Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 1 godz. 48 min czytania

Boon

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

..... .....Boon .....---- ..... ..... .....No wiec wszystko zaczelo sie od Boona Hogganbecka. .....Co prawda sam Boon w tej historii w ogole nie wystepuje, ale bez Boona nie byloby jego syna Luciusa, a wtedy Flem Snopes moze nie zdecydowalby sie sprowadzac swej rodziny do Sasquatch. Bez istnienia Luciusa nie znalazby nikogo komu moglby powierzyc taka misja, a moze nawet - gdyby wczesniej Lucius mu takiej mozliwosci nie wsaczyl w ucho - w ogole by o tym nie pomyslal. .....A wtedy nie poznalibysmy Lindy Snopes, ani nie dowiedzieli sie dlaczego ciagnela za soba po sniegu linke z wezelkami. ..... ..... ..... .....- A dlaczego ciagnela? - pyta Malpka. .....- Bo tak jej powiedzial Lucius. Dal jej linke, pokazal jak zawiazac na niej suply co mniej wiecej jard lub dwa, po czym drugim koncem obwiazal sie w pasie i ruszyl przodem przecierac szlak. Bo poniewaz albowiem snieg zaczal padac jeszcze zanim sie wygrzebali z tego jeziora, wiec kiedy w koncu mogli ruszyc w droge bylo go juz po kolana. To znaczy, w kazdym razie, po kolana Luciusa. ..... .....Czyli, z punktu widzenia Lindy, sniegu musialo byc jeszcze wiecej, jako ze Lucius, podobnie jak i jego ojciec Boon, byli wysocy i zwalisci, w typie jaki w tamtych stronach mozna latwo wziasc za niedzwiedzia przebranego za czlowieka. Wszyscy Hogganbeckowie byli tacy, caly ich rod, nawet jesli poki co skladal sie tylko z Boona i Luciusa wlasnie. .....Boon pojawil sie w Yoknapatawpha mniej wiecej wtedy, kiedy pobliska odnoga zaczely do miasta docierac kursujace po Rzece parowce. Tak w kazdym razie sam to potem przedstawial i moze nawet zbytnio nie przesadzal, z wyjatkiem tego ze w calym okregu nie bylo wowczas miejsca zaslugujacego na nazwe miasta bardziej niz zbiorowisko chat, zamieszkanych przez takich jak on sam przybyszow, ktorzy ze strzelba na ramieniu przywedrowali tu zza wzgorz, na wozach, wozkach, dwukolkach, taczkach czy wrecz na plecach transportujac reszte swego dobytku, o ile tak sie zlozylo ze juz wczesniej jakis posiadali. Ostatni Chickasaw, w nowiutkich drelichach i ze schludnie podstrzyzonymi wlosami odjezdzal wlasnie w kieruku rezerwatu, a Boon i jemu podobni popluwali w dlonie przed wydarciem, akr po akrze, uprawnej ziemi spod wiekowego wladania puszczy. To tez zreszta jest przesada, bo nikt nigdy nie przylapal Boona Hogganbecka na karczowaniu, orce czy na jakiejkolwiek pracy w ogole. .....Boon zaistnial w rzeczywistosci okregu Yoknapatawpha nagle i od razu w wieku pietnastu czy szesnastu lat, juz w pelni uksztaltowany i doskonale gotowy do wypelnienia roli powierzonej mu przez Manfreda de Spain. De Spain, procz tego ze nieco pozniej mial sie stac wlascicielem pierwszego w okolicy samochodu (choc przepisy miejskie surowo zabranialy wstepu pojazdom mechanicznym na Rynek) dowodzil miejscowym kolem lowieckim, do ktorego nalezal takze stary general Compson - ten sam, co w czasie Wojny na cale dwa dni zostal gubernatorem stanu. Po kapitulacji swego ostatniego odzialu general zamieszkal opodal Jefferson, wiec gdy ojciec Manfreda, de Spain senior, zalozyl swe kolo lowieckie nie moglo byc tak aby tak znakomita osoba nie zostala don zaproszona. Z wiekiem general strzelal jednak coraz gorzej, a ze w miare wyrebu ubywalo i zwierzyny, przez co nagonka musiala sie coraz bardziej rozpraszac, tak wiec i general rozpraszal