życzysz. Zapowiada się interesująco- podrapał się po brodzie Skrzat- START! Rzuciliśmy się do biegu po znanych nam już torach, przy czym Oo znów mnie szturchnął na początku. Przed metą sześć poprzecznych linii wyznaczyło sześć ponumerowanych kwadratowych pól, a w rękach pojawiły się nam kostki do gry. Stanąłem na polu numer jeden- najbliżej mety, gdzie poprzednio znajdowała się kaczka. Wierzyłem, że gdy wyrzucę kostką liczbę jeden- będę miał najbliżej do wygranej. Oo stanął na polu numer trzy wierząc zapewne, że najszybciej wyrzuci tą właśnie liczbę. Kostkami rzucaliśmy na taflę równocześnie i za czwartym razem Oo oszukał i popchnął palcem kostkę, by wskazała liczbę trzy. Metę przekroczył w momencie gdy wyrzuciłem jedynkę. - Nie może tak oszukiwać, ani szturchać mnie na starcie- negocjowałem ze Skrzatem zachęcony jego ustępstwami i łatwością wprowadzania nowych zmian do gry- Musimy też wprowadzić jakiś tor przeszkód na początku, żeby zdystansować się przed biegiem. - START! Teraz po trzech metrach wskakiwało się do rowu, wyłaziło z niego, czołgało pod rurami, przebiegało po rozhuśtanej kładce, skakało na linę, przelatywało jak tarzan ponad fosą z wodą i aligatorami, wspinało po drabinie na wieżę, zjeżdżało w dół po linie, wpadało do wody, płynęło do brzegu, przebiegało trzydzieści metrów i znów rzucało kostkami do gry. Ponieważ byłem całkiem zwinny, zostawiłem Oo w tyle i wygrałem w uczciwej walce. Po tym biegu to Skrzat zasugerował kolejną innowację: - Niech gonitwa rozpocznie się po udzieleniu odpowiedzi na pytanie. - Intelektualiści górą- uśmiechnąłem się do Oo. - START! Równocześnie rozdarliśmy koperty które pojawiły się w naszych dłoniach i przeczytaliśmy pytanie: „W butach nie chodzi, herbaty nie słodzi. Drzewa kopniakiem wali, na obiad jada drwali. Kto to taki?” Nerwowo myślałem nad odpowiedzią, ale im szybciej chciałem ją odnaleźć, tym większy miałem mętlik w głowie. Jeszcze bardziej zdenerwowałem się gdy Oo nachylił się do Skrzata i szepnął mu odpowiedź do ucha. Najwyraźniej dobrą, bo ten skinieniem głowy zezwolił mu na start. Tę rundę przegrałem, bo nie nadrobiłem straty gdy Skrzat pozwolił mi biec. - Kto to taki?- zapytałem Skrzata po gonitwie. - To Ebenaki. - Ebenaki?!- krzyknąłem, a złość zagotowała we mnie, bo grałem przecież o wysoką stawkę- Kto to jest kurwa Ebenaki?! Co to za pytanie? - Każdy kto mieszka tu dłużej zna Ebenakiego, obrońcę lasu. - Ale ja nie mieszkam tu dłużej! Żądam możliwości wyboru kategorii pytań oraz publiczności. - Podoba mi się! Jest pięć do dwóch dla Oo. START! Po tej rundzie wprowadziliśmy jeszcze rzut lotkami, a obie wygrałem z łatwością. Tak samo jak dwie następne, gdzie wprowadziliśmy zakaz niszczenia toru przeszkód, plucia, podpowiadania odpowiedzi przez Mędrców z widowni, oraz kilka innych drobiazgów. Ponieważ był remis została zorganizowana dogrywka. Oo był niezadowolony, ale nakazywał to regulamin. Tak samo jak zabraniał nie sportowych zachowań, czy oszustw. Oo przegrał ostatni, decydujący bieg.
W jednym momencie wszystko się odkręciło. Znikły tory, urządzenia, publiczność, jazgot, Oo, jezioro i martwa kaczka, a my znów znaleźliśmy się ze skrzatem na szczycie Piarżyska w otoczeniu ciszy. - Wygrałeś tasiemki i wspomnienia- powiedział uśmiechnięty i zadowolony z doskonałej zabawy. - Mam nadzieję, że Oo nie będzie mi miał tego za złe. - Nie będzie. Zresztą jest nawet zadowolony, bo odebrałeś dziś ważną lekcję. Z prostackiej i brutalnej przepychanki do…