Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 29 min czytania

"Bobas Barnima" cz.1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział 1: Narodziny

Siedzę w kawiarni popijając kawę tuż przy oknie. Spoglądam na zaśnieżoną ulicę zastanawiając się nad własnym życiem. Musiałem coś z nim zrobić, zmienić, nadać mu cel, własny rytm przepełniony szczęściem. Problem w tym, że nie wiem jak to zrobić. Kombinuję, wymyślam, zestawiam ze sobą różne opcje i nic, stoję w miejscu. To tak jakbym tonął machając rękoma we wszystkie strony z nadzieją, że w ostatniej chwili nauczę się nagle pływać. - Podać coś jeszcze? – odezwał się miły, ciepły głos za moimi plecami. - Tak, kolejną kawę poproszę. Po tej krótkiej acz sympatycznej wymianie słów olśniło mnie. Miałem wybór, czas na zastanowienie, mogłem wybrać każdy specjał jaki tylko posiadają w jadłospisie, ale właśnie, w granicach ich z góry ustalonej listy dań. Może w takim samym stopniu nie miałem wpływu na swoje narodziny? Ktoś nie złożył po prostu zamówienia na coś spoza jadłospisu. Ale spójrzmy też prawdzie w oczy, czy gdybym trzymał pełną kontrolę nad własnym losem, to czy bym zaplanował każdy jego etap w sposób odpowiadający tylko mnie, czy również społeczeństwu? Lubię czasami porozmyślać o swoim życiu analizując je oraz powracając do przeszłości i szukając w niej odpowiedzi. Ale tak naprawdę owe dywagację na temat mojego życia wzięły się z oczekiwania na kogoś… także pozwólcie, że sposobem na wypełnienie czasu będzie opowieść o moich niezwykłych i dziwacznych narodzinach.

***

Wyrwali mnie z łona matki jakbym był jakimś przedmiotem. Tak, to ja, płaczący, różowy, paskudny bobas. Ryczałem tak głośno, że chyba słyszano mnie na drugim krańcu świata. Aa, poczułem nagle przeszywający ból na pośladku. Zacząłem płakać. Jakiś stary pryk dał mi klapsa, a raczej uderzył, bo to, co dla niego wydawało się zwykłym klapsem dla mnie było skarceniem. Dlaczego to zrobił? Pomyślałem wtedy: czy nie można już spokojnie wyjść z brzucha matki? Koniecznie tuż po narodzeniu trzeba pokazać ból i cierpienie? Poczekaj no niech tylko dorosnę! - rzekłem do starego pryka trzymającego mnie za kostkę u nogi. Zignorował mnie, więc płakałem dalej. Płaczącego ułożono mnie na miniaturowym łóżeczku z białą pościelą. Podeszła do mnie jakaś kobieta. Poruszając wargami o głębokiej czerwieni uśmiechała się szeroko. Nie miałem pewności, czy jest moją matką. Uśmiech, to zdecydowanie za mało. Po chwili podszedł do mnie jakiś mężczyzna z intensywnym zarostem na brodzie. Ukłonił się nade mną i popatrzył głęboko w oczy. Pocałował mnie. Mimo jego dobrych intencji zacząłem płakać jeszcze mocniej, ponieważ z jego jamy ustnej wydobywał się dziwny zapach - będąc już w brzuchu matki i rozkoszując się jego wygodą, przeczuwałem, że coś pójdzie nie tak. Po kilku miesiącach obserwacji (podobno wynikły jakieś komplikacje) wypuścili mnie z miejsca, które nazywali „szpitalem”. Nie miałem właściwie pojęcia czym jest owy „szpital”, ale czułem, że leżąc pośród takich samych płaczących dzieci nie pasowałem tam. Zaraz po opuszczeniu szpitala znalazłem się w kolorowym pokoju uszykowanym specjalnie dla mnie. Popatrzyłem na znajdujące się na ścianie obrazki. Jeden przedstawiał człowieka o okrągłym czerwonym nosie i bujnych, kręconych, zielonych włosach. Wyglądał idiotycznie. Na innym znajdował się mięśniak w zbroi z jakimś żelastwem w rękach. Ten mi się spodobał. Usłyszałem nagle skrzyp drzwi. Do pokoju weszli ci sami ludzie, których co nie raz widywałem w szpitalu. - Spójrz, Tomek, jaki ładny chłopczyk nam się urodził. Słowa, które