sie coraz bardziej i coraz dluzej trzeba bylo dac w rog na koniec polowania i potem czekac az wreszcie szturchniety w bok generalski kon sam jakos znajdzie droge powrotna do obozu. Gdy jednak wraz ze wzrokiem general zaczal tracic takze i sluch, przed de Spain'em stanela alternatywa wykluczenia generala Compsona z kola lowieckiego, badz tez w ogole zaprzestania polowan. Kazde z tych rozwiazan z pewnoscia doprowadziloby do kolejnej Wojny a co najmniej secesji, wiec Boon pojawil sie w sama pore, od razu w odpowiednim wieku i odpowiednim miejscu aby zawsze i w najgestszej kniei uslyszec sygnal i moc powiedziec o nim staremu czlowiekowi ze sztucerem i w anachronicznym, szarym mundurze CSA. ..... .....- A co sie stalo, ze wpadli do tego jeziora? - przerywa Malpka. .....Siedzi na prawdziwym barowym stolku, z tych co to nawet dorosli nie siegaja zen nogami do podlogi i ma juz solennie obiecane, ze za piec lat (co do minuty) wolno jej bedzie pic piwo. Poki co ten wysoki barowy stolek jest dla niej jak trofeum dotarcia do polowy drogi. Tymczasem macha pod nim nogami i usiluje przyssac kostke lodu przy pomocy slomki zaglebionej w soku jablkowym. Sok jablkowy ma prawie taki sam kolor jak piwo, a co do braku piany to zawsze mozna temu zaradzic. .....- Nie dmuchaj w slomke, - mowi Mama Kangurzyca. Tata Kangur siedzi vis a vis i usmiecha sie jak ksiezyc w pelni. .....- To sie stalo, ze natrafili na sniezyce i Lucius musial szybko ladowac. W tamtych czasach samoloty nie mialy kabin i byly z plotna rozpietego na drewnianym szkielecie. Takie jak te wczoraj w muzeum RAFu, pamietasz? .....- I mialy dwa platy? .....- Tak wlasnie. Wiec Lucius wypatrywal kawalka czegos plaskiego zeby wyladowac i zobaczyl cos, co wygladalo jak laka. I dopiero jak juz ladowali przekonal sie ze to przykryte sniegiem jezioro. No i lod pekl pod nimi kiedy sie juz prawie doturlali do brzegu. .....- I co? - Malpka zastyga ze slomka w polowie drogi pomiedzy przysysanim a wydmuchiwaniem. Ma szeroko otwarte oczy i wciaz zbyt malo doswiadczenia zeby dobrze panowac nad dystrybucja tego srodka wyrazu. .....- No i Lucius musial szybko rozpalic ogien zeby sie mogli wysuszyc. Bo lazenie zima po lesie w mokrym ubraniu to zadna przyjemnosc. I w dodatku mozna od tego zachorowac. ..... .....Lucius by wlascicielem aeroplanu odkad przekonal Flema Snopesa, ze splaci go szybko, samymi tylko dostawami poczty. Co prawda w tym czasie, dzieki staraniom innego bohatera chwalebnie przegranej Wojny, pulkownika Sartoriusa, przez Jefferson przejezdzaly juz cztery pociagi dziennie, ale podroz do Memphis w dalszym ciagu trwala prawie caly dzien, Lucius zas mogl ten dystans pokonac w cztery godziny. I choc oczywiscie nie wyprzedzilby telegrafu i nikogo w calym Yoknapatawpha nie zdolalby tym samym ostrzec zeby co predzej sprzedawali akcje bo na gieldzie nastapil Krach, ale byl w stanie najszybciej dostarczyc bilety wizytowe paniom z klubu imienia Petrarki czy karnety na bal noworoczny w Ratuszu, nie wpominajac juz o kotylionach, ozdobnych kartach pocztowych czy po prostu zwyklych listach. .....Flem Snopes byl juz wtedy dyrektorem banku, nie starego banku Jefferson, ale tego nowego, zalozonego po Wojnie tez przez Sartoriusa. Byl, scisle mowiac, jego drugim dyrektorem, po de Spain'ie, ktory w miedzyczasie zostal burmistrzem, przepedzajac z tego stanowiska statecznego i monumentalnego purytanina w czarnym cylindrze; czlowieka ktory nie lubil automobilow, bo pierwszy w miescie