Religia · 34 min czytania
Bolało jak spadłeś z nieba? cz. 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
VIII Pierwszy raz palę papierosa u siebie w mieszkaniu. Dziwne uczucie. Dziwne uczucie podpisać cyrograf. Umowę z Szatanem. Kto by pomyślał. Co to za Anioł, który brata się z Diabłem? Smutne to trochę. Smutne, że wybory, które nas kształtują, często są podejmowane przez innych. Decyzja zapadła, a ty masz wybór – iść w lewo, albo jeszcze bardziej w lewo. Ale w takim razie jaki sens ma wolna wola, skoro tak naprawdę twój los jest przypieczętowany od początku. Nie możesz podjąć wyboru zgodnie z własnym sumieniem. Powstrzymuje cię przed tym sytuacja, konwenanse, zasady. Zawsze coś. Ktoś jest zawsze nad tobą. Nie ważne czy mama, szef, czy Bóg. To oni kształtują ciebie. Serio. Ile razy chciałeś pójść gdzieś z kolegami, ale wiedziałeś, że musisz być o dziesiątej w domu? Ile? Nie można podjąć wyboru, który byłby w stu procentach twój. Ludzie, którzy to potrafią zazwyczaj są wykluczeni ze społeczeństwa, siedzą w więzieniu albo w psychiatryku. Ile byś dał żeby móc żyć tak jak naprawdę chcesz? I jakbyś dostał taką opcję, co byś z tym zrobił? Pewnie nic. Często ludzie nie potrafią podejmować w pełni samodzielnych i egoistycznych decyzji po tylu latach „niewoli”. Smutne to trochę. Żyć w społeczeństwie wolnych niewolników. W tym momencie chciałbym być takim wolnym niewolnikiem. Moje skrawki wolności zniknęły kilka godzin temu w momencie podpisania wyjątkowo profesjonalnie przygotowanego skrawka papieru i zostałem z obietnicą prawdziwej wolności. Tak, ile to obietnic już słyszałem. „Tak panie Anioł, dostanie pan podwyżkę.”, „Jasne, że to zrobię, przecież to nie problem”, „Na pewno nikt się nie dowie”. Nigdy podwyżki nie dostałem, wszystko musiałem robić sam i zawsze ktoś się dowiedział. Ludzie nie potrafią dotrzymywać słowa. Nie mówię, że ja zawsze dotrzymuje, ale na pewno częściej niż większość. Żadne zasady tak naprawdę nie egzystują już w tym zepsutym świecie. Z drugiej strony, w Niebie nie było lepiej. Nie dziwię się. Ciężko jest żyć w zgodzie z własnymi zasadami, a co dopiero z zasadami społeczeństwa, w którym się obracamy, wtedy kiedy poziom twojego życia spada na łeb, na szyję niczym Anioł skazany na banicję. Co zrobisz w momencie, w którym twoje dzieci nie będą miały co jeść, a ty nie jesteś w stanie zapłacić nawet rachunków, pielgrzymka długów ciągnie się za tobą, a znajomi odwracają się od ciebie dosyć regularnie odkąd nie masz im nic do zaoferowania? Całe życie byłeś dobrym człowiekiem. Wychowanym w domu z zasadami. Miałeś własne zasady. Prawo jest najważniejsze. Nie można go łamać. Przypominasz to sobie w momencie, w którym napadasz przechodnia na ulicy i przykładasz mu do szyi nóż, żądając pieniędzy albo życia. Łamiesz w tym momencie wszystkie zasady. Te w jakich się wychowałeś, te które są ogólnie przyjęte i te według, których żyłeś. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że to tak naprawdę nie był twój wybór. To znaczy był, ale biorąc pod uwagę to jaki miałeś wkład w „przygotowanie” tej sytuacji to tak jakby w napisach końcowych wymieniać drukarkę, która wydrukowała scenariusz. Pracodawca obciął pensję, miasto podniosło opłaty, a towary w sklepach stały się droższe. Masz wybór. Iść w lewo albo jeszcze bardziej w lewo. Popiół spadł mi na spodnie. Trzeba to gdzieś zgasić. Wyrzucam przez okno. Czas spać. Puk, puk… Albo i nie. Podnoszę się z łóżka i idę otworzyć drzwi. Kto to może być. O tej porze? Hiszpańska inkwizycja? No ich bym się tu nie spodziewał. Otwieram. - Słucham panie Józku. – No jego mi tylko brakowało