Fantastyka · 30 min czytania
Bogowie grają w kości - Prolog
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{i}„A bogowie grają w kości i nie pytają wcale czy chcesz przyłączyć się do gry (...) Bogowie kpią sobie z twojego poukładanego życia (...) nie przejmują się zbytnio ani naszymi planami na przyszłość ani oczekiwaniami. Gdzieś we wszechświecie rzucają kości i przypadkiem wypada twoja kolej. I odtąd zwyciężyć lub przegrać - to tylko kwestia szczęścia”{/i} Borys Pasternak
PROLOG
{i}Jenowo.{/i} Poruszyła powiekami. {i}Jenowo{/i}. Głos ponownie zawibrował gdzieś pod czaszką. Przekręciła się niespokojnie. {i}Jenowo{/i}, był coraz bardziej natarczywy. {i}Wstawaj. Natychmiast. Muszę z tobą porozmawiać.{/i} Nie mogła już dłużej ignorować wołania. Skrzywiła się mimowolnie, oblizała wargi. Wprost zmusiła się, by odpowiedzieć. {i}Panie, wzywałeś mnie? {/i} {i}Na to wygląda,{/i} głos zabarwił się drwiną. {i}Wstań i otwórz oczy.{/i} Posłuchała. Gdy uniosła powieki, spostrzegła, że znajduje się na nagim, smaganym wiatrem klifie. Uderzył w nią znajomy zapach. Jabłka, stwierdziła. Mdławy zapach owoców przemieszany z wonią siarki. Rozejrzała się. Ołowiane chmury szczelnie przysłoniły niebo. Postąpiła krok naprzód i uniosła głową. Morze było w ruchu. Zdawało jej się, że woda drga, burzy się, gotuje. Granatowe fale wściekle biły o klif jakby chciały się na niego wdrapać. Jenowa wydęła lekko wargi i spojrzała w bok. Już tam stał. {i}Dlaczego tak na mnie patrzysz?{/i} Uniósł lekko brwi. {i}Klif i sztorm. Naprawdę, mogłeś…{/i} {i}Dobrze, nie kończ. Podejdź. {/i} Mężczyzna nie był ani młody ani stary. Nie był ani piękny, ani brzydki. Czaiło się w nim coś odpychającego i coś, co nie pozwalało oderwać od niego wzroku. Był smukły, o ostrych rysach twarzy i przejmująco zielonych oczach. Mimo szalejącego wiatru, żaden podmuch nie szarpał jego ubraniem ani ciemnymi włosami. Zapach jabłek i siarki zaczął się nasilać. Podwinęła koszulę nocną i podeszła bliżej, uważając by nie zranić bosych stóp o skały. To sen, to tylko sen. Wykreowany przez niego świat. Co z tego, że wiatr pachniał morzem, a skraj koszuli nasiąkł wodą. W kwestiach tworzenia sennych wizji był perfekcjonistą. Jenowa wzięła głębszy oddech i stanęła obok niego. Nieco niepewnie spojrzała w dół na wzburzone morze. Ten zauważył spojrzenie kobiety, uśmiechnął się z wyraźnym zadowoleniem. {i}Podoba ci się? Jest dostateczne,{/i} odparła ostrożnie. {i}Nie spodziewaj się zachwytu. Nie nabiorę się na twoje sztuczki.{/i} Zmrużył oczy, wzruszył ramionami. Z udaną obojętnością spojrzał na fale. O ile wcześniej był z nich zadowolony, teraz zdawały się go nudzić. {i}Dość rozmowy o pogodzie. O Świetlisty…{/i} Jenowa skłoniła się przesadnie, patrząc na niego kpiąco. {i}Dlaczego mnie wezwałeś?