wydobyły się z ust kobiety, sprawiły, że poczułem spokój i ukojenie. Im dłużej na nią zerkałem, tym bardziej jej twarz promieniała. Skoro moje spojrzenie daje jej tyle radości, to postanowiłem nie odrywać od niej wzroku. To była transakcja wiązana. Ona dawała mi poczucie bezpieczeństwa, a ja jej radość. - Taaa…- wydobył się gruby, nieprzyjemny głos z ust stojącego obok faceta. Przekręciłem głowę w jego stronę. Spojrzawszy na jego wciąż nieogolony zarost przeszył mnie lęk. Postanowiłem ponownie spojrzeć na kobietę. Od razu lepiej. Powróciło poczucie bezpieczeństwa. Nagle kobieta wzięła mnie na ręce i poprawiła na nich. Zatrzepotało mną jakbym wpadł w jakieś turbulencje. Puść mnie kobieto do jasnej cholery! - warknąłem. Ale ta nie słuchała, lub udawała, że nie słyszy, a przecież mówiłem do niej, patrzyłem na nią. Cóż, ubezwłasnowolniony musiałem poddać się torturom. Opuściłem pokój na rękach matki. Wzrokiem odprowadziłem obrazki na ścianach. Przeszliśmy wąski korytarz i znaleźliśmy się w dużym pomieszczeniu. Na czarnych kanapach siedzieli ludzie. Wyglądali dziwnie. Porównałem ich z noszącą mnie kobietą i z mężczyzną z zarostem. W przeciwieństwie do tych dziwnych ludzi nie mieli na głowach szarych włosów, obwisłej skóry na twarzy, i gdzie niegdzie brązowych plamek. Jeden z dziwnych ludzi wstał i z wyciągniętymi paluchami z plamkami zmierzał w moją stronę. O matko! Zabierzcie to coś ode mnie! Słyszycie? Zabierzcie te paskudztwo! – nakazywałem wtedy. Ale nikt nie słuchał moich nawoływań. Użyłem więc mojego jedynego mechanizmu obronnego. Płaczu. Dziwny człowiek sunący w moją stronę zdębiał. Przystanął w miejscu. Reszta towarzystwa roześmiała się. Uff. Mało brakowało, a skończyłbym w dłoniach tego czegoś. Strach pomyśleć, jak mogło zakończyć się chwilowe uszczęśliwienie paskudztwa strojącego teraz niewyraźnie miny. Jeszcze upuściło by mnie na głowę! Bleee… Nieoczekiwanie puściłem pawia na bark trzymającej mnie kobiety. - Ooooo, urocze - rzekło te paskudztwo, które chciało wziąć mnie na pokryte plamkami ręce. Zastanawiałem się wówczas, czy to w ogóle kobieta (oczywiście była to moja babcia) i dlaczego miała podobny meszek do zarostu tego mężczyzny? Rozejrzałem się dookoła i stwierdziłem, że tylko ci ludzie z plamkami na skórze, siedzący na kanapach, wyglądają jakoś inaczej. Różnią się. Jakby nie pasowali do naszego grona. Ale to było nieważne, bo zastanawiałem się w tamtej chwili, jak do jasnej ciasnej rzygowiny mogą być urocze? Zdecydowanie za dużo myśli przewijało się przez moją głowę. - No, daj skarbie, wytrzemy – rzekła kobieta z obrzyganym barkiem, wycierając go, oraz moje małe, różowiutkie usteczka, a zarazem poklepując mnie po pleckach. Pfu! Nie wpychaj mi kobieto rzygowin do buzi! Pfu! – pamiętam to do dziś. Eh, już wtedy czułem, że będę miał ciężkie życie. Nie słuchali mnie, poddawali torturom, a przy tym cieszyli się, jak… dzieci. Po chwili kołysania i klepania mnie po pleckach usiedliśmy na czarnej kanapie. Przeskakiwałem niezgrabnie oczami po pomieszczeniu to tu, to tam. Starałem wygramolić się z objęć kobiety, ale ta mi nie pozwalała, ciągle poprawiając mnie w dłoniach. Wzrokiem przeskoczyłem na gadające towarzystwo, spoglądające na mnie od czasu do czasu. Czułem, że jestem w centrum uwagi. Rozmawiali na mój temat; jaki jestem śliczny, różowy – no tutaj, to się nie popisali. Jeszcze raz obłapiłem moim postrzeganiem przestrzenne pomieszczenie. Jedno oko przysłoniła mi powieka, zaś drugim patrzyłem na mężczyznę z zarostem. Siedział wygodnie naprzeciwko mnie i popijał jakiś złocisty napój z kryształowej