Fantastyka · 16 min czytania
Blizna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
- Gratuluję. To córeczka – powiedział lekarz trzymający płaczące, zakrwawione dziecko. Matka popatrzyła na nie zmęczonym wzrokiem uśmiechnęła się do niego przyjaźnie i powoli zanurzyła się w ciemność snu.
- Co to za dziwna blizna? – spytała przedszkolanka rudowłosą Julkę. Dziecko obejrzało się dookoła i nachyliło do kobiety. - Mogę pani zdladzic seklet?- spytała słodkim dziecięcym głosikiem. Miała nie więcej niż cztery latka i właśnie wyleciały jej niektóre mleczaki. Przez to okropnie sepleniła i pluła podczas rozmowy. Młoda kobieta wytarła swoją twarz z małym obrzydzeniem. - Ależ oczywiście. Jaki to sekret? - Widzi pani?- Julka wskazała na bliznę na jej nadgarstku. – To jest czalownica, ale nie taka zla, tylko dobla. Moja mama mówi, ze w psyslosci będę latać na miotle i czalować. Fajnie nie?- spytała z dziecięca naiwnością. Wstała z krzesełka i ruszyła w stronę wielkiego domku dla lalek, przy którym bawiło się kilka innych dziewczynek. Julka wybrała piękną barbie o ciemnych włosach i ubrało ją w granatowy strój. Właśnie chłopcy wrócili z placu zabaw. Julka wraz z lalką podeszła do Marcinka. - Masz badyla? – spytała poważnym głosikiem. Chłopak wyciągnął gałązkę. Przedszkolanka obserwująca Julkę szybko do nich podbiegła. - Marcinku! Przecież wiesz, że drzewka to żywe istoty, nie wolno zrywać z nich gałązek. To je boli. - Ale to ne galozka! To supel miotla!- wtrąciła się Julka gotowa do zareagowania płaczem, na wypadek gdyby pani zabrała kijek. - Proszę pani, żadne drzewo nie ucierpiało. Zerwałem to z krzaka i to nawet nie przedszkolnego tylko od sąsiada pana Marka, tego co cały czas krzyczy. Należało mu się- powiedział spokojnym głosem Marcin. Pani zamilkła. Ona również nie lubiła Marka. Popatrzyła jak Marcin daje ,,miotłę’’ Julce, która wkłada ją pomiędzy nogi barbie.
Magia nie istnieje. Tyle lat z marzeniami, a tu nagle podstawówka wszystko niedbale wyrzuca gdzieś w dal. To wszystko tylko wyobraźnia. Julka patrzyła otępiała na nauczycielkę. To wszystko jedno wielkie kłamstwo? Popatrzyła na bliznę. Tyle lat straciła na marzenia o czymś co się nigdy nie stanie. Tyle razy się przebierała, jeździła na miotle, warzyła eliksiry, piekła trujące ciasta, oczywiście wszystko na niby, ale zawsze marzyła, że kiedyś to wszystko stanie się prawdą. Przychodzi podstawówka i nagle okazuje się, że to wszystko, to jedno wielkie kłamstwo. Chciała wrócić do przedszkola. Do mamy. Chciała nie mieć tej blizny. - Kłamstwo!- krzyknęła, gwałtownie wstając. Nauczycielka podniosła wzrok i cicho westchnęła. Ile jej się takich osób w czwartej klasie zdarzało. Rozpieszczone dzieci mają tylko świat fantazji, uciekają do zabawek. - Kochanie, czarownice nie istnieją, to jest fakt. Pewnie twoja mamusia dużo ci o nich opowiadała, ale one nie istnieją – zaczęła przemawiać do niej jak do dziecka. Kiedy to robiła Julka bawiła się kasztanowymi włosami. - Niech pani się do mnie nie zwraca jak do dziecka – powiedziała groźnie. Ukucnęła i zapakowała plecak. Nauczycielka patrzyła na niż przerażona. Reszta klasy zaczęła głośno to omawiać. Julka podeszła do drzwi. - Do widzenia.