do szczęścia. - Panie Michale. – A „dzień dobry”? – nie życzę sobie, żeby urządzał tu pan jakieś schadzki, czy inne imprezy. Strasznie głośno było dzisiaj przez cały dzień i wszystko to u pana w mieszkaniu! – Jakie imprezy? - Ach, tak. Bardzo pana przepraszam. Mój znajomy miał… yyy imieniny i zalał się w… trupa. Wie pan jak to jest… - Nie! Nie wiem! - No, musieliśmy go… wynieść. Wszyscy byliśmy trochę wstawieni, więc było to trochę głośne przedsięwzięcie. – Uff… - Żeby mi to było ostatni raz! Nie życzę sobie takich ekscesów w mojej kamienicy! Zrozumiano? - Oczywiście panie Józku. Czy to wszystko. - Tak. Dobranoc. - Dobranoc. Zamykam drzwi. Jak mnie ten człowiek wkurwia. Wszystkich cnót rycerz pierdolony. Idę spać. Puk, puk… No bez jaj, czego on jeszcze chce? Idę do drzwi, otwieram. - Czego jeszcze, kurw… Ruda?! - Cześć. – Uśmiecha się i całuje mnie w policzek. – Mogę wejść? - Ja, jasne, wchodź. – Nie wierzę. Lucyfer działa naprawdę szybko.
IX - Napijesz się czegoś? - Nie, dziękuję. Przysłał mnie Szef żebym wytłumaczyła ci jego plan. - Szef? Lucyfer? Do ciebie też dotarł? - Ummm… Tak, dotarł. Nie mamy za dużo czasu. Niedługo ma się zacząć coś co było planowane od dłuższego czasu, a co wszyscy zapamiętają na jeszcze dłużej. - Mówisz o detronizacji Starego, tak? - Oczywiście głuptasku, a o czym innym? – Uśmiecha się zalotnie w moją stronę. - Ekhem, no w sumie… - Pierwszy raz brakuje mi słów. - Słuchaj. Przejdźmy do konkretów. Później pogadamy o pierdołach. - Co tylko każesz, pani. – Uśmiecham się szyderczo. - Nie denerwuj mnie. – Rzuca mi spojrzenie, po którym miękną mi nogi, a w głowie panuje jeszcze większa pustka. – Usiądźmy. – Z chęcią, bo dłużej nie ustoję. Minęło już sporo czasu. Nie sądziłem, że plan jest taki prosty. Podobno geniusz leży w prostocie. - My zajmiemy się tymi oddziałami, rozumiesz? – Pokazuje mi mapę. - Jasne. - To jest pierwsza faza, pamiętasz? - Ta. - Później czekamy na dalsze rozkazy. Jasne? - Tak jest pani generał! – Przystawiam dwa palce do czoła i prostuję się. - Przestań. – Znowu się uśmiecha. – Mów, jak tam po upadku? - Nieciekawie. Wszystko mnie bolało. Ale Bóg chyba miał jakiś plan wobec mnie, bo szybko dostałem mieszkanie i pracę. Później stopniowo wszystko się sypało. Aż w końcu trafiłem na Lucyfera. Zaoferował mi pomoc i nie mogłem odmówić. A u ciebie? - Początek taki sam. Chociaż mi poukładało się lepiej. Ale spotkałam Lucyfera, który zaproponował mi zemstę na Starym. Stwierdziłam, że czas na coś ciekawego. Życie tutaj jest zbyt monotonne. Miło, że się znowu spotykamy. Może… Jakoś byśmy to uczcili? – Rzuca mi znowu to zalotne spojrzenie i kładzie mi dłoń na kolanie. Przełykam ciężko ślinę. Uspokój się! - Co masz na myśli? – Pytam, jakbym nie wiedział. - Zgadnij. - Tobie nie mogę odmówić. Podchodzę do okna żeby zapalić. Drugi raz w moim mieszkaniu. Patrzę na nią, leżącą w mojej pościeli i nie mogę uwierzyć. W końcu coś co osłodziło mi to smutne jak pizda życie na Ziemi. Diabeł jednak nie jest taki zły jak sugerowała to niebiańska propaganda. Dał mi to, co zabrał „Ten dobry”. Głupkiem jednak też nie jest. Oczekuje czegoś w zamian i ja to rozumiem. Znowu na nią patrzę. Spod prześcieradła wyłania się tylko jej noga. Piękna noga. Piękniejszej nigdy nie widziałem. A może to ja jestem głupkiem. Wpierdalam się drugi raz w to samo bagno tylko ubrane inaczej. Lucyfer ma na pewno większy plan niż to co przedstawiła mi Ruda. Nie mówi nam o tym. To też rozumiem, ale czy spotkanie z nią nie jest po raz kolejny omenem złego zakończenia? Nie. Było zbyt dobrze, żeby mogło to się skończyć źle. Jednak mam złe przeczucia. - Wracaj do łóżka. – Mówi do mnie zaspany głos Rudej, przytulającej mnie od tyłu. - Już, tylko skończę. Muszę pomyśleć. – W tym momencie Ruda łapie za papierosa i wyrzuca go przez okno. – Ej! - Chyba mam ci do zaoferowania więcej niż jakiś głupi kiep, co? – Jej dłoń przesuwa się niebezpiecznie blisko mojego krocza. Nie będę dyskutował. - No chyba tak. – Całuję ją i lądujemy znowu w łóżku. Głupiec…