pojazd, ktorego jeszcze w pelni samochodem nazwac sie nie dalo, sploszyl mu byl kiedys zaprzeg z dobranych pod kolor klusakow. Wiec Manfred de Spain w tej sytuacji po prostu musial kupic automobil, prawdziwy tym razem, bo ten pierwszy, straszacy konie, to byla tylko samorobka pana Buffaloe, miejskiego elektryka; musial go kupic, nie dlatego zeby go faktycznie potrzebowal, ale - by tak rzec - aby zaznaczyc swe miejsce. Okazalo sie, ze nie byl pod tym wzgledem jedynym, ale ze byl pierwszym, pozostali wysuneli go przed siebie niczym sztandar, po czym w wyborach municypalnych zatkneli miedzy krzeslami ojcow miasta. Bedac juz burmistrzem de Spain antymotoryzacyjnego przepisu bynajmniej nie zniosl, przeciwnie: kazal go przepisac na pergaminie i powiesic u wejscia do Ratusza, aby ci co przyjezdzali teraz nawet z St Louis mogli sie pod nim zatrzymac i posmiac. .....W tym czasie jego czerwony kabriolet marki EMF nie byl juz jedynym automobilem w Jefferson - drugi nalezal do Luciusa i w ciagu tygodnia dosc regularnie kursowal miedzy miastem a stacja kolejowa. Zas w sobotnie popoludnia polowa mezczyzn okregu Yoknapatawpha wymykala sie swoim zonom za zakret szosy, gdzie na prostym odcinku de Spain i Hogganbeck urzadzali wyscigi. Burmistrz swych pasazerow zabieral za darmo ale tych, ktorych zabieral Lucius przezycie to kosztowalo cale piec centow. ..... .....- No dobrze, ale czy oni w ogole musieli tam leciec, skoro juz mieli i kolej i samochody? .....To Mama. Mama nie lubi latac i ma bardzo realistyczne podejscie. W realistycznym podejsciu trudno ja pokonac. Wie to juz dobrze Malpka, ale wie i Tato - i to jeszcze ze studenckich czasow na Polibudzie. .....- No, nie mogli wlasnie. Bo Flem Snopes przeniosl sie do Sasquatch, a to daleko na polnocy. Tam sa gory i tajga i zadnych drog czy torow. Nawet dzis nie da sie tam dotrzec inaczej niz droga lotnicza, ale wtedy byla to zupelna nowosc bo Lucius byl prekursorem w wielu dziedzinach. Wszyscy inni ladowali co mogli ma muly, brali winchestera w garsc i szli, czasami nawet klilka tygodni. A Lucius powiedzial Flemowi, ze jemu to zajmie najwyzej trzy dni. No i Flem powiedzial 'much obliged'. .....- Co to znaczy? .....- Bardzo zobowiazany. Tak sie wtedy mowilo, bo nie bylo jeszcze 'OK'. .....- Czyli wynajal tego Luciusa zeby mu przywiozl samolotem zone i corke do tej tajgi. - To znowu Mama. - A co on tam wlasciwie robil? .....- Bogacil sie. ..... .....Bo Flem Sopes robil to przez cale zycie. .....Mozolnie i uparcie, z pozbawiona skrupulow wytrwaloscia, nie omieszkajac nigdy nachylic sie by podniesc monete, czy juz zdazyla wypasc z cudzej kieszeni czy jeszcze nie calkiem. Nie nalezy przez to rozumiec, ze byl jakos szczegolnie nieuczciwy. No, moze na poczatku, gdy de Spain zrobil go nadzorca miejskiej elektrowni by tym latwiej moc sie spotykac z jego zona, przywieziona wraz z calym dobytkiem na wiejskim wozie, na ktorym Flem wyruszyl onegaj na podboj miasta. Mozna nawet powiedziec, ze Manfred de Spain byl na swoj sposob wspanialomyslny. Miejska elektrownie, opalana na zmiane przez dwoch murzynow, dogladal dotad zgodzony do tego prywatny elektryk, pan Buffaloe; nikt w calym Jefferson nie przypuszczal, ze instytucja ta bedzie potrzebowac jeszcze nadzorcy i to w postaci czlowieka, o ktorym mozna bylo bez trudu podejzewac, ze pierwszy raz w zyciu zobaczyl swiecaca zarowke tego wlasnie dnia gdy zsiadl z wozu by objac we wladanie restauracje przy bocznej ulicy i placyk na