Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

filozofia · 19 min czytania

Blask Ciemnego Miasta cz.8 (PrzedPrzedOstatnia)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

-12-

Wiedziałem, że jedyne miejsce gdzie mogę się udać to Spotykalnia, ale nie chciałem tego robić, bo Król znów wpakowałby mnie w kolejną wyprawę po wiedzę do jakiegoś Mędrca. Chciałem sam wymyślić jakieś rozwiązanie, ale nie potrafiłem już myśleć racjonalnie. Ogarnął mnie smutek po utracie przyjaciela. Zastanawiałem się gdzie może się teraz znajdować i kim też są tajemniczy ludzie dający nam zastrzyki. Czekałem na moment kiedy Echo zacznie sam mówić, a gdy to nastąpiło- pojmali go napastnicy, bo pomagał mi uciec. Uratował mnie, więc nie mogłem bezczynnie siedzieć. Musiałem spożytkować jakoś dany mi czas i względną swobodę. Traciłem już jednak nadzieję na dowiedzenie się czegoś o tym dziwnym miejscu i wątpiłem w szanse wydostania się poza tajemniczą krainę. Tak rozmyślając samotnie i maszerując bez celu znalazłem się przypadkiem na dziwnej ulicy. - Kochany! Dobrze trafiłeś!- krzyknął ktoś. Jakaś inna osoba dotknęła mojego krocza, a jeszcze ktoś inny pokazał mi zalotnie wielki język. - Kim jesteście?- zapytałem odpychając zalotników. - Ludźmi, tak jak ty. Tak. Jestem człowiekiem- pomyślałem- nie glonem nie kosmitą. Nie jestem nikim innym, jak tylko człowiekiem. I jestem z tego dumny. - Pieprzmy się!- wykrzyknęli. - Zaraz, zaraz! Co wy robicie?- zdziwiłem się na widok grupy mężczyzn i kobiet ruszających w moją stronę i zrzucających z siebie białe spodnie i ściągających białe koszule. - Jesteśmy ludźmi. Ty jesteś człowiekiem. Pieprzmy się!- wytłumaczył mi ktoś krótko. - A nawet gdyby nie był...- dodał inny. - To co za różnica! - Odwalcie się ode mnie!- kopnąłem najbliższego gołego faceta w krocze. Pomyślałem, że jest to kolejny incydent, kolejna lekcja, którą obserwuje teraz jakiś Mędrzec, by później omówić to ze mną po kolejnej próbie i wyciągnąć jakieś wnioski. - A co ty z kosmosu jesteś?- zdziwił się ktoś- przecież zawsze i wszędzie i w każdym momencie, tu i teraz, wczoraj i jutro chodzi o seks. - Właśnie! - Tak jest!