{/i} {i}Na zbyt dużo sobie pozwalasz czasami, jak na osobę zależną ode mnie.{/i} {i}Rozpuściłeś mnie. Dlaczego tu jestem?{/i} Świetlisty milczał przez chwilę, jakby chcąc zebrać myśli. Zupełnie jak człowiek, pomyślała. Znowu chce kogoś naśladować? Jej towarzysz opanował się po chwili. {i}Nie powiem, że mnie przysłano. Wiesz, że nie ma kto tego zrobić. Przyszedłem sam, by powiedzieć ci, że niedługo pewna kobieta zacznie rodzić. Co w tym złego? Dziecko.{/i} Jenowa zmarszczyła brwi. {i}Dziecko,{/i} powtórzył.{i} A raczej to, co ze sobą przyniesie do waszego światka. A przyniesie demona. Będzie go miało w sobie, jak chorobę, jak pasożyta. Demon będzie się w nim rozwijać do czasu, aż stanie się dość silny. Nie pamiętasz tej historii? Przecież to niemożliwe{/i}, odparła. Podejrzliwie wpatrywała się w spokojną twarz Świetlistego. Nie wierzyła w ani jedno słowo, nie pamiętała tej historii, choć pewnie powinna. Nigdy nie dbała o proroctwa i przepowiednie, skoro ich treść stawała się jasna dopiero po fakcie. {i}Niemożliwe, twierdzisz? To jest jeszcze bardziej nieprawdopodobne od tego, że stoisz w nocnej koszuli na klifie, którego nie ma i czujesz jabłka, które nie istnieją? Jenowo, pomyśl. {/i}Nachylił się nieznacznie. {i}Co w wyższych wymiarach jest niemożliwe? {/i} Uśmiechnął się, widząc jej złość. Wiatr z jękiem zaatakował wodę, a Jenowa zacisnęła pięści. {i}Nie drwij ze mnie. Nie mam ochoty. Poczułem się zobowiązany poinformować ciebie, prorokinię, przywódcę duchowego tego całego waszego ludzkiego światka o tym przykrym fakcie. Te narodziny są nieuchronne, tego nie zmienisz. Jednak wasze dalsze losy zależą od twoich decyzji.{/i} {i}Nieprawda,{/i} odparła, sama nie wiedząc, dlaczego. {i}Wszystko zależy od bogów. Od ich decyzji, ich rzucania kośćmi. Powtórzę to znowu. Ich to już nie interesuje.{/i} Jenowa uśmiechnęła się słabo. Cała ta scena przypominała sen obłąkanej. Może jest po prostu zmęczona. Potarła mokry policzek, oblizała wargi. Poczuła sól. {i}Nie chcę. Odmawiam. Wybierz kogoś innego. Jakiekolwiek kłopoty przyniesie ze sobą demon, nie chcę, nie mogę mieć z tym nic wspólnego.{/i} Była w tej chwili największą egoistką na świecie, ale nie czuła żadnego wyrzutu sumienia. Świetlisty beznamiętnie obserwował fale, mechanicznie uderzające o klify. Nagle wizja zaczęła wydawać się nienaturalna i zbyt przewidywalna jak na naturę. - Więc masz problem, Jenowo – po raz pierwszy odezwał się na głos. Chropowate dźwięki ledwo przebijały się przez szum wiatru. - To nieuczciwe – powiedziała cicho, spojrzała na horyzont. Krzywa linia morza zdawała się dotykać nieba. Mężczyzna poprawił rękawy koszuli, wzruszył ramionami. -Wiem. Ale to nie ja ustalam reguły tej gry.
