Fantasy · 9 min czytania
Błękitny sokół
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Czarnobrody stanął na pokładzie i potarmosił przybytek, za który dostał swój przydomek. Strzepnął pająka, jaki spadł mu na koszulę z bujnego zarostu, po czym krzyknął:
- Widać coś, Bulwa? Murzyn oglądający okolicę przez lunetę zamrugał, skupił się w sobie i jeszcze raz dokładniej przestudiował mgłę. - Mgła taka, że można by ją nożem kroić, psia mać... Ale nie! Kupiecki jakąś milę przed nami! - Nareszcie! - wrzasnął uradowany kapitan statku - widzisz, jaki herb? - Niedokładnie, ale... to chyba Hernelfa. Czarnobrody splunął, po czym wysapał niejako do siebie: - Hernelf... Sojusznik, cholera. Nie godzi się rabować... Stojący przy nim marynarz, słysząc te słowa, odparł: - Kapitanie, to już trzeci dzień błądzenia w tej zawszonej mgle, a porządnego łupu nie mieliśmy od dawna... - Głodni jesteśma... - poparł go inny towarzysz. - Głupie łby, to sojusznik! Jak się Hernelf dowie, to powłóczy nas końmi! - bronił swojego stanowiska kapitan. - To pojedyncza galera, możemy ją zatopić - usłyszeli głos Bulwy z bocianiego gniazda - nikt jej nie odkryje... - Tacyście głodni, psie mordy? Wara od sojuszników, bo bez paktów te morza to dla nas jeno śmierć! - Czarnobrody splunął głośno i ohydnie, by podkreślić wagę swoich słów. Ale nikt nie próbował się już odezwać, więc po chwili kapitan rzekł już spokojnie: - Podpłyniemy do nich powoli, poprosimy o pożywienie na mocy paktu. Będzie żarcie. Gdzie płyną, Bulwa? - Prosto na nas - odrzekł czarnoskóry, poprawiając ostrość szkła. - Nie trzeba zmieniać kursu. Cholerna mgła, nie mogę dojrzeć ludzi... - To nic, jak dopłyną, to zobaczymy. Sternik, utrzymuj kurs!
***
Powoli mijały minuty, a statek kupiecki był coraz bliżej. Czarnobrody dziwił się, dlaczego wolno się do siebie zbliżają, a gdy przeszła mgła, zauważył, że żagle statku są zerwane. Zastanawiał się, dlaczego ich nie wymienili, a jeśli nie mieli zapasowych, to czemu nie wiosłowali. Jego obawy rosły, aż sięgnęły zenitu, gdy żaglowiec znalazł się około dwudziestu metrów przed nimi. A to dlatego, że nie było widać nawet jednego człowieka.
- Co jest, kurna? - zaklął do siebie, po czym rozkazał złapać łódź hakami i przejść nań kilku ludziom. Sam ruszył za nimi, na wszelki wypadek przypasając do pasa szablę. - Dziwnie tu pusto - stwierdził, gdy stał już na pokładzie - i w ogóle... dziwnie.
Statek był cały wyludniony, żagle były rozerwane wpół, widniał na nich tylko wielki herb królestwa Arm, rządzonego przez władcę Hernelfa. Łódź była oczywiście drewniana, ale deski pokładu dziwnie pobłyskiwały na niebiesko. Poza tym wszystko wydawało się być normalne, ale marynarze poczuli straszny niepokój.
Część 22 / 2
- Kapitanie, chodźmy stąd... - zaczął kwilić jeden z nich. - Cicho - uciął Czarnobrody i począł rozglądać się uważniej, by odkryć, co mogło się tutaj stać. Zauważył, że nie było widać przytroczonych fabrycznie szalup ratunkowych, a liny, które służyły do ich opuszczania, były ucięte tak, że nie było po nich śladu. Czyli załoga statku mogła uciec, ale dlaczego?
Podrapał się po ciemieniu, po czym pochylił się i nabrał na palec trochę niebieskawej substancji. Fosforyzowała, a w dotyku przypominała jakąś gęstą ciecz. Powąchał ją, ale nie miała swojego zapachu, poczuł tylko własną skórę.
- Dobra, nie ma co tak stać - stwierdził - Munny, otwórz mostek. Specjalnie odezwał się do Munniego, gdyż ten nie był zbyt inteligentny i jako jedyny z piątki korsarzy zdawał się nie czuć strachu. Posłusznie podszedł do wskazywanego przez kapitana miejsca i pociągnął za klapę. Otworzyła się z przenikliwym skrzypnięciem. - Zejdź do środka i powiedz, co tam widzisz.
Munny wskoczył w dziurę, usłyszeli uderzenie twardych podkutych butów o drewno. Po chwili zabrzmiał głos marynarza: - Nic specjalnego, kapitanie. Jeno jakieś żarło, proch i skrzynie z czymś i.. - usłyszeli dźwięk podobny do gdaknięcia - jakieś ptaszydło. Tyle.
- Ptaszydło? - zdumiał się Czarnobrody i ruszył w kierunku klapy. - Jak to możliwe? Ptaki na świecie, jakim było Wielkie Morze, właściwie nie występowały po eksperymentach ze statkami latającymi, kilkadziesiąt lat temu. Maszyny wytworzyły masę jakiegoś pyłu, który szybko i ze stuprocentową skutecznością otruł śmiertelnie wszystkie stworzenia latające z wysp Morza. Więc nie dość, że żaden kapitan nie mógł nosić gadającej papugi na ramieniu, to ujrzenie żywego ptaka graniczyło o cud.
- A nie wiem. Ja tylko widzę niebieskie ptaszydło - odparł Munny i Czarnobrody wiedział, że on na pewno nie zastanawiał