Fantasy · 18 min czytania
Ból i potępienie niszczą moją psychikę (tom pierws
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
ROZDZIAŁ PIERWSZY Siedziała w kącie komnaty, rozmyślając. Tak bardzo chciała znów być pełnej krwi demonem. W wyniku głupiego kawału wrogiego klanu wampirów, stała się pół demonem pół wampirem. Od wielu lat szukała sposobu na odwrócenie procesu tej zgubnej w skutkach przemiany. Demony i wampiry od zawsze toczyły ze sobą wojny. Teraz ona jest wyklętym z obu rodów stworzeniem, bez przyjaciół, bez wsparcia. Musi wieść wieczny, samotny żywot. Już nigdy nie zaznawszy rozkoszy czy szczęścia. Już na zawsze pozostanie w tej karczmianej komnacie, otulając się swymi czarnymi skrzydłami, aby zaznać fałszywe uczucie ciepła i bliskości. Rozmawiając tylko ze swoim sumieniem i gwiazdami. Już nigdy nie usłyszawszy jak jej ukochany woła ją czule..."Amisho...Amisho..." Bardzo jej tego brakowało. Odtrącenie nie jest rzeczą przyjemną. Świadomość, że już do końca swojej egzystencji będziesz sama... Skazana na samotność...ból...krew...krzyk ofiar...pytanie...smutek...śmierć... Kilka zagubionych pasm długich, kręconych, brązowych włosów, osunęło się delikatnie na jej porcelanowo białą twarz. Spojrzała w okno. Była zima. Płatki śniegu tańczyły na wietrze opadając na drzewa, pola, domy. Kochała śnieg. Był taki wolny, niewinny. Dziewiczo biały. Ta niewinność urzekała demonicę. Tak dawno ją utraciła. Samotność...ból...krew...krzyk...pytanie...niewinność...potępienie...smutek...śmierć.... O tak..ból...tym jednym słowem możnaby opisać całą jej egzystencję...lecz nie ból fizyczny, o nie...istoty takie jak demony czy wampiry nie odczuwają jako takiego bólu fizycznego...ten ból, który odczuwała Amisha był czysto psychiczny. Samotność zżerała ją od środka wywołując tylko jedno uczucie...niewyobrażalny ból... Tęsknota...to słowo też było jej doskonale znane...tęsknota za ciepłem...nie ciepłem jako pojęcie termiczne...ciepłem bliskości...według jej obliczeń skrupulatnie zapisywanych w książeczce oprawionej w czarną, smoczą skórę, ongiś służącej za pamiętnik, wynikło, że ostatni raz rozmawiała z kimś ze swego Wielkiego Rodu Panehoa ponad dwa wieki temu. - Czas na polowanie... - wyszeptała cicho. Jej głos był piękny. Tyleż słodki co fałszywy. Podniosła się z kocią gracją. Schowała skrzydła. Przez tę jedną chwilę będzie wampirem. Spragnioną krwi istotą, bez uczuć, bez wyrzutów. Już dawno zdała sobie sprawe, że trzeba pozbyć się uczuć. One czynią drapieżnika, ofiarą. Tylko przeszkadzają. Wyrzuty nigdy ją nie nękały. Jakiegoś młodzika-wampira mogły, gdyż były one kiedyś ludźmi. Zanim ktoś zawitał do ich domostw i napoił swą potępioną krwią. Jednakże nie ją. Natura upadłego anioła nie dopuszczała czegoś takiego jak wyrzuty. Zeszła po schodach pełna majestatu i piękna, z wysoko podniesioną głową. Wzbudziła niemały podziw wśród męskiej części gości karczmy "Pod zgniłym nietoperzem". Usiadła przy jedynym wolnym stoliku w pobliżu drzwi. Gdy drzwi karczmy otwierały się, śnieg i wiatr igrały w jej włosach. Rozejrzała się swoimi granatowymi, prawie czarnymi oczami. Wybrała cel.
*** Wysoki mężczyzna siedział przy dużej ławie z kilkoma innymi przedstawicielami swojej płci, a także z kilkoma panienkami, uprawiającymi najstarszy zawód na tym podłym świecie - prostytutkami. Andreas - bo tak miał na imię owy mężczyzna - co jakiś czas patrzył w stronę Amishy. ROZDZIAŁ DRUGI Demonica nie zwracała na niego uwagi. Rysowała w swoim dawnym pamiętniku. Udawała zaginioną kobietę - samotniczkę. W końcu mężczyzna podszedł do niej. - Mogę się przysiąść, madame? - spytał głębokim basem. Spojrzała na niego udając zdziwienie. W głębi siebie uśmiechnęła się, że rybka połknęła haczyk. - Oczywiście. - powiedziała uśmiechając się lekko i przyjaźnie. Ale tylko z pozoru... w rzeczywistości uśmiech ten był jednym z najbardziej jadowitych w jej arsenale. Mężczyzna usiadł na jednym z krzeseł. Amisha pogrążyła się w rozmowie. Coś w nim było znajomego. Nie wygląd, lecz sposób gestykulacji, ruchy. Przypomniał jej demona, którego obdarzyła bezgranicznym uczuciem. A on ją odrzucił, gdy dowiedział kim się stała. Cofnęła się myślami do czasów gdy była jeszcze zwykłą istotą, przedstawicielką Wielkiego Rodu Panehoa... *** Zatrzasnęła przenośny lekki kuferek, po czym spojrzała na swojego ukochanego. - Slaneesh... kochanie... proszę nie martw się o mnie - powiedziała delikatnie, aczkolwiek stanowczo. Opierający się o ścianę ich wspólnej komnaty ciemnowłosy