- zaczęli wykrzykiwać z całą powagą i bardzo stanowczo. Zmieszałem się. Ja też lubiłem się kochać, miałem swoje fantazje, ubóstwiałem i rozpamiętywałem w głowie najlepsze intymne chwile ze swoją żoną, a zwłaszcza teraz, gdy była gdzieś daleko ode mnie. Często wieczorami, gdy zasypiałem brakowało mi ciepła jej ciała, napiętej i aksamitnej skóry oraz jej zapachu. Jedynego takiego zapachu na świecie, zapachu mojej kobiety. Jednak gdy patrzyłem na tą bandę zboczeńców, znów czułem chęć zniszczenia. Jakaś odraza wewnątrz mnie odbiła mi się niczym paląca zgaga, a niechęć i obrzydzenie do ludzi przypominające atak serca ugryzły mnie znienacka w pierś napełniając mnie lękiem i chęcią ucieczki od wszystkich ludzi. - Chorzy zboczeńcy!- krzyknąłem na bandę napalonych Białoubranych w negliżu i machnąłem pięścią przed nosem jednego ze zbliżających się- Nienażarte zwierzaki! Rzygać mi się chce gdy spotykam takich ludzi jak wy. Prostacy! Kiedy was widzę, popieram wojny, broń masowego rażenia, tortury i zagładę. Pragnę unicestwienia. Dla was seks jest jak sranie. Z tego intymnego zbliżenia robicie nałóg, kolejny mechanizm waszego chorego ciała żyjący w was własnym życiem. Czy nie? Jeśli pieprzycie się zawsze, wszędzie i z kim popadnie, bo akurat wam się zachciało, to zupełnie to jest jak ze sraniem. Oby więc wasze potomstwo było wam śmierdzącym balastem! Rypnąłem jeszcze kogoś w brzuch, splunąłem na chodnik i odszedłem pozornie zachowując spokój, choć wewnątrz zły i roztrzęsiony. Zwykle zachowywałem dla siebie swoje uwagi i nie moralizowałem ludzi, ale w tej sytuacji nie potrafiłem zachować spokoju. Nienawidziłem zboczeńców i erotomanów. Nigdy. Zresztą nie zdążyłem jeszcze ochłonąć po utracie przyjaciela, a już miasto zaserwowało mi swoją kolejną osobliwość. Wiedziałem, że nie można zwalczyć takich zachowań, ale sam fakt, że się postawiłem, satysfakcjonował mnie. Do tego jedna, czy dwie osoby odmówią sobie dziś orgii, bo będzie je co nieco bolało. Jeszcze długo szwendałem się po mieście bez konkretnego planu działania i pomysłu. Wydawało mi się, że kilka budynków upodobniło się do ogromnych białych szaf, albo regałów, ale nie wiedziałem co to może oznaczać. Znalazłem więc sobie tylko spokojny kąt w jakimś parku i upewniwszy się, że nic mi nie grozi ułożyłem się spać mając panoramę Białego Miasta za kołdrę i jego przyjemny zgiełk za kołysankę. Liczyłem, że zapomnę o jednych sprawach, a drugie ułożą mi się w głowie. Chciałem doznać jakiegoś olśnienia, a może nawet sennej wizji. Bardzo chciałem. Jednak sny za nic mają nasze pragnienia i rządzą się własnymi prawami. I choć głowa nie jest duża, zwłaszcza w środku, chyba nigdy nie spotykają się tam z rozsądkiem.