tylach, w sam raz na rozbicie tam namiotu do zamieszkania. .....Cos musialo takiego byc w Euli Snopes, ze gdy wlasciciel pierwszego w miescie sportowego automobilu, niepoprawnie nowoczesny i przez cale zycie uparcie kawalerski Manfred de Spain ja zobaczyl, kariera Flema ruszyla odtad stromo w gore: uparcie i niekoniecznie niekazitelnie, ale nie mozna tez powiedziec, ze w jakis sposob nieuczciwie. .....Musicie to zrozumiec: byly to okolice zamieszkane przez skrupulatnych i prawych metodystow w kamizelkach i porzadnie wypranych koszulach, ludzi niezaleznych i nieprzejednanych, nikomu niczego nie zawdzieczajacych i nieskorych do dawania komukolwiek czegos, na co mogl on sobie sam zapracowac. Byla to spolecznosc, w ktorej oszustwa, kradzieze czy cudzolostwa zdarzaly sie niezmiernie rzadko, a morderstwa tylko od czasu do czasu. Ostateczna instancja rostrzygania wszelkich sporow byl - jak mowiono - sedzia Colt, a szeryf Hub Hampton byl farmerem jak inni: wstawal o czwartej rano by w porze zbiorow zdarzyc przed switem z uruchomieniem odziarniarki do bawelny. Tych odziarniarek bylo juz wtedy kilkanascie; jak i elektrownia mialy naped parowy i co jakis czas mnostwo zuzytych miedzianych swozni, za ktore Flem, gdy ich brak w koncu odkryla miejska kontrola, ostatecznie zwrocil co do centa. Co prawda, byl juz wtedy jedna noga w gabinecie dyrektora banku; to do niego przychodzili teraz rozni Luciusowie z prosba o pozyczke na to czy na tamto. ..... .....- Wiec po co mu bylo jeszcze jechac do tej tajgi? Przeciez w tym miasteczku mial juz wszystko czego moglby chciec? .....- Poza wlasna zona, mozna powiedziec. Ale, z drugiej strony, w tym wlasnie tkwila cala rzecz. ..... .....Bo na drodze swego wychodzenia na ludzi, tego stopniowego wydobywania sie z poziomu zoologicznego, jak mawial komiwojazer Ratliff, Flem odkryl nagle cos co rowniez chcialby miec, ale czego jednak nie da sie ukrasc ani wycyganic, tak jak mu sie to udalo z owa restauracja przy bocznej uliczce, uprzednio nalezaca do Ratliffa wlasnie. Flem zrozumial, ze jest takie cos, co mozna tylko zupelnie uczciwie zdobyc, a co nawet wtedy caly czas pozostaje na widoku i nie mozna tego ukryc ani nijak zabepieczyc, o ile sie nie bedzie zdolnym stale i przed wszystkimi udowadniac, ze sie to posiada. .....Wiecie: to byla taka moralna opowiastka o tym jak czlowiek wraz z awansem spolecznym staje sie dobry nawet jesli od samego poczatku takim nie byl. Imperatyw dorobienia sie za wszelka cene stopniowo mial blednac a jego miejsce zastepowala chec zostania takim jak inni: powaznym, solidnym, godnym szacunku, normalnym czlowiekiem. W tamtej konserwatywnej epoce tego rodzaju schematy byly jeszcze mozliwe. Nie to co dzis, kiedy jest oczywiscie duzo lepiej, a moze nawet najlepiej jak sie tylko da - czyli dokladnie na odwrot. .....Bo Flem Snopes byl juz wlasnie szanowanym obywatelem: nalezal do choru podczas nabozenstw, chodzil w kolniezyku i garniturze z wylogami, zatrudnial kierowce i kucharke - nawet zamienil swe zwykle nakrycie glowy na plaski kapelusz z szerokim rondem w typie jaki nosili prowincjonalni politycy czy kaznodzieje tamtych czasow. Nie mial zamiaru tego wszystkiego tracic, a wiedzial ze predzej czy pozniej jakas pokusa moze zastapic mu droge, z ktorej runie z powrotem tam, skad przybyl. Byl przecie Snopesem, dziedzicznym chciwcem, przybylym z zascianka parweniuszem, ktoremu sie co prawda udalo, ale z tego przeciez wcale nie wynikalo ze on sam mialby sie