X Budzę się rano… sam. Na miejscu, w którym powinna znajdować się Ruda znajduję karteczkę. „Przepraszam. Nie chciałam Cię budzić. Musiałam iść. Do zobaczenia niedługo Aniołku.” i serduszko. Całkiem ładne, kształtne serduszko. Jak to, które małe dziewczynki trenują godzinami na marginesach zeszytów. Patrzę na zegarek. Siódma dziesięć. Pierdole, nie idę do roboty. Pójdę do sklepu po coś do żarcia i gazetę. To ciekawsze niż praca. Podróż do sklepu i z powrotem zajmuje mi piętnaście minut, mimo iż znajduje się on dosłownie piętro pod moim mieszkaniem. Jakiś typ nie mógł się zdecydować czy wziąć zielone papierosy czy niebieskie. Jeszcze do tego wszystkiego płacił kartą. Ale mimo niedogodności zrobiłem zakupy. Zasiadam przy stole. Wczoraj, dosłownie metr od mojej obecnej pozycji leżało ciało Andrzeja. Dziwnie się czuję z tą świadomością. Biorę łyk kawy i zaglądam w gazetę. Wielki nagłówek informuje o znalezieniu ciała nieznanego mężczyzny w jakimś fabrycznym odpływie. Podobno ciało nie nadawało się do identyfikacji. Mogę się domyślać kto to był. Kolejny łyk kawy. Przyjdź do kościoła, w którym wczoraj się widzieliśmy. Myśl niezidentyfikowana jak ciało Andrzeja pojawia mi się w głowie. Niesamowity sposób komunikacji. Teraz! - Myślę, ale nie zamierzam się spieszyć. Kawa jest zbyt dobra. Wychodzę z domu. Zapalam papierosa. Słońce świeci wprawiając mnie w dobry nastrój. Nie jest ani zimno, ani ciepło. Idealnie. Mijam kilka szarych i długich jak papier toaletowy blokowisk. Widzę dzieci bawiące się w parku. Raczej nastolatków i to nie bawiących się, a wpatrzonych w ekrany telefonów. Nie jestem pewien czy to dobrze czy źle. Niby tracą swoje dzieciństwo. Z drugiej strony kolorują sobie tą szarą rzeczywistość chociaż światłem ekranów. Smutne. Rodzice pewnie harują w jakiejś korporacji za marne grosze. Nie zdają sobie sprawy z tego, że nadchodzi ich niechybny koniec. Pewnie i tak są tak bardzo zapracowani, że nie mają czasu na jakąś tam apokalipsę. A ich dzieci? Zrobią sobie ostatnie zdjęcie i wrzucą do internetu. Z drugiej strony, gdyby zdawali sobie sprawę z nadchodzącego końca świata, co by to zmieniło? Uciekliby? Nie sądzę. Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. Dochodzę do umówionego miejsca. Wyrzucam kiepa i wchodzę do środka chociaż czuję nieodpartą chęć na kolejną dawkę nikotyny. Lucyfer nie lubi czekać. Nie mam na to czasu. - O proszę, kogo moje oczęta widzą. – Lucek rzuca mi pogardliwe spojrzenie, a szydera w jego słowach, aż boli. W pomieszczeniu oprócz Głównodowodzącego i Rudej jest jeszcze trzech smutnych, wysokich panów. Kim są? - Tak, przepraszam za spóźnienie. Miałem ważne sprawy do załatwienia i… trochę dłużej mi zeszło. - Słuchaj, Anioł. Masz mnie za idiotę? Przecież wiem co robiłeś. Jestem pierdolonym Panem Piekła, pamiętasz? – W sumie coś w tym jest. – Siadaj, bo czas nas goni. – Pokazuje mi krzesło oddalone od ołtarza o jakieś dwa metry. Siadam. – To jest Belfegor, Belzebub i Azazel. – Mówi, wskazując na smutnych panów. – Panowie, to jest Anioł. – Pokazuje na mnie. Macham tylko z głupkowatym uśmiechem do trzech panów. Nie zwracają na mnie większej uwagi. – Skoro już się znacie to zacznijmy. - Lucyfer zaczyna tłumaczyć.