demon patrzył jej w oczy. - Amisho pozwól mi jechać z tobą. Wiesz, że ostatnio wampirzy klan Brujah krąży w okolicy naszego miasta. Jeszcze zrobią ci krzywdę. Nie wybaczyłbym sobie tego. Kobieta zaśmiała się cicho. Slaneesh podszedł do niej od tyłu, po czym objął ją w pasie, całując przy tym w szyje. - Nie bierz mnie za małą dziewczynkę - wysyczała - pamiętaj, iż jestem wojowniczką. Potrafię sobie poradzić. Zgrabnie wywinęła się z jego objęć. Chwyciła dwa sztylety leżące na stoliku w kącie. Schowała je do pochew z czarnej skóry uczepionych łydek. Zarzuciła na plecy strzały, w dłoń ujęła delikatny, elfiej roboty łuk. - Nie biorę cię za małą dziewczynkę - zaperzył się - po prostu martwię się o ciebie. - Jadę z wieścią od naszego władcy do miasta oddalonego o zaledwie trzy dni drogi. Nic mi się nie stanie. Wciągnęła na siebie czarny płaszcz. Stanęła wyprostowana, a jej postać oświetlał jedynie blask słońca wdzierający się leniwie poprzez ciężkie, ciemne zasłony. Włożyła ciężkie buty na nogi. Slaneesh położył jej rękę na ramieniu. - Otrzymujesz ode mnie ten dar, abyś wiecznie o mnie pamiętała - założył jej na szyje piękny naszyjnik z błyszczącym intensywną zielenią szmaragdem w kształcie liścia - to kamień z okolic Drzewa Wieczności. Odwróciła się na pięcie. Rzuciła mu się na szyje, całując namiętnie. W głębi duszy nie chciała tego rozstania. Trzy dni pełnej niebezpieczeństw drogi, wypoczynek w mieście Genause, po czym kolejne trzy dni drogi. Tydzień rozłąki... o ile nie więcej. Podda to ich miłość pierwszej próbie. Próbie odległości. Odsunęła się lekko od niego. Spojrzała mu w oczy, położyła na jego ustach swój długi paznokieć. - Do zobaczenia. - wyszeptała - Do zobaczenia - powtórzył. Chwyciła kuferek. Zeszła po schodach do stajni. Podeszła do swojej ukochanej klaczy Foras*, umocowała bagaż przy siodle, po czym wsiadła na nią. Zacmokała głośno. Chwilę później już pędziła poprzez równiny, a jej płaszcz powiewał na wietrze. Slaneesh patrzył na nią z okna zamku. Po jego policzkach popłynął strumień krwistych łez. Załopotał skrzydłami, po czym usiadł na fotelu. - Co ma być to będzie... wierzę w ciebie ukochana... dasz sobie rade... ROZDZIAŁ TRZECI W duszy uśmiechnęła się smutno do swoich wspomnień. Dlaczego to wszystko musiało się tak szybko skończyć? Nie rozumiała tego. Chciała znów być w ramionach ukochanego... - Nicolette? - wyrwał ją z zamyślenia delikatny głos Andreasa. Na początku nie zareagowała. Nie była na tyle głupia, aby podawać mu prawdziwe imię. - Wybacz... zamyśliłam się. Zaczyna mnie boleć głowa od tego gwaru. Może pójdziemy do mojej komnaty? - powiedziała uśmiechając się słodko. - Jak sobie życzysz, madame. Mężczyzna najwyraźniej spodziewał się, że Amisha posłuży mu za kochankę. Podnieśli się z krzeseł, po czym ruszyli po schodach na drugie piętro karczmy, które służyło za hotel. Koledzy Andreasa uśmiechnęli się do niego porozumiewawczo. *** - Powiedz mi... dlaczego taka piękna kobieta błąka się sama? - Tak jakoś wyszło... - powiedziała wymijająco Amisha wtulona w ciepłe ciało mężczyzny. Zaczynał ją irytować. Postanowiła jednak grać do końca, zanim skończy on jako jej kolacja. Zaczęła go całować, najpierw powoli, delikatnie. Jednak z czasem pocałunki stały się bardziej namiętne i gorące. Prowadzili wojnę na języki. Ręka mężczyzny błądziła po jej plecach. Z czasem jednak zawędrowała do krągłych piersi demonicy. Zaczął rozpinać jej bawełnianą, czarną bluzkę. Amisha nie pozostawała bierna. Zdarła z niego koszule wprawnym ruchem ręki. Wojna trwała dalej. Kobieta poczuła jak w jej udo wbija się coś twardego. Uśmiechnęła się w myślach. "Jeszcze tylko chwilka i w końcu dostanę swój zasłużony posiłek" - pomyślała, śmiejąc się w duchu. Nie chciała mu pozwolić na zbyt wiele. Choć z drugiej strony... trochę rozkoszy nie zaszkodzi przed śmiercią. Mężczyzna schodził ustami coraz niżej. Zdecydowała, że nie pozwoli na więcej. Obróciła go zdecydowanych ruchem tak, aby znajdowała się na nim. Dłonią dotknęła jego wyprężonej męskości, aby udać wielce zaangażowaną i chętną. Mężczyzna jęknął głośno. Podczas pocałunku, wbiła mu kły w język. Tą wymyślną drogą zaczęła pozbawiać go krwi. Ogarnęła ją niewyobrażalna rozkosz, jakiej nie mógłby jej dać żaden mężczyzna na świecie. Spijała krew, widząc jego wspomnienia, uczucia. Gdy tracił wzrok, jej potęgował się. Gdy serce mężczyzny zwalniało, jej przyśpieszało. W końcu odsunęło się od niego, zanim wypiła ostatnie krople. Oparła się o przeciwległą ścianę patrząc jak