teraz zmienic. I trzeba na jego dobro zapisac, ze doskonale zdawal sobie z tego sprawe. .....Wiec wyjechal do Sasquatch. Swojej zonie - wszak ciagle z nim mieszkala - w swoj oszczedny sposob skinal tylko na odjezdym i co jakis czas przysylal ogledne listy, aby pracujacy na poczcie subiekci mogli podtrzymac na miescie plotke o tym, ze pan dyrektor banku pulkownika Sartoriusa nie porzucil Jefferson na stale, i ze dalej pomnaza swoj majatek na odleglej polnocy, gdzie wlasnie odkryto - czy tez tylko mowiono, ze odkryto, albo moze nawet tylko ktos slyszal, jak ktos mowil, ze podobno odkryto - zloto. Flem udal sie wiec tam niezwlocznie, z nieomylnym instynktem Snopesa na drodze do uczlowieczenia. .....No coz, powiedzial zapewne do niego na odjezdnym Manfred de Spain, no coz, panie dyrektorze banku, panie Snopes, moj Flemie, chlopaczku, czy jak on tam sobie nazywal tego swojego, powiedzmy, szwagra. No coz, powodzenia. ..... .....- Wiec ten Flem zostal poszukiwaczem zlota? .....- Nie. On dobrze wiedzial, ze na goraczkach zlota zarabiaja nie ci, co tego zlota szukaja, tylko ci, co im sprzedaja lopaty. A takze sol do peklowania miesa, fasole w puszkach, amunicje, szklane paciorki, chusteczki do nosa, akty wlasnosci ziemi, ubezpieczenia na zycie - no w ogole wszystko to, bez czego nie przetrwa nawet nawykly do kazdej niewygody traper w bobrowej czapie i z fredzlami na rekawach. ..... .....I faktycznie: zalozona przez Flema faktoria, o dziwo czy tez nie, ale jednak prosperowala. Czy mialo to zwiazek z jakims zlotem czy z czymkolwiek innym, w kazdym badz razie Lucius Hogganbeck latal tam i z powrotem, najwyrazniej wciaz jakos majac z czego pokryc kredyt za ten swoj samolot i za spalana przezen gazoline. .....Startowal na nizinach, w rozlewisku Wielkiej Rzeki, gdzie rosla bawelna wysoka na chlopa a czasem kryjaca i jezdzca wraz koniem i skad nigdy nie wrocil zaden ze stanowych inspektorow od prohibicji, ale i tez nie zapuszczal sie tam zaden z wielkomiejskich gangsterow, chocby i jezdzili kadilakami potrzebujacymi naraz dwu kierowcow w marynarkach powypychanych pod pachami. Znacie te obrazki: poszarpany kapelusz, spodnie-ogrodniczki z urwana szelka, broda do pasa, bose stopy, obled w oczach i zeby zolte od zucia tytoniu, a obok oparta na ganku stara flinta, ktora przepedzila juz niejednego obcego - na takie wlasnie indywidua mozna sie tam bylo natknac bez trudu i o kazdej porze dnia i nocy. .....Lucius startowal wiec ponad domostwami tych lokalnych 'hillbilly'ich, przelatywal nad poukrywanymi w jarach i zagajnikach gorzelniami gdzie pod samym nosem szeryfa wieczyscie bulgotala kukurydziana ksiezycowka, odbijal sie od czerwonej ziemi Chickasaw, ktorzy juz na niej nie mieszkali choc zostawili po sobie kurhany sluzace teraz za slupy graniczne pomiedzy plantacjami, przelatywal nad zakolami Rzeki, po ktorej niestrudzenie kursowaly parowce, coraz wieksze i coraz juz rzadziej z fanaberyjnymi kolami lopatkowymi - i lecial trzy albo czasami cztery dni na polnoc, na wyzyny porosle sosna, sekwojami i debem, w gory stopniowo i opornie oddajace swe domyslne bogactwa archetypicznym poszukiwaczom, na ktorych z kolei czychali rozmaici Snopesowie, gotowi ich w ostatniej chwili poratowac lub pogrzebac, w zaleznosci od wagi samorodka. .....Lucius Hogganbeck latal wiec tam i z powrotem: z zaopatrzeniem i z wiadomosciami, i za ktoryms razem przywiozl pani Flemowej Snopes, Euli z domu Warner, list od jej ciagle jeszcze meza, dyrektora ciagle jeszcze banku zalozonego przez wciaz bohaterskiego pulkownika Sartoriusa. .....I w tym wlasnie momencie zaczyna sie ta historia. ..... .....