***
- Spokojnie, już niedługo koniec! Wytrzymaj, jeszcze trochę! - Nie, nie, nie, nie chcęęęę! Przestań, błagam! - Uspokój się, przyj mocniej. - Boooliii!- leżąca na łóżku dziewczyna zawyła rozpaczliwie.- Ja umrę! Nachylająca się nad nią kobieta odgarnęła kosmyk z przepoconego czoła dziewczyny. Wsunęła w jej usta podłużny kawałek drewna. Dziewczyna wbiła w niego zęby, po policzku spłynęła łza. Druga kobieta, kręcąca się koło ręczników, nerwowo spojrzała w stronę łóżka. - A jeśli nie urodzi? To nie wygląda dobrze. - Jasne, że nie wygląda - warknęła pierwsza. Czepek zsunął się z czoła, odsłaniając szare włosy. Długa twarz o kanciastych rysach wykrzywiła się w grymasie zdenerwowania. Ponownie nachyliła się nad jęczącą dziewczyną i syknęła. - Kara boska. Dzieciak kapłanki i degenerata nie chce przyjść na świat. Leżąca wypluła drewnianą pałeczkę, zaszlochała cicho. Z przerażeniem spojrzała na starszą kobietę. Po jej twarzy przebiegł skurcz bólu, wierzgnęła gwałtownie. - Nienawidzę tego dziecka – wrzasnęła. - Niech ono przestanie! - Cierp, to twoja wina - tamta założyła ręce na piersi, przyglądając się wijącej dziewczynie.- Zasłużyłaś na to. - Takva, przymknij się. Nazwana Takvą zacisnęła usta, chwyciła ręczniki. Rodząca dziewczyna krzyknęła znowu, załkała z bólu. Kurczowo wbiła palce w poduszkę, podniosła głowę i gwałtownie ją opuściła. Jej usta zaczęły drżeć. - Dosyć – szepnęła. Takva spojrzała na nią z pogardą. - Dziecko rodzi dziecko, nie mogło być inaczej – mruknęła i nie siląc się na delikatność, rozchyliła uda dziewczyny. – Podejdź – zwróciła się do drugiej kobiety, a potem spojrzała na rodzącą. – Liczę do trzech. Na trzy, zaczynasz przeć. Twarz dziewczyny zdawała się maleć i blednąć. - Nieee, ja nie… - Na raz… Druga kobieta chwyciła dłoń rodzącej. - Na dwa…i na trzy… Pokój wypełnił bolesny wrzask i przekleństwa rzucane w bogów, w odbierające poród kobiety i dziecko, przeklętą istotę zadającą ból. - Raz… dwa… Takva przymknęła oczy, ale tylko na moment. Zapowiadała się długa noc.
***
- Mówiłeś, że będzie pasożytem. - Jak inaczej nazwać stwora, który żeruje na duszy i ciele drugiej istoty? Janowa naciągnęła rękawy na skostniałe dłonie. Po policzkach kobiety spływały słone krople. - Co dalej? Jak je znajdę? - Znajdziesz prędzej czy później. Za dzień, rok, dekadę… - wzruszył beztrosko ramionami. Prorokini skrzywiła się, spojrzała na niego ponuro. Świetlisty, posłaniec boski i łącznik między światami stał obok niej, kiwając się lekko. Pachnący jabłkami. Westchnęła. Nie martw się, Jenowo. Jeszcze nie teraz. Nic nie jest przesądzone, więc nie widzę sensu… Zresztą. A teraz podaj mi rękę… - Co? {i}Słyszałaś, podaj mi dłoń,{/i} uśmiechnął się chytrze. Chwycił końce jej palców, mocno i pewnie. Zielone oczy błysnęły lekko. {i}Pojawię się jeszcze wiele razy. Nie jesteś sama. Zapamiętaj, przyda ci się to.{/i} Nierealne, ale prawdziwe. Ufać mu? Nie powinna. Zawsze lubił oszukiwać. {i}Czekają cię ciężkie, długie lata, prorokini Jenowo. {/i} Nagle mocno ją szarpnął i pchnął w przód. Krzyknęła, straciła równowagę, ziemia usunęła jej się spod nóg. Zdążyła jeszcze dostrzec, jak Świetlisty uśmiecha się, odsłaniając kły. Poczuła jak ją puszcza, pozwala runąć w dół. Świat zawirował, wszystko się rozmazało. Ogarnął ją nieznośny chłód i ciemność. Sylwetka mężczyzny oddalała się z każdą chwilą, w końcu znikła. Pogrążyła się w otchłani, w ramionach rozwścieczonego żywiołu.