Widzę ją. Jest piękna. Jej proste włosy opadają jej na ramiona. Gdy szybciej obraca głową, unoszą się w górę jak siedzenia karuzeli i falują wokół, zawsze opadając jej na twarz, by dać się jej odgarnąć dłonią. „Czy chciałabyś pójść ze mną w piątek do kina?” To są piękne blond włosy i piękne dłonie, które zawsze tak delikatnie dotykały mojej twarzy. Jak płatki śniegu ześlizgiwały się po moich zmęczonych policzkach, ustach i szorstkim zaroście. „Kocham cię. Chciałem wyjechać z kraju, ale teraz wiem, że każda chwila bez ciebie byłaby jak nurkowanie bez tlenu.” Przybliża się do mnie, a jej biodra dotykają moich. Opiera swoje delikatne ciało o moje, a ręce zaplata za moimi plecami. „Ja też cię kocham. Pasujemy do siebie tak bardzo. Bądźmy razem na zawsze, dobrze? Obiecasz mi, że będziemy razem i że nic nie odsunie nas od siebie?” Jest taki delikatny, mięciutki, bezbronny. Aż boję się go za mocno trzymać. Nie mogę uwierzyć, że to ja powołałem go do życia. Mój pierworodny. Mój skarb. Nigdy go nie opuszczę i nie przestanę kochać. Leżymy w jednym łóżku, w jednej pościeli pomiędzy prześcieradłem, a kołdrą. Najpiękniejsza i najszczęśliwsza kanapka na świecie. Sześć rąk, sześć nóg, kolejna para w drodze. Odnaleźliśmy się na ulicy. W mieście, w tłumie. Pośród zboczeńców, dewiantów, morderców, nosicieli wirusa depresji i śmierci. Znaleźliśmy się. Ostatni normalni ludzie. Tak bardzo do siebie pasujemy. „Nie pozwólmy, żeby wszystko się zepsuło przez pracę.” „Zaniedbujesz swoją rodzinę kochanie, nas zaniedbujesz... za dużo pracujemy.” Ona się smuci, spuszcza wzrok, głowę, a drobne zmarszczki pełzną po jej twarzy niczym zmęczone węże. „Nie możesz nas dziś zostawić, nie dziś...” Jest jakiś wypadek samochodowy, szef krzyczy, na rynku odbywa się parada. Wszystko na raz, za dużo za szybko... „Odwołaj ten kurs, nie potrzebujemy kolejnych komplikacji.” „A pieniądze? Ich też nie potrzebujemy? Nakarmimy się miłością?” Oddalamy się, oddalamy coraz bardziej. Kuchnia jest niczym z gumy i choć razem w niej rozmawiamy, rozciąga się i jesteśmy coraz dalej i dalej... „Gratuluję! Został pan znów ojcem...” „To będzie jeszcze tylko ćwierć etatu...” „Czy wciąż mnie kochasz?” Wychodzę. Ona wychodzi. Pocałunek jest taki służbowy, suchy. Co się stało?” „Zaocznie, ale jakoś to będzie...” Słyszę głosy. Wiele głosów. Czas gna z przepaści, a ja go marnuję. Robi się coraz chłodniej i chłodniej i ciężej... „To nie tak miało być!” I ciężej, gorzej i ciągle praca, pieniądz, jedzenie, praca, pieniądz, miasto... „Kochanie co się dzieje między nami? Powiedz mi, czy możesz zawrócić czas, czy potrafisz to dla mnie zrobić? Nie mówię żebyśmy byli młodzi... ale znów radośni... wzajemnie zakochani. Może nie koniecznie beztroscy, ale wolni... szczęśliwi... Powiedz, że potrafisz to dla mnie zrobić...” Dotyka mnie delikatnie. Jak dawniej. Cofnęła czas. Na chwilę... po raz ostatni. „Dlaczego cię wciąż nie ma? Ciągle delegacje. Czy ja już...” „Chciałbym, żebyś nie był moim tatą... żebyś nie był moim tatą... nie był moim tatą... moim tatą... tatą...” Łzy na mojej twarzy. Na jej twarzy, na ich twarzach. Wszędzie łzy. „Zawsze mogło być gorzej...” „Ale jest źle!” „Czy to moja wina?” „To może moja?” Robi się cicho. Nie ma żadnych głosów, żadnych dźwięków. Nie ma rodziny, nie ma miłości. Nie ma ciepła, zabawy, spokoju, pewności jutra, spokoju dziś, radości wczoraj, nic nie ma. Nie dla mnie. Jest tylko... Ciemne Miasto. Metropolia paranoi, stolica niespełnienia, wieżowce głupoty, aleje bzdur i zgiełk kłamstw. Niczym morze zalewa mnie fala światła i topię się w nim. Nie mogę złapać oddechu, nic nie widzę. Już mam się udusić, zachłysnąć, gdy światło blaknie, znika i robi się szaro. Wiem gdzie jestem! To moje mieszkanie. Czwarte piętro, stary blok. Zacieki na ścianach, grzyb na suficie, smród z dołu, hałas z góry. Jestem w domu! Leżę na podłodze. Wbiega żona. Moja kochana żona. Właśnie wróciła z pracy i miała szybko zrobić obiad zanim pójdzie do drugiej. Huk dobiegł ją na klatce. „Niee!- krzyczy przeraźliwie, z samego żołądka- nie!” Pada na kolana i podnosi moją głowę. Dotyka mnie delikatnie, a jej dłonie znów jak płatki śniegu błądzą po moich skroniach. Dotyka mojej piersi i tamuje krew cieknącą z dziury. Nieskutecznie, bo czerwona plama rozlewa się leniwie na brzuch i podłogę. Pistolet leży obok dumny i zarozumiały. To nie on spudłował... to nie on nie potrafi trafić w serce z odległości dwudziestu centymetrów. „Kochanie. Kochanie ty moje... co ty zrobiłeś? Co najlepszego zrobiłeś? Nie zostawiaj…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Blask Ciemnego Miasta cz.8 (PrzedPrzedOstatnia) — czytnik · opowiadania