przygoda · 13 min czytania
Blask Ciemnego Miasta cz.5
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-8-
Okazało się, że aby dostać się na pustynię znów trzeba było przemierzać lasy. Otaczały one Białe Miasto ze wszystkich stron. Echo na szczęście okazał się niezwykle dobrym piechurem i wspieraliśmy się w trudnej wędrówce przez dzikie gąszcze. Zacząłem się zastanawiać, jak długo tak naprawdę przebywam w tym świecie, czy moja żona tęskni, czy dzieci martwią się o mnie... Pierwszy raz w życiu zaczęło mi ich brakować i poczułem z tego powodu pustkę. Strzeliłem w siebie, ponieważ nienawidziłem tamtego życia. Ponieważ było wybrakowane. Teraz czułem nicość. Czułem, że ten świat zmienia mnie i że zmieniłby wszystko między mną, a moją rodziną. Pierwszy raz pomyślałem, że to może ze mną coś było nie tak, że może to ja jestem bękartem losu, człowiekiem namalowanym lipnymi kredkami. Może sam zasiałem w sobie ziarno depresji? Umysł ludzki jest nieodgadniony. Znienawidziłem cały świat i siebie, bo może rozglądałem się przez brudne okulary na które nasrał gołąbek zniszczenia. Ale tylko tak pomyślałem. Najtrudniej jest przyznać się do winy przed samym sobą. Obwinianie innych przychodzi znacznie łatwiej.
Trzeciego dnia wędrówki spotkaliśmy człowieka powracającego z pustyni. Był oczywiście Białoubranym, a jego skaczące na wszystkie strony oczy kogoś mi przypominały. - Witaj- przywitałem go, a Echo oczywiście powtórzył za mną. - Cześć. Idziecie na pustynię?- odpowiedział i zaczął się rozglądać nerwowo. - Tak, a ty? Echo od razu stracił zainteresowanie dyskusją i zaczął się przyglądać ścianie leśnej gęstwiny nieopodal nas, niczym zaniepokojony pies. - Ja już byłem na pustyni i wracam do lasu, by następnie udać się na nizinę. - Tam udają się wszyscy po przebyciu pustyni?- zapytałem. - Tak... słyszałeś coś?- odpowiedział po tym, gdy z krzaków dobiegł nas szmer. - Nie. Co mamy zrobić, gdy znajdziemy się na pustyni? - Idźcie przed siebie i choćby nie wiem co, nie zawracajcie. Nigdy. Musicie dotrzeć do oazy po środku tamtego pustkowia. - Ciężko jest? - Bardzo... Naszą rozmowę przerwał nagle hałas w krzakach. Przestraszyliśmy się, a Echo aż upadł na ziemię odskakując od gęstwiny. Jedno z drzew nagle wyskoczyło wraz z korzeniami i zwaliło się przed nami o mało nas nie przygniatając. Złapałem Echo za fraki i odciągnąłem w tył. Ktoś wyskoczył zza powstałej po drzewie szczeliny na łączkę na której się znajdowaliśmy. Trzymetrowy stwór miał brązowe włosy niedbale rzucone na potężne ramiona, długą brodę i ogromne łapy. Jego wielkie ciało odziane było w ubranie z liści, a stopy były bose. Jak zresztą i nasze. Gdy zrobił kilka kroków w naszą stronę przeraziliśmy się i cofnęli w tył, by nie dać się rozdeptać. - Kim jesteście!?- ryknął stwór. W jednej chwili miałem tysiąc myśli w których uciekałem sam, uciekałem z Echem, wspinałem się na drzewo, walczyłem z potworem, byłem przez niego zjadany, deptany, miażdżony. - Czy jesteście drwalami?