Inne · 8 min czytania
Bomby
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Bała się śmierci. Brutalnej śmierci pod gruzami walącego się budynku. Bała się bólu. Bała się samolotów i spadających bomb. Ale ze śmiercią potrafiła się pogodzić. Gorsza była samotność. Całkowite opuszczenie paliło niczym wbite w serce, rozgrzane do czerwoności ostrze. Gdzie by nie poszła, ulice świeciły pustkami. Tramwaj nr 16 stał opuszczony na rynku. Przez dworzec kolejowy nie przetaczały się tłumy pasażerów i przechodniów. Miasto było opuszczone. Gotowe do bombardowania. A w nim: kilkanaście — może — osób, które nie zdołały opuścić go na czas. Wśród nich ona. Tylko we śnie nie była sama. We śnie leżała obok Maćka, z głową opartą na jego nodze. Jego dłoń powolnymi ruchami przeczesywała jej włosy. Błogiemu spokojowi towarzyszyła świadomość, że w sąsiednim pokoju siedzą rodzice. Mama ogląda kolejny odcinek telenoweli, a tata przerzuca stronnice gazety. Ich szelest zawsze irytował mamę. Maćka zabrali wczoraj. Był młody, zdrowy, zdolny do walki. Nie chciał iść. Bał się. Długo tuliła go w ramionach próbując uspokoić. Nigdy wcześniej nie widziała, jak płakał. Nienawidził wojny całym sercem. A teraz wojna po niego przyszła. Wtedy po raz pierwszy... i ostatni... kochali się ze sobą. Kiedyś chciała czekać do ślubu. Nalegała, a Maciek przystawał na to, by pokazać jej, jak bardzo ją kocha. Ale tego popołudnia chciała być z nim tak blisko, jak tylko było to możliwe. Duszą i ciałem. Pragnęła go, jak nigdy przedtem. Wieczorem przyszli żandarmi. Rodzice byli daleko stąd. W domu, w Częstochowie. Tam też były bombardowania. A ona nie mogła nawet zadzwonić do nich i pożegnać się... Powiedzieć, jak bardzo ich kocha... Chciała przytulić się do mamy. Chciała by ją ukołysała, powiedziała, że wszystko będzie dobrze. Łzy popłynęły po jej policzkach. Niepotrzebnie wyjeżdżała. Mogła zostać, studiować w Częstochowie. Po co w ogóle tu przyjeżdżała? Ukryła twarz w dłoniach i głośno zapłakała. Płakała długo. Dopóki nie zmorzył jej sen. Gdy się obudziła, słońce rudymi promieniami wpadało do pokoju. Usiadła na łóżku i wierzchem dłoni otarła mokre policzki. Wstała. Podeszła do okna i szeroko otworzyła większe skrzydło. Ciepłe promienie osuszały jej twarz. Czy słońce wciąż tu będzie, gdy już wszystko się skończy? Czy wciąż będzie świecić? Dla kogo? Powiodła wzrokiem po oknach budynku po przeciwnej stronie ulicy. Wszystkie były dokładnie zamknięte, a szczelne zasłony uniemożliwiały zajrzenie do środka. Tylko jedno mieszkanie różniło się od innych. Na trzecim piętrze, po prawej stronie. Drzwi balkonowe i okna były otwarte na oścież. Wewnątrz, na wysłużonym fotelu siedział mężczyzna. Czytał książkę i pił coś z błękitnego kubka, który po każdym łyku odstawiał na mały, drewniany stolik. Mężczyzna wyglądał na bardzo spokojnego. Zupełnie, jakby ten dzień nie różnił się od setek tysięcy innych. Doczytał stronę do końca i przewrócił kartkę. Po chwili uśmiechnął się, najwyraźniej rozbawiony treścią lektury. A może ten dzień rzeczywiście nie różnił się od innych? Przecież słońce wstało tak samo, jak od milionów lat i za kilkanaście minut tak samo zajdzie. Księżyc wzejdzie w otoczeniu gwiazd, a potem zniknie za horyzontem, by znów pojawiło się słońce. Tylko miasto było niezwykle opustoszałe i samotność kłuła bardziej niż zwykle. Uśmiechnęła się do mężczyzny, mimo że ten jej nie widział. Jego obecność dodawała jej otuchy. Odwróciła się i spojrzała na półkę z książkami. Żadna z nich nie wydała jej się godna ostatnich chwil na tym świecie. Na moment zatrzymała wzrok na szarym grzbiecie „Weronika postanawia umrzeć” Paulo Coelho. Czytała ją trzy razy. Zawsze napełniała ją nadzieją. Ale teraz? Gdy nie było już żadnej nadziei? Ponownie wyjrzała za okno. Ciekawa była, jaką książkę wybrał jej towarzysz niedoli. Z tego miejsca nie mogła dostrzec. Widziała tylko ciemnozieloną, twardą okładkę. Z oddali doszedł ją basowy szum. Nad horyzontem pojawiło się kilkanaście…