- A ona nie wolala sie rozwiesc, zamiast tam jechac, skoro juz miala tego Manfreda? .....Malpka tez jest juz pragmatyczna. Jedyne w calym pubie dziecko, ktore w ten niedzielny poranek nie krzyczy, nie chichocze z kreskowek w telewizorze na scianie, ani nie spi z nosem w lodach waniliowych. Pani zza lsniacych od mosiadzu kurkow spoglada taksujaco na zacumowane wokol rodziny, Tata z Mama sielankowo wzbogacaja swa wiedze o cudzoziemskich browarach, a tymczasem ich corka przeprowadzila wlasnie swoja byc moze nie calkiem pierwsza w zyciu powazna kalkulacje. .....Od razu jest w niej i element emigracyjny: towarzyszyc komus na obczyzne czy raczej puscic kantem przy najblizszej sposobnosci? Dotrzymac zobowiazan i oddac dlugi zaciagniete gdy sie samemu szukalo nowego domu i ktos juz zadomowiany wczesniej wzial nas pod swe skrzydla czy tez starannie zapomniec o sprawie natychmiast po pierwszym lepszym rozstaniu? Oto dylematy, do ktorych Malpke juz teraz przygotowuja od lat wyjalawiajace kraj kliki ciagle tych samych kreatur z Magdalenki, ktorym nic tak nie jest mile jak przehandlowac albo oddac w arende wszystko co jeszcze zostalo po rozkradzeniu konfitur - no i wypchnac kogo sie da na saksy, zeby na miejscu nie komplikowal jesli mu sie nie podoba tak jak jest. .....Jeszcze do calkiem niedawna Malpka miala w swym pokoju naturalnych rozmiarow plakat z pieciona dyrektorami na raz, wszystkimi w 'one direction' i z soba sama, wstawiona pomiedzy nich w ramach cwiczen z fotoszopa. W calym Staszicu nikt inny nie mial takiego plakatu, dlatego dyrektorzy wciaz jeszcze wisza - choc co prawda z mniejsza jakby ostatnio pewnoscia siebie. Spadla nawet powierzchnia przydzielona na plakatowej scianie Hermionie Granger. Dobrze mowia: z wiekiem zyskuje sie na rozumie tyle samo ile jednoczesnie traci sie na niewinnosci. .....- Bo wiesz, Malpko, w naszych czasach, to znaczy kiedy my mielismy tyle lat co ty teraz, to tez byli tacy jedni dyrektorzy. Naprawde. Ale bylo ich tylko dwuch. Byli to tacy w zasadzie dorosli co udawali nastolatkow i jeden z nich byl piekny. Po prostu piekny byl. Tak piekny, ze az dziw ze mial zone - no ale w naszych czasach jeszcze bylo dosc normalnie. Wiec mial zone i byla to prawdopodobnie raczej, sadzac po obrazkach, w zasadzie kobieta. A ten drugi z kolei byl duzo mniej ladny, ale za to ciagle sie usmiechal. Po prostu przez caly czas, zupelnie jakby go zeby bolaly, albo cos w tym rodzaju. I tez sie na teledyskach poruszali 'one direction'. Tylko nazwe mieli glupia. Bo wtedy zespoly miewaly glupie nazwy, nie to co teraz. Nazywali sie Modern Talking. .....- Czyli nowoczesne gadanie? .....- Albo nowomowa. Ale to nie byla prawda, bo nigdy niczego nie mowili. Jeszcze byl taki trzeci co im zawsze pisal te piosenki i je gral, a chyba zreszta takze i spiewal, ale nigdy go nie pokazywali. Bo on byl z plejbeku. .....- A czemu mowisz do mnie Malpko? .....- Jak to czemu? Zeby cie zdenerwowac, oczywiscie. .....- A po co? .....- Bo kiedy sie denerwujesz wygladasz smiesznie. Ludzie lubia ogladac rzeczy smieszne. Nawet specjalnie chodzi sie do kina na komedie. Naprawde, Malpko. .....- Dobra, dobra, - przerywa w koncu Mama. - No i co bylo z ta Linda? .....- Wlasnie! Nie trzymasz sie tematu! .....