***
Część 22 / 2
Takva wytarła ręce. Na ręczniku pozostały rdzawe smugi. Usiadła, poprawiła czepek. Kątem oka spojrzała na leżące na skraju łóżka zawiniątko. W pokoju panowała dziwna cisza. Tak nagła, że wręcz niepokojąca. Niezdrowa. Takva odłożyła szmatę, wyjrzała przez okno. Księżyce skryły się za szarymi strzępkami obłoków, jakby zawstydzone całym zajściem. Zagryzła wargi, zmarszczyła brwi. Po chwili do pokoju weszła druga kobieta. - Debora, udało się - Takva zmusiła się do uśmiechu.- Już po wszystkim. Nazwana Deborą drgnęła nerwowo. - Udało się? – zapytała oschle. - Taki koniec jest według ciebie udany? Chwyciła miednicę, zabrała się za porządkowanie zakrwawionych szmat. Takva przyglądała się jej w milczeniu. Po chwili leżąca bezwładnie na łóżku dziewczyna jęknęła przeciągle. Dopiero teraz zwróciły na nią uwagę. Oszołomiona bólem, wpatrywała się tępo w sufit. Jej palce wciąż kurczowo zaciskały się krawędzi prześcieradła. Kobiety wstały i nerwowo spojrzały na podopieczną. W końcu Debora usiadła na skraju łóżka. - Kochanie, posłuchaj… Dziewczyna nie odpowiedziała. Jej spojrzenie było idealnie obojętne. - Urodziłaś dziewczynkę. Nadal nic. - Niestety, zmarła. Dziewczyna drgnęła lekko, zamrugała. Debora znieruchomiała, czekając na reakcję. Jakąkolwiek. Płacz, krzyk, jęk. Przekleństwa i wyzywanie. Szał, rozpacz. Była gotowa. Dziewczyna poruszyła ustami, odetchnęła głębiej. - I… i dobrze. Takva uśmiechnęła się z pogardą. - Potępieńcy. Chwyciła brudne ręczniki i wyszła bez słowa. Debora odprowadziła ją pełnym rezygnacji spojrzeniem. Westchnęła, zacisnęła pięści. Przez takie chwile nie nienawidziła tego, kim jest. Nie tak powinna wyglądać opieka nad młodymi kapłankami ani służba bogom. - Jutro złożymy ofiarę – z korytarza dobiegł ją glos Takvy. – W podziękowaniu za koniec tego koszmaru. Co powiesz na zające i zakrwawione prześcieradło? Debora nie odpowiedziała, podeszła do zawiniątka. Spojrzała na nieruchome dziecko. Wyglądało, jakby spało. Przyszło na świat żywe a potem tak nagle umilkło. Tylko dlaczego?
Miała wrażenie, że umarła. Tak, nawet na pewno umarła. Nie czuła bólu, nie oddychała. Przestraszyła się. Gwałtownie otworzyła oczy, przerażonymi źrenicami wpatrując się w jasność. Nie oślepiała jej, lecz przenikała na wskroś, zaglądała do wszystkich zakamarków duszy. Coś się w niej kotłowało. Gorąca materia wypełniała jej wnętrze, zadając ból. Chciała krzyknąć, spróbowała otworzyć usta, ale bez skutku. Poczuła ukłucie, tysiące drobnych szpilek wbijało się w jej… ciało? To ona jeszcze miała ciało? Nagle w oddali zamajaczyła niewyraźna sylwetka. Tutaj! Zabierz mnie stąd! Ból się nasilił, nagle poczuła, że spada z zawrotną szybkością. Leci w dół, jasność gaśnie, przestrzeń nabiera konturów. Dalej w dół, szybciej i szybciej, do małego pokoiku oświetlonego lampą naftową. Do stojącej przy łóżku kobiety i do trzymanego przez nią, owiniętego prześcieradłem dziecka.