XI Otwieram oczy i widzę wielkie budynki nade mną. Co się stało? Czemu te budynki są takie wielkie? Po chwili do mojego mózgu dochodzą informacje z błędnika. Leżę na ziemi. Przysypany gruzem. Nie mogę wydobyć z pamięci tego co stało się od spotkania z Lucyferem do teraz. Musiałem uderzyć się w głowę. Siadam. Nie mam papierosów, ani niczego czym mógłbym się bronić. Widzę Demony i Anioły, które toczą zacięte, podniebne walki. Nie wiem czemu nadal walczą bronią białą, ale wygląda to całkiem efektownie. W oddali widać tylko błyski jak podczas burzy, z tym, że w kolorach niebieskim i czerwonym. Co chwile na ziemię spada albo martwy Anioł, albo Demon. Chyba coś poszło nie tak. Widzę, że formacje Demonów się rozproszyły. Ciekawe czemu? Po chwili wszystko jest jasne. Ludzie zaczęli się bronić. Nie są tak słabi jak sądził Lucyfer. Nie docenił przeciwnika. Ktoś biegnie za rogiem. Lepiej się schowam. Sztuczne skrzydła, które dostałem od Lucyfera zdecydowanie przyciągają wzrok. To oddział pomniejszych Aniołów. Pewnie Bóg wysłał ich żeby szukali niedobitków na ziemi. Dobrze, że mnie nie widzieli, byłoby krucho. Powinienem znaleźć jakieś demoniczne oddziały. Pomogą mi, a przy okazji może dowiem się co działo się przez ostatnie – patrzę na zegarek – pięćdziesiąt sześć minut… Po kilkuminutowej przechadzce urozmaicanej przez oddziały anielskie widzę w oddali, pod chmurami miejsce, z którego dowodzony jest któryś oddział Demonów. Spróbuję tam polecieć. Niesamowite uczucie znowu latać. To tak jakby ktoś stracił nogi, a po jakimś czasie znowu je odzyskał. Wspaniałe uczucie. Z góry jednak widać dokładniej ogrom zniszczeń jakie spowodowały Anioły i Demony w ciągu tej godziny. Większość budynków płonie, a jeśli nie płonie to leży w gruzach. Martwe ciała na ulicach. Anielskie, ludzkie, albo demoniczne. Ci ludzie, którzy jeszcze żyją okradają martwe ciała Aniołów i Demonów. Kilku z nich nawet nieźle radzi sobie z zaświatowymi mieczami. Jestem pod wrażeniem. Sądziłem, że ludzkość zostanie sprzątnięta z powierzchni Ziemi w ciągu kilku minut, a oni się bronią. I to całkiem nieźle. Wchodzę do diabelskiego namiotu. Wszyscy latają w te i z powrotem. Zdecydowanie coś poszło nie tak. Chaos zamiast zapanować na Ziemi, panuje w Piekle. - Do kurwy nędzy! Nie potraficie obronić się przed jakimiś żałosnymi ludźmi. Oddział trzeci atakować ich główne pozycje. Tutaj, tutaj i tutaj. – Kreśli w powietrzu okręgi, które od razu pojawiają się na Ziemi i wypalają wszystko pod sobą. – Oddział dziewiąty, lecicie po rannych, ale tylko tych, których możemy uratować. Resztę dobić. Oddział siedemnasty, osłaniacie dziewiątkę. Harpie, załadować ogniste kule i osłaniać oddział trzeci z góry. – Rozlega się przeraźliwy krzyk. Harpie chyba zrozumiały. Nagle do namiotu wpada ranny, zdyszany, pomniejszy Demon. - Panie, sytuacja na czwartym froncie opanowana. Teraz zajmujemy się rannymi. – Klęka na jedno kolano. - Świetnie. Najbardziej zależało nam na tej