Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 10 min czytania

Blok eksperymentalny

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Blok eksperymentalny

Pewnego ranka dotarł do mnie, przez uchylone okna, niepokojący hałas ciężkiego sprzętu. Ciekawość podniosła moje zaspane ciało z łóżka. Podniosłam rolety. Niech to jasna cholera! Pod blokiem zobaczyłam „wywrotkę„ ,a na niej wielką górę ziemi. Zerknęłam na chodnik, po, którym wjechała i zobaczyłam płytki chodnikowe przypominające rozsypane klocki lego. Eh, niechybnie dostąpimy zaszczytu wymiany nawierzchni chodnikowej z eleganckich płytek rodem z lat siedemdziesiątych na zgrabną współczesną kostkę. Nie powiem, ucieszyłam się. Skąd miałam wiedzieć, że to radość przedwczesna? Cały dzień zwozili ziemię. Plac zabaw zamienił się w wysypisko różności, bo nie samą ziemią nas uraczyli, z wielkiej góry wystawał pręty zbrojeniowe i gruz, jakieś podejrzane śmieci, deski, jak nic pozostałości dachu. Zrobiło się dziwacznie i strasznie zarazem. Do wieczora okolica bloku zamieniła się w miejsce z koszmarnego snu. W ciemnościach wielka góra przywodziła na myśl legowisko bajecznego stwora, zaś chodnik ... no ten to wyglądał jakby ten stwór go zjadł, a potem wyrzygał. Robotnicy z zapałem dewastowali nam okolicę, po czym dyskretnie zmyli się na cały weekend. Przez kolejny tydzień właściwie nic się nie działo. Miejscowi żule mieli tylko trudności w dotarciu do domu, bo jak widać gołym okiem, będący pod wpływem panowie i panie poruszali się na pamięć, nie zwracając uwagi na otaczające ich zmiany, co chwila słychać było: - co to kurwa jest? I wypowiadane z niepewnością w głosie: - a, tutaj tak nie było? - Ty Karol, to twoja robota? Piłeś wczoraj bez nas? - Toś się napracował – żartowali – przeorałeś teren swoją starą? Gdy któryś się potknął i przewrócił zaraz został z troską podniesiony przez kolegów, przy wtórze mocnych przekleństw skierowanych w niezidentyfikowanego sprawcę zamieszania. Sielanka. Na początku tygodnia, gdy pobojowisko straszyło i nadal nic zapowiadającego zmiany na lepsze się nie działo, któremuś z mieszkańców skończyła się cierpliwość i wezwał policję. Czterdziestominutowy monolog do policjantów zaowocował przybyciem o godzinie dziewiętnastej, gromady jedenastu robotników. Jeden nieudacznie porządkował teren, a reszta stała nad nim i go dopingowała. W godzinę zrobili swoje, czyli ogrodzili bałagan biało czerwoną taśmą i zniknęli tak szybko, jak się pojawili. Dwadzieścia minut później widziałam na własne oczy. Idzie pijaczek staje zadziwiony, po czym bierze rozpęd i z wysoko podniesionymi rękami i radosnym okrzykiem zwycięstwa, przerywa taśmę. Miał w sobie żyłkę sportowca i trafiło mu się pierwsze zwycięstwo w nieistniejącym biegu. Rozdał ukłony odebrał wyimaginowane gratulacje, rozesłał kilka pocałunków i z dumnie uniesioną głową, nie do końca wierząc w swój sukces, pomaszerował do swojego mieszkania. Znowu nastał tydzień ciszy aż w końcu roboty ruszyły. Robotnicy zaczęli przenosić wielką górę, malutką taczką i usypywać wał na trawniku. Nic z tego nie rozumiałam. Widziałam jak robi się chodniki i to co oni tu wyczyniali nie miało wiele wspólnego z przygotowaniami do układania kostki brukowej. Niepokój zagościł w moim sercu. Podsłuchana rozmowa oświeciła mnie, będą budować nowy podjazd dla niepełnosprawnych i wózków. Przemknęło mi przez głowę, że wszyscy, którzy posługiwali się wózkami inwalidzkimi zeszli już z tego świata, więc szkoda, że nie doczekali takiego luksusu. A wał rósł w oczach i jego wysokość zaczęła mnie niepokoić. Gdy zakończyli usypywanie i ubijanie, rozpoczęli obmurowywanie go. I tu znowu zdziwienie, bo mur rósł i rósł aż mnie przerósł. Natchnęło mnie, że oto budują mi mur chiński pod blokiem. Po miesiącu hałasów zakończyli pracę. W swej naiwności myślałam, że na tym koniec aż tu pojawia się kartka na drzwiach wejściowych do klatki, że od dwudziestego zlikwidowane będą zsypy. No, tak! Ciągle się zapychały, to teraz postawią kontenery za blokiem i będzie spokój. Ale, gdzie tam zsypy zamurowali, zostawili jeden czynny na parterze, a kontenera jak nie było tak nie ma. Nadszedł pierwszy weekend, schodzę z psem na wieczorny spacer, grzecznie niosę worek ze śmieciami, podążam na parter, a tu wita mnie śmierdząca góra śmieci i mebli, skutecznie strzegąca dostępu do jedynej w bloku szuflady zsypowej. Niech, to szlag! Będę się teraz błąkać po osiedlu w poszukiwaniu kontenera, przecież nie jestem świnią i nie zostawię swojego wora śmieci na tej kupie i tak smród na klatce był już wyjątkowo dokuczliwy. Poskarżyłam się znajomym, ci przestraszyli się, że ich też tak załatwi pomysłowy administrator i natychmiast zaczęli układać pismo ze stanowczym sprzeciwem. Farciarze! A ze mnie zaczęli się nabijać, że teraz my musimy w ramach eksperymentu zjadać swoje śmieci, bo oni sobie nie życzą abyśmy, im podrzucali cuchnące odpadki do ich zsypów. Egoiści! Myślicie, że

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%