-Takva! -Nie wrzeszcz, czy myślisz, że… Nie dokończyła. Takva stanęła na progu, zamilkła w osłupieniu. Stojąca nieopodal Debora wpatrywała się w nią z tym samym przerażeniem. Obie spojrzały na trzymane w objęciach Debory dziecko. Mała istotka płakała rozdzierająco, kurczowo czepiając się bluzki kobiety.
***
- Nie! - Pani Jenowo, co się stało? Jenowa otworzyła oczy. Nad sobą ujrzała wystraszoną twarz służki. - Nic się nie stało - odparła cicho Jenowa, mrużąc oczy od blasku lampy. Otarła pot z czoła, rozejrzała się. Była w swojej sypialni. Ten sam pokój, to samo łóżko. Dotknęła swojej twarzy. Sucha. Przetarła powieki, westchnęła ciężko. Jej wizje stawały się coraz dziwniejsze. Przypomniała sobie lodowatą wodę, sól w ustach. Tonęła i wracała do żywych. Zorientowała się, że służka wciąż stoi obok. - Wszystko w porządku. Przynieś mi coś do picia – mruknęła. Spuściła bose stopy na podłogę, spróbowała wstać. - Ruszże się – warknęła. Gdy drzwi zamknęły się z trzaskiem, Jenowa wyjrzała przez okno. Na nieboskłonie zawieszone były dwa trupioblade księżyce, tkwiące nieruchomo nad szczytami gór. Bez słowa przyjęła od służki szklankę wody. Chaos. Demon. Cudownie, po prostu cudownie. Liczyła, że nie zdąży. Że przeżyje resztę lat w spokoju, kontynuując udawanie wierzącej. Łudziła się, że nie spotkają ją żadne kłopoty związane z wyższymi wymiarami. Już dawno straciła siły i zapał potrzebne na tym stanowisku. Chciała w spokoju wykonać swoje zadanie, bez wychylania się i bez ryzyka. Naiwna. Jeśli Świetlisty ją odwiedził, musiał mieć wyraźny powód. Nie zrobiłby tego dla samej zabawy. To dziecko-potwór nie będą jej obojętne. Upiła łyk wody. Świetlisty ma rację, pomyślała z ponurym rozbawieniem. Czekają cię długie i trudne lata, Jenowo.
***
Debora uśmiechnęła się, podeszła do okna. Znajdujące się w jej ramionach dziecko wpatrywało się w nią parą czarnych ślepek. Dziewczynka. Uznały ją za zmarłą, a jednak żyła. Jakim cudem nagle zamilkła? Przestała oddychać? Była zdrowa, silna i pełna energii. Kobieta pogładziła małą po policzku, usiadła na kamiennym parapecie. W oddali rozległo się bicie dzwonów wzywające na poranne modlitwy. - Zostawiasz toto same choć na chwilę? - nagle usłyszała ostry głos Takvy. - Ona nie potrzebuje matki. Debora, odwrócona do niej plecami, skrzywiła się lekko. - Jest jeszcze mała. Takva niedbale rzuciła na biurko plik dokumentów. - Jak sobie chcesz… Właśnie dostałam wiadomość, że matka dziecka dotarła do mniszek. Nie wyjdzie z celi do końca życia. Jeden problem mniej. Debora bezwiednie skinęła głową, nie słuchając Takvy zupełnie. Nie chciała dociekać, co stanie się z rodzicami małej, rozpamiętywać tego, co przeszły i analizować, co muszą przejść. Wpatrywała się z ciemne oczy niemowlęcia i czuła się dobrze. - Musimy wprowadzić pewne zmiany – ciągnęła Takva. – Zaostrzymy rygor, żadnych mężczyzn na terenie zakonu… - Jak ją nazwiemy? Takva zamarła z na wpół otwartymi ustami, zamrugała nerwowo. - Nazwiemy? - Naszą małą – Debora delikatnie uniosła niemowlę. – Nie może być bezimienną. Jest teraz nasza, nie…