szklanki. Dziwnie na mnie patrzył. Może, to taka zabawa? – pomyślałem. Pomachałem łapkami we wszystkie strony na znak, że jestem skory do psoty. Ale on popijając swój napój ciągle dziko spoglądał w moją stronę. Tylko momentami spuszczał ze mnie wzrok by wtrącić się w rozmowę dorosłych. Czy tylko ja widziałem jego dziwne zachowanie? Ej! Słyszycie? On jest jakiś dziwny, dziwniejszy niż wy! – uświadamiałem towarzystwo, które oczywiście nie reagowało. Znów poczułem lęk, niepokój. Symfonia strachu zaczęła grać mi w głowie. Rozpłakałem się. - Ciii - uspokajała mnie kobieta z obrzyganym barkiem. No już mi lepiej. Dziękuje, mamo. Mamo? Niech mnie kule biją! Ona jest moją mamą! To właśnie wtedy zorientowałem się, że to moja matka. Wtuliłem się w nią jeszcze mocniej. Najwyraźniej poczuła to, bo przycisnęła mnie do siebie. Było miło. Czułem radość a zarazem ulotność chwili. Chciałem by ta przyjemność trwała wiecznie. Nagle znalazłem się w pokoju z obrazkami. Matka włożyła mnie ostrożnie do łóżeczka, zrobiła usta w dziobek i posłała całusa. Wyszła patrząc na mnie uroczyście. Byłem kimś. Następnego ranka zbudził mnie hałas. Usłyszałem huk tłuczonych talerzy. Pamiętam, że jak byłem jeszcze w brzuchu mamy, to usłyszałem taką ciężką muzykę, która dla orzeźwienia umysłu była tym, czym owy hałas. Zadowoliło mnie to, że chociaż coś się działo w dużym pomieszczeniu, które zwiedziłem poprzedniego dnia. A może to z innego miejsca dobiegał ten hałas? Ciężko dziś stwierdzić. W każdym razie nuda zniknęła, gdyż po pewnym czasie hałas zamienił się w jazgot. Nagle nastała cisza, jakby ktoś pociągnął za cyngiel i w jednej chwili wszystko wyłączył. Do pokoju wbiegła zdyszana matka. - No chodź skarbie – rzekła biorąc mnie na ręce. Jak mam iść? Przecież jeszcze nie chodzę – odparłem bez pardonu. Po chwili do pokoju wszedł mężczyzna trzymając w ręku kryształową szklankę wypełnioną złocistym napojem. Była to oczywiście Whisky. - Posłuchaj, Ewa, przepraszam. Matka nie reagowała na jego słowa. - Ewa… - Wyprowadzam się – odparła matka nie dając dojść mężczyźnie z zarostem do głosu. - Popełniasz błąd, Ewa. - Błąd popełniłam dziesięć lat temu, wychodząc za ciebie – powiedziała nerwowo. - Błąd, suko, to ty popełnisz, jak odejdziesz!! „Suko”? Dziś doskonale wiem, co znaczy te słowo. - Nie mów tak do mnie! – wtrąciła matka. - Dobbrze. Przepraaszam. Poniosło mnie. Już jestem spokojny. Posłuchaj, Ewa, to się więcej nie powtórzy, obiecuję. - Tyle razy to powtarzałeś… Matka odtrąciła barkiem mężczyznę z zarostem i wyszła z pokoju. Po kilku minutach wróciła z walizką i zaczęła wpychać do niej moje ciuszki. - Nigdzie się nie wybierasz!!! – oznajmił twardym tonem. - Tak? Bo, co mi zrobisz!? Zabijesz? Już raz próbowałeś, może tym razem ci się uda. No dalej, na co czekasz!? Przestało to mi się podobać. Poczułem się jak w brzuchu matki, gdy uczęszczała na basen. Miotało mną wtedy, rzucało, przewracało. Nie znosiłem tego, ale po wszystkim, czułem się taki rześki. - Byłem wówczas bardzo pijany, nie wywlekaj tego na wierzch. - Ho, ho… Patrzcie go! Bo to jest tak nieistotny fakt, że nie warto nawet do niego wracać! Dobry jesteś. Matka wzięła mnie w jedną rękę i przycisnęła do barka. W drugiej ręce trzymała walizkę. - Nie pozwolę ci na to! – oświadczył mężczyzna z zarostem. – Słyszysz?! – Z tymi słowy stanął nam na drodze do wyjścia z pokoju. Wyglądał jakoś inaczej niż poprzedniego dnia. Końcówki włosów sięgających do ramion miał mokre. Czoło świecące. Nos lekko czerwony. Wyglądał prawie tak samo jak ten idiotyczny człowiek z zielonymi włosami narysowany na obrazku