Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

melodramat · 12 min czytania

BLIŹNIACZE DRZEWA

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

BLIŹNIACZE DRZEWA

Wcisnął się głęboko w fotel, nienaturalnie zwarł zęby, co nadało jego twarzy niespotykany na niej nigdy wcześniej rys i na sztywno wyciągniętych w przód rękach objął dłońmi obręcz kierownicy zaciskając palce na skórzanej oprawie tak mocno, że nieświadomie odcisnął na niej krótko przecież przycięte, męskie paznokcie. Wyraźnie zły tkwił w blaszanej pułapce samochodu bez nadziei na szybką poprawę swojego położenia. Nie mógł pojąć tego, że miasto mimo niemal nieprzespanej nocy, wstało tak wcześnie, by gnębić swoich mieszkańców rykiem silników, piskiem opon i nie mniej irytującym pobrzękiwaniem klaksonów. Była sobota i jak myślał, przynajmniej połowa z tych fagasów, kretynów, durnych blondynek, niedzielnych kierowców, bab za kierownicą czy cwanych taksiarzy zamiast, jak to bywa w robocze dni, uzewnętrzniać swoją beznadziejność w ulicznym wyścigu do biur, biurek, biureczek, mogłaby przecież zostać w domu i śnić jeszcze swoje durne sny. W oczach Adama nie usprawiedliwiała ich nawet bardzo ładna pomimo wczesnej pory, zachęcająca do ruszenia się z domu, pogoda. Pogłośnił muzykę, by zagłuszyć denerwujący, dobiegający zza okna gwar, uprzyjemnić sobie choć nieco bezkresne minuty, które oczekiwały na niego w ciągnącym donikąd korku, ale przede wszystkim chyba, by zagłuszyć straszne, godne wstydu myśli o przeklinaniu, biciu, gryzieniu, mordowaniu. Chciał wrzeszczeć razem z dobiegającym z głośników głosem rockowego wokalisty jednak przez wzgląd na obserwujących go z sąsiedniego pasa ludzi poprzestał na nerwowym, acz rytmicznym stukaniu palcami o pulpit. Z natury optymistycznie usposobionemu mężczyźnie tego było już zbyt wiele. Chciał tylko punktualnie o 9.00 stawić się w pracy, co w założeniu nie było planem trudnym do zrealizowania. Owszem wstał zbyt późno nie pozostawiając sobie czasu na staranne przygotowanie stroju, długie szczotkowanie zębów i leniwe popijanie gorącej herbaty w takt słów telewizyjnego spikera, ale zdążyłby z pewnością. Zdążyłby, gdyby nie pokłócił się z Izą. Dziewczyna ocknęła się kiedy wychodził, by spod półprzytomnych powiek dostrzec bałagan, którym w pośpiechu rozrzucając ubrania i niechlujnie pozostawiając na stoliku resztki niedojedzonego śniadania zakłócił zawsze harmonijny wystrój sypialni. Myśl o powodzie kłótni wzmagana bezsilnością w walce ze spalinowym oddechem miasta napędzała go jeszcze bardziej, igrała z brutalnie zaburzonym świętym spokojem. Nie miał wątpliwości. Choć bardzo się tego wstydził w tej właśnie chwili szczerze nienawidził swojej narzeczonej. Wstała z łóżka dość późno. Nie mogła jednak spać od kiedy opuścił mieszkanie. Ciągłym przestawianiem rozlegającego się w pokoju ze złośliwą częstotliwością budzika, przedłużała jedynie mękę gapienia się w pusty od bieli sufit. Nie wiedziała, co zrobiła źle, jeśli w ogóle cokolwiek było jej winą. Nie mogła mu też wybaczyć zbyt ciężkich, nie słyszanych nigdy wcześniej z jego ust słów. Spięte w goryczy mięśnie długo walczyły, by nie pokazać zdobiącym ściany lustrom tego, co boleśnie raniło jej delikatne wnętrze. Po dłuższej chwili jednak skapitulowały i najpospolitszą z dróg wycisnęły w kąciku oka nagromadzoną od pracy kroplę słonego potu. Otarła twarz rękawem pidżamy i usiadła. Zdrowy rozsądek zwyciężył, a dziewczyna wygrzebała się spod ciepłem przypominającej ciało Adama pierzyny i zabrała się do codziennych obowiązków. Nie sprawdziła nawet, jak miała to w zwyczaju swojego telefonu. To także raniło ją bardzo. Jej narzeczony przy okazji każdej wcześniejszej kłótni po czasie potrzebnym mu do ochłonięcia i przemyślenia własnych błędów przysyłał jej krótkiego sms-a przepraszając słodko i czyniąc jej serce na powrót przychylniejszym. Tym razem telefon milczał. Musiała więc również sprawić mu wielką przykrość i bardzo go zdenerwować. Nie chciała tego nigdy, bez względu na fakt jak wysoki był poziom wzajemnych zarzutów. Zasiadła zatem do samotnej jak ona jajecznicy i nieco już mniej samotnych, lecz nie mniej smutnych stronic znalezionej na wycieraczce pod drzwiami gazety. Następnie wyjrzała za okno, poprawiła zakrzywioną żaluzję, złożyła koc, przesunęła fotel, odkurzyła telewizor, wielokrotnie bezmyślnie otworzyła i zamknęła lodówkę. Była zbyt dumna. Nie zadzwoniła pierwsza. Sznur aut w żółwim tempie sunął ku głównej ulicy, by raz po raz przystawać zatrzymany czerwonym światłem. Pogodzony z wyrokiem poznańskich ulic Adam nie walczył już, nie próbował przepychać się ani też popędzać nikogo. Nie był jeszcze spóźniony, lecz zegar na desce rozdzielczej zbliżał się już niechybnie do wyznaczonej godziny. Teraz rozmyślał już tylko o narzeczonej. Pomiędzy uczucie nienawiści jeszcze do niedawna w całości wypełniające jego ciało, przypominając sobie wszystkie dobre, piękne i wartościowe, wspólnie spędzone chwile, sam wprowadzał na powrót zaczątki myśli, które towarzyszyły mu jeszcze kiedy poprzedniego wieczoru w namiętnym uścisku kładli się spać. Ciało obok ciała, oddech obok oddechu. Zajęty rozmyślaniem nie spostrzegł nawet momentu, gdy zajął pierwsze miejsce w kolejce do upragnionej przez wszystkich, migającej tuż za skrzyżowaniem jak fatamorgana, płynnej jazdy. Zostało mu jeszcze pięć minut. Jeśli się pospieszy, myślał, będzie na czas lub spóźni się na tyle niewiele, że jego niepunktualność pozostanie niezauważona przez czujne oko przełożonych. Czerwone, żółte, zielone. Ruszył jak kierowca rajdowy, nieustannie nabierając prędkości. Przed nim była już tylko pusta droga. Radość w połączeniu z adrenaliną pozwoliły mu w jednej sekundzie inaczej

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
BLIŹNIACZE DRZEWA — czytnik · opowiadania