Do sali zaczęli wchodzić uczniowie ubrani w stroje wieczorowe. Prawie już dorośli chłopcy stali obok ubranych w różnokolorowe suknie dziewcząt, które patrzyły z podziwem na garnitury, zapewne pożyczone przez ojców. Julia zerknęła w oczy Marcina. - Ile lat minęło od kiedy się spotkaliśmy – zaczęła niepewnie. - Przestań mówić o przeszłości. Pamiętasz jakim byłaś pośmiewiskiem. Ciesz się, że ci wybaczyłem, że mnie w tamto wciągnęłaś – spojrzał na bliznę – ale proszę cię, nie wspominaj! - Nie moja to wina. Do tej pory mama mówi do mnie ,,moja mała czarownica’’ zrozum, że nie jestem w stanie zapomnieć. Myślałam, że się z tym pogodziłeś, ale chyba się myliłam! – krzyknęła mu prosto w twarz i gwałtownie go odepchnęła. Marcin wpadł na Dorotę, która trzymała w dłoni dzbanek z sokiem porzeczkowym. Ciemny napój poplamił garnitur Marcina, potłuczony dzbanek leżał na podłodze i niewinnie czekał na sprzątacza. Korzystając z zamieszania Julka wyszła niezauważona na dwór. Podeszła do swojej ulubionej wierzby i usiadł na ławce obok. Wyjęła z torebki kilka ogłoszeń znanych uczelni. Wzrok przystaną dłużej na dziennikarstwie. - Czemu by nie. Warto przecież spróbować – szepnęła sama do siebie. - Dziennikarstwo? – spytał chłopak stojący za nią. Julka szybko się odwróciła i z przerażeniem w oczach wpatrywała się w ciemnowłosego chłopaka. – Ja będę studiował medycynę, bo ojciec tak chce. Zazdroszczę ci, że masz wybór. - Wybór jest okropny. Co jeśli się nie powiedzie? Ty będziesz mógł zwalić winę na ojca, a ja…- uśmiechnęła się przyjaźnie.- Julia jestem – podała mu prawą dłoń opatrzoną dziwną blizną. Chłopak zatrzymał na znaku czarownicy wzrok. Julia nic nie odpowiedziała. - Karol – odpowiedział i uścisnął rękę dziewczyny. Nic nie wiedział o bliźnie, więc jej nie znał. Skoro jej nie znał, nie miał żadnych powodów by uważać ją za wariatkę.
Część 22 / 2
- Jutro ślub – jęknęła z przerażeniem Julka. Gabrysia złapała ją za ramiona. - Opanuj się kobito! – wrzasnęła prosto w twarz. – Kochasz go? –spytała nieco ciszej. Julia nie odpowiedziała. Gabrysia westchnęła i ponowiła pytanie. - Tak – odpowiedziała przyszła panna młoda. - No to w czym problem? – kontynuowała mini wywiad Gabrycha. Puściła ręce pozwalając odpocząć jasnoróżowym ramionom Julii. - Może on mnie nie kocha? - Niby dlaczego miałby cię nie kochać?! – krzyknęła Gabrysia unosząc ręce do góry. Traciła już cierpliwość do tej skromnej dwudziesto-parolatki. - Przecież mu nie powiedziałam! – zdenerwowała się Julia. Tylko Gabryśce z nowego życia, które zaczęło się wraz ze studiami, powiedziała i na szczęście nowa przyjaciółka jej nie wyśmiała. - Też mi problem. Nie powiesz mu, zostanie w tajemnicy i wszyscy żyją długo i szczęśliwie – mruknęła pulchna kobieta. Podeszła do lodówki i wyjęła puszkę coli. - Nie chce go dłużej oszukiwać – powiedziała Julia, patrząc jak puszka otwiera się z sykiem. Gabrysia westchnęła cicho. Nic nie mogła poradzić na fakt, że Julia się uparła. Mogła mieć tylko nadzieje, ze Karol to wszystko przeżyje.
Czarownic nie ma. Za to jest mąż, przyjaciółka i mała Dominika. Mała Dominika z blizną na nadgarstku. Julia płakała na dachu swojego domu. Przyszedł Karol i objął żonę ramieniem. - Przecież czarownic nie ma. Nie będziemy małej tego mówić. Nie popełnimy błędu, który zrobiła twoja matka – szepnął do jej ucha. Odgarnął coraz ciemniejsze rude włosy. Otarł łzy z policzka. - Właśnie o to chodzi. Dlaczego moja matka mi powiedziała skoro ich nie ma? Może kiedyś były? – podniosła głowę i spojrzała w niebo. - Jeżeli jakieś istnieją to niech się tu pojawią.
- Mamo co ja mam robić?- szepnęła do słuchawki telefonu. - Powiedzieć o czarownicach! – krzyknął chrapliwy głos matki. - Przecież ich nie ma!- zaczęła się kłócić Julia. - Powiedź, bo pożałujesz! - Mamo, ta rozmowa nie ma sensu. Nie powiem. Pa.
- Gdzie jest Dominika?- spytała uprzejmie panią w przedszkolu, która właśnie malowała usta. Poczekała aż kobieta skończy tę, jak dla niej, bezsensowną czynność. - Zabrał ją pani mąż – odrzekła spokojnie kobieta. Julia zmarszczyła brwi i skierowała się w stronę wyjścia. W szatni stało wielkie lustro i chcąc czy nie chcąc Julia zerknęła na swoją nową fryzurkę. Już tak dawno nie miała krótkich, zaledwie do ramion, włosów. Takie podobno miały czarownice. Zaśmiała się na samą o tym myśl. W domu nikogo nie było. Nawet kartki na lodówce, którą zawsze zostawiał Karol gdy poszedł gdzieś, na przykład na piwo, po pracy. Pustka. Julia szybko chwyciła komórkę i wybrała numer męża. Nikt nie odebrał. - Zbyszek? Jest tam Karol? – spytała kolegi z pracy męża. Karol często chodził z nim na piwo byli najlepszymi kumplami. - Nie ma. Jakieś dwie godziny temu zadzwonili do niego z przedszkola, żeby odebrał małą Domini. Nie wiedziałaś o tym?- Zbyszek wydawał się być szczery. Julia w milczeniu odłożyła słuchawkę. - Z przedszkola? – spytała się pustki. Nic nie miało dla niej sensu. - Mocno tęsknisz?- spytała…