wiszącym na ścianie! No i miał też te żelastwo w dłoniach, jak ten mięśniak! Matka na jego widok strasznie się wystraszyła, cofając się do tyłu. Au, mamo, nie ściskaj mnie tak! – wykrzyczałem wiercąc się. - Zabijesz nas? – spytała. - Może – odpowiedział mamie mężczyzna z zarostem. - Oszalałeś! Wyczułem na ciele matki wibrację. Cała się trzęsła. Podniosłem główkę z jej ramienia i spojrzałem na nią. Matka nerwowo ucałowała mnie w policzek. - Proszę, Tomek, daj nam przejść – powiedziała wywarzonym tonem. - Dlaczego chcesz mnie opuścić?! Nie jestem wystarczająco dla ciebie dobry? - zapytał kwaśno. - Wyszłam za potwora! A od kiedy zbankrutowaliśmy zupełnie sfiksowałeś! Ludzie mieli racje. Powinnam była ich posłuchać i nie wychodzić za ciebie! – straciła panowanie nad sobą. - Ludzie? Jacy ludzie? Twoja matka? Ojciec? Tych ludzi masz na myśli? Oni nigdy mnie nie akceptowali – burknął z rozgoryczeniem. – A do tego ten bachor… Co bachor!? Masz coś do mnie?! – wkurzył mnie tym „bachorem”. - A tak się cieszyłeś na wieść o jego poczęciu – wtrąciła. – Jesteś zerem… Kompletnie pijanym zerem! – dodała po dłuższej chwili milczenia. Oboje zapatrzyli się w siebie jakby czekali kto zrobi pierwszy ruch. Co prawda byłem mały, ale wiedziałem, że kroi się coś niedobrego. Czułem to w swoich drobnych kościach. Nagle matka zamachnęła się i cisnęła torbę w twarz mężczyzny, gdy ten przytknął do ust szklankę wypełnioną Whisky. Zdezorientowany mężczyzna przewrócił się, a szklanka rozbiła o podłogę. Brawo mamo! Podświadomie kibicowałem swojej rodzicielce, choć tak naprawdę nie do końca zdawałem sobie sprawę z sytuacji w jakiej się znaleźliśmy. Po prostu czułem, że tak trzeba. Matka przeskoczyła nad leżącym mężczyzną i pognała w stronę wyjścia. Ale mną trzęsło. Niemal wypadłem jej z rąk. - Ty głupia suko! – krzyczał poturbowany facet. Zamknąłem oczka i słyszałem, jak wybiegł za nami z pokoju. Otworzyłem oczy. Myślałem, że dorwie nas na schodach, ale matka w porę obejrzała się za siebie i zwinnie uniknęła wysuniętej w moim kierunku barczystej dłoni. Szybciej mamo! Szybciej! – poganiałem mamę. Zbiegliśmy w końcu ze schodów. Teraz było zdecydowanie łatwiej. Już tak nie podskakiwałem na tych pieprzonych stopniach. Nagle ujrzałem, jak goniący nas facet potyka się będąc jeszcze na schodach. Matka zatrzymała się i odwróciła. Ej! Mamo! Odwróć się z powrotem, bo nic nie widzę! - Ciii, skarbie, będzie dobrze – uspokajała mnie. Pomogło. Matka po krótkiej chwili postoju przekręciła się na pięcie i zaczęła szarpać za coś, czego nie mogłem zobaczyć. Słyszałem jedynie metaliczny podźwięk. Jednocześnie wbijałem oczy w leżącego mężczyznę. Próbował niezgrabnie powstać z ziemi. Robił to pomału, leniwie, bez werwy. Jednak nadaremnie. - Ewa, chyba złamałem nogę! – krzyknął donośnie. Matka nie zareagowała na jego słowa. Pobiegliśmy do tego dużego i przytulnego pomieszczenia, w którym zebrałem niemiłe wspomnienia. - Ewa! – wciąż wzywał mężczyzna z zarostem. Jakby był przekonany, że uwaga należy się tylko mu. Zaczął płakać. Heh, i kto tu jest bachorem?! – pomyślałem. Zatrzymaliśmy się. Znów czułem jak matka szarpie za coś - tym razem rozległ się zgrzyt, a po chwili poczułem powiew niewidzialnej przyjemności. Znajdowałem się w świecie, o którym tak wiele nasłuchałem się w brzuchu mamy. Pierwsze odczucie miałem takie, że strasznie zimny ten świat, ale zarazem kolorowy. Podbiegliśmy do dużego czerwonego pudła - zabawnie wyglądało. Matka wpakowała mnie do środka, usadziła na tylnym siedzeniu, i przepięła szelkami.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%