pozycji. Przetransportujcie rannych do bezpiecznych punktów i brońcie tego miejsca. Już wysyłam posiłki. - Tak jest! – Dowódca roztacza nad posłańcem jakąś dziwną aurę. Demon od razu przestaje krwawić, a jego podziurawione skrzydła zostają zacerowane magiczną nicią. – Dziękuję Ci Panie. - Leć. Nie ma czasu do stracenia. A ty tu czego? – Wskazuje na mnie rozświetlonym na czerwono palcem zakończonym długim, ostrym paznokciem. - Ty jesteś Azazel, prawda? - Jak śmiesz?! – Para bucha mu z zakręconych uszu, a rogi niemal prostują się ze złości. Muszę uważać. - Przepraszam, nie chciałem cię… pana urazić. Zostałem ranny i nie pamiętam co dokładnie wydarzyło się od początku bitwy. Pomyślałem, że może tutaj mi ktoś pomoże. - Jego żółte oczy świdrują mnie na wylot. Na chwilę pojawia mu się na twarzy uśmiech, pokazujący pożółkłe kły, które ledwo wyłaniają się spod gęstej brody. Uśmiech znika szybciej niż się pojawił. - Spierdalaj. Nie mam na ciebie czasu. Szukaj szczęścia gdzie indziej. – Kolejny gest ręką i znajduję się poza namiotem… Daleko poza nim. Czemu Demony nie chcą mi pomóc? Zrobiłem coś nie tak? Czemu Lucyfer się ze mną nie kontaktuje? Nagle czuję piekielnie mocne uderzenie w brzuch i zaczynam spadać z niewiarygodną prędkością z jakimś niezidentyfikowanym obiektem przyczepionym poniżej mojego mostka. Czuję uderzenie w ziemię i tracę przytomność. Po chwili jednak otwieram oczy. Tym razem zdaję sobie sprawę z tego, że leżę na ziemi. Jednak kiedy staram się podnieść napotykam na niecodzienny problem. W moją pierś wbity jest miecz, długi na jakieś trzy, może trzy i pół metra. To co mnie zrzuciło na dół musiało być wielkie. Staram się rozejrzeć dookoła w czym miecz mi odrobinę przeszkadza. Niedaleko od mojego miejsca spoczynku widzę dwie postacie, które walczą ze sobą. Nie w taki sposób jak pijani faceci przed barem, ale raczej jak bohaterowie azjatyckiego filmu akcji. Uderzenia i kopnięcia przecinają powietrze z taką prędkością, że jeszcze trochę i nie byłoby ich w ogóle widać. Pył w oczach i szybkość z jaką postacie się poruszają utrudnia mi ich identyfikację. W tym momencie mam większy problem, a mianowicie miecz. Co z nim zrobić? Z doświadczenia wiem, że ostrza nie powinno się ruszać. W obecnej sytuacji, wyciągnięcie z mojej klatki piersiowej trzy i pół metrowego miecza samodzielnie graniczy z cudem, powiedzmy więc, że jestem bezpieczny. Nagle czuję jakby krew odpływała z mojej czaszki do nóg. Serce zaczyna wariować i czuję, że zaraz zwymiotuje. W moim organizmie rozgrywa się właśnie wyścig pomiędzy utratą przytomności, a pozbyciem się zawartości żołądka. Czy tak wygląda śmierć? A jeśli tak to czemu umieram? Byłem nieśmiertelny. Co się stało? Czuję się coraz gorzej. Na tyle, że nie potrafię utrzymać głowy oczami w stronę nieba. Odwracam ją na bok i obserwuję dwie, walczące postacie. Po kilku sekundach jedna z nich klęka po to żeby ta druga mogła z niej wyciągnąć miecz, podobny do tego, który tkwi we…