- zapytał spokojniej widząc nasze przerażenie. - Wygląda na drwala- powiedział do mnie szeptem Białoubrany- Powiedzmy, że jesteśmy. Nie wiem czemu, ale właśnie wtedy zacząłem myśleć o imionach. Bo imię to ważna sprawa, a ja nigdy nie pytałem ludzi o imiona. W miastach osoby przychodzą i odchodzą. Nauczyłem się traktować ich anonimowo, nie poznawać, nie przywiązywać się. - Jak się nazywasz?- zapytałem nieśmiało potwora. - Co? - Jak się nazywasz?- powtórzył Echo. - O czym ty myślisz? Zamknijcie się- Białoubranemu trzęsły się nogi. Stwór ryknął głośno bryzgając na nas przy okazji jakąś okropną flegmą. Stanął nad nami i spojrzał groźnie wielkimi jak talerze oczami, a następnie kopnął pobliskie drzewo tak, że wyleciało wysoko w powietrze. - Odczepcie się ode mnie!- odepchnął nas Białoubrany stając samemu twarzą w twarz z potworem. Jego odwaga imponowała nam. - Kim jesteście?!- kolejny ryk rozdarł powietrze. Stado ptaków wzbiło się w powietrze. - Ja jestem drwalem- powiedział pewny siebie obcy- Tego nie znam- wskazał palcem przerażonego Echo- a ten drugi jest glonem. Poznaliśmy się w Białym Mieście. A z kim mam przyjemność? - Jestem Ebenaki!- wrzasnął stwór, aż wyszły mu żyły na brudnych skroniach. Niezwykle szybkim, jak na takiego olbrzyma ruchem zgiął się w pół uderzając Białoubranego rozwartą paszczą, a on zniknął w niej do pasa. Ebenaki zacisnął szczęki, a masywne zęby odgryzły tułów biedaka. Potwór wyprostował się z rozkoszną miną, a z paszczy pociekła mu strumyczkami krew. Przed nim stały przez krótką chwilę dwie nogi w białych spodniach poplamionych krwią, aż w końcu zachwiały się i przewróciły. Po chwili przełknął i zwrócił się uprzejmiej do mnie: - Więc jesteś glonem, tak? - Tak, tak! - A on?- wskazał Echo. - On też! Wychowaliśmy się w jednym jeziorze. - I nie kradniecie drzew z mojego lasu? - No jak? My, takie liche glony? - To dobrze. A dokąd idziecieeeAeee...- odbiło mu się zdrowo. - Na pustynię. - Na pustynię. - To tędy- podniósł ogromną łapę, by pokazać kierunek. - Dziękuję. - Dziękuję. Tyłem zaczęliśmy się nieśmiało wycofywać. - To... do zobaczenia!- uśmiechnął się sympatycznie, choć krwawo. - Do zobaczenia. - Do zobaczenia. Gdy odeszliśmy od niego, pognaliśmy przez las trochę jeszcze ze strachu, a trochę, by wyładować emocje. Wieczorem, gdy siedzieliśmy przy ognisku daleko od tego miejsca odezwałem się do Echa: - W butach nie chodzi, herbaty nie słodzi. Drzewa kopniakiem wali, na obiad jada drwali. Kto taki? To Ebenaki- a on uśmiechnął się i podał mi rękę. Widać było, że Echo jest w dobrym nastroju. Zachował życie, poznał przyjaciela, rozpalił ogień patykami. Ja jednak byłem wciąż smutny, a gdy zasypiałem zacząłem się zastanawiać czy warto wyprzeć się gatunku ludzkiego, człowieczeństwa, bestialskich wojen, koszmarnych chorób, nienawiści, chciwości, pychy i wszechobecnego gniewu, by utracić zarazem poranki z ukochaną osobą, zachody słońca w górach, wigilię z rodziną, miłość matki, modlitwę babci... Przypomniało mi się, jak spędzając sylwestra na rynku oberwałem butelką w głowę. Chwilę później jednak otrzymałem przypadkowe życzenia od jakiejś pięknej dziewczyny, która cztery lata później została moją żoną. Powiedziałem, że jestem glonem i ocaliłem przypadkiem swoje życie. Nie chciałem jednak więcej być glonem, bo było mi wstyd.
-9-
Tej nocy spałem spokojnie na posłaniu z