- Bo mnie ciagle zagadujecie. Zagaduja mnie, prawda? .....Ale Tate Kangura zajela wlasnie degustacja; za chwile bedzie sie usmiechac jeszcze szerzej i jeszcze bardziej zachecajaco, narracyjna bezkarnosc musi wiec zostac wyzyskana. .....- No wiec, jak wlasnie mowilem, ten piekny nie jest juz taki piekny jak dawniej. Zbrzydl jakby po prostu i ta zona co ja mial to tez juz jej podobno nie ma, jak to zwykle w takich razach. No i mamy z tego posredna informacje o twoim tacie, od ktorego twoja mama jak widac nie odeszla. Czyli twoj tato musi byc piekny jak dawniej. Widzisz ile mozna sie dowiedziec metodami posrednimi? Na przyklad, Malpko, kiedy juz niestety dorosniesz i zostaniesz powiedzmy czajnikiem, czyli takim kims kto wyczaja rozne rzeczy, to nie bedziesz pytac jakis tam zolnierzy ile w ich jednostce jest czolgow. Bo mogliby cos podejzewac. Zamiast tego pojdziesz po prostu do nich i powiesz, ze na przyklad masz hurtownie opon do ciezarowek i ze chetnie im je bedziesz sprzedawac. A oni wtedy na to, ze opon to wlasciwie nawet im tak bardzo nie potrzeba, ale jakbys miala na zbyciu gasienice do czolgow to wtedy co innego. Bo im sie one szybko zuzywaja. A ile by potrzebowali tak mniej wiecej tych gasienic, zapytasz wtedy, ze niby tak o. A oni na to, ze za jednym posiedzeniem to potrzebuja po cwiczeniach ze trzystu sztuk. I juz wiesz, ze maja sto piecdziesiat czolgow, bo kazdy czolg ma dwie gasienice. A najzabawniejsze, ze ten zolnierz co ci o tym powiedzial, nawet tego nie zauwazyl. Bedzie sie potem przysiegac ze nic ci nie mowil. .....Przed Malpka milczaco i za nieobecnym usmieszkiem rysuje sie wlasnie wizja nowej kariery. Teraz juz nie bedzie Percym synem Posejdona, ani nawet doktorem Hausem. Teraz zostanie Mata Hari, jak tylko sie czegos wiecej o niej dowie. Niech no znowu choc na chwile zostawia ja sam na sam z tabletem... .....- No ale czy nie mogli potem znowu leciec dalej? .....- Nie, no bo samolot utonal, niestety. Musieli sie przedostac do faktorii Flema na piechote. Tak, tak. .....- A ta zona tego Flema tez byla z nimi? .....- No wiec wlasnie tu historia robi sie niejasna. ..... .....Zapewne Eula Snopes z domu Warner przeczytala ten list od Flema i, cokolwiek w nim znalazla, na swoj wlasny, rownie purytanski i oszczedny sposob zaczela sie po prostu pakowac. Co mial na to do powiedzenia Manfred de Spain, ze swym dozywotnio niepoprawnym kawalerstwem i wyzywajaco czerwonym EMF, i co to w danej chwili znaczylo, w jego rownie lapidarny i pozbawiony zbednych slow sposob z nikim sie ta sprawa nie podzielil. W kazdym razie Lucius Hogganbeck mialby tego dnia dwie pasazerki, albo poltora, skoro Linda nie mogla miec wtedy wiecej lat niz prawie stulecie pozniej pewna Malpka, przybyla wraz z rodzicami z wizyta ze Starego Kraju. .....Ale jezeli Eula, tak jak Mama, rowniez nie lubila latac; a byl to wszak wtedy sport duzo bardziej ekstremalny niz dzis wytrzymanie dwu godzin w ogrzewanym badz co badz Ryanair'ze? Jak powiedziala, no dobrze: jak zasugerowala Malpka, pani Snopes mogla nie wsiasc do samolotu Luciusa bo wolala zostac z de Spaine'm. Ale - by sprawy za bardzo nie domykac, lub moze na odwrot, by wlasnie domknac ja za soba i spalic takze i ten most - zapakowala do aeroplanu corke. I moze nawet ja na odjezdne pocalowala w czolo. .....Ale moze bylo i tak - i to jest wersja trzecia - ze Flem Snopes, ktory nigdy nie zostawial niczego swemu wlasnemu biegowi (gdyby tak postepowal do konca zycia nie wyrwalby sie z dzierzawienia jakiejs zachwaszczonej dzialki gdzies w rozleglej dziedzinie starego Warnera), sam po swa rodzine z tego odleglego i kto wie czy w ogole istniejacego Sasquatch przylecial, tym samym dorzucajac pozniej swoja wlasna osobe do listy pasazerow owego znamiennego lotu. Zwazywszy, ze tak samolot jak i w pewnym sensie sam Lucius Hogganbeck nalezeli do niego, Flema, podroz ta nic by go nie kosztowala, przynajmniej jesli chodzi o wydawanie pieniedzy. .....Ale we wszystkich tych przypadkach ostatecznymi bohaterami ladowania na zamarznietej tafli jeziora musieliby pozostac tylko Lucius i Linda. Tego wymaga dalszy ciag tej historii. .....Gdy juz wiec ja wylowil z przerebla, zatargal na brzeg i dopiero potem ocucil by mu pomogla zbierac drewno nim oboje zejda na hipotermie, Lucius zapewne powiedzialby Lindzie, ze jej rodzice wykaraskali sie juz i poszli przodem, a ja sama Flem pozostawil pod jego, Luciusa, opieka jako ze nie chcial brnac przez dzicz z dwoma kobietami na glowie. Bylaby to historyjka w miare wiarygodna i zupelnie pasujaca do pozostalych historyjek Luciusa Hogganbecka - jak sie o tym Linda miala przekonac w ciagu najblizszych dni. ..... .....- No wiec jak tylko udalo im sie jakos w miare ogarnac przynajmniej na ten dzien, to znaczy gdy Lucius uznal ze nie grozi im juz smierc, a w kazdym badz razie smierc natychmiastowa, mogli ruszyc w droge. ..... .....Poczatkowo Lucius prowadzil lasem, szerokimi zakolami omijajac co wieksze z rosnacych szybko zasp. Posuwali sie niesporo, ciagle jeszcze skostniali i obladowani wszystkim co tylko zdolali uratowac, a na dodatek - i to Lindzie dokuczalo najbardziej - pod gore. .....Przed zmrokiem dotarli na wyplaszczenie, ktore z dolu wygladalo na przelecz, ale okazalo sie tylko koncem lasu i zapowiedzia stoku ciagnacego sie dalej w zamiec, teraz juz niewiele chroniac ich od wiatru. Zanim zrobilo sie zupelnie ciemno nie zdolali osiagnac nawet tego punktu, ktorego by juz nie widzeli opuszczajac linie drzew. Szli teraz prawie po omacku wsrod kosodrzewu, ktory Lindzie siegal do ramion, a niekiedy kryl ja cala i wtedy wydawalo jej sie ze to zesztywniale z zimna zarosla na dzialce dziadka Abnera Snopesa, opodal Jefferson. ..... .....Dziadek Abner czatowal tam na chlopcow z okolicy, a w kazdym razie chyba tylko po to mial ten sprawek ziemi, bo grunt na dzialce byl lichy i rzadko ktory z mozliwych do ukradzenia arbuzow dorastal do rozmiarow pilki futbolowej. Mimo to ich wlasciciel klal z pasja i wyrafinowaniem; na miescie mowiono, ze na pewno niedlugo od tych wrzaskow trafi go apopleksja. W owych czasach nie bylo w calym okregu Yoknapatawpha chlopca, ktory by mogl o sobie powiedziec, ze na wlasne oczy widzial jak kogos trafia apopleksja, starali sie wiec w miare mozliwosci pozostawac w poblizu, aby tego nie przegapic kiedy sie w koncu zdarzy. .....O Abnerze mowiono tez, ze to ojciec Flema, ale rownie dobrze mogl byc jego wujem lub dziadkiem, albo wujem lub dziadkiem ktoregokolwiek z innych Snopesow, ktorzy podowczas przypuscili juz calkiem otwarty szturm na Jefferson. .....Pojawiali sie, zwabieni szlakiem przetartym przez tego najsprytniejszego z nich, na zasadzie osmozy zassysani nie wiadomo skad - i zajmowali kolejno zwalniane przezen posady. Dawna restauracja Ratliffa, gdzie zaraz po przybyciu do miasta Flem smazyl gosciom kotlety nazywane z tej okazji wolowymi, zawiadowal teraz niejaki Eyck Snopes. Gdy z kolei dlan zwolnila sie inna posada, na jego miejscu urzedowal juz kolejny Snopes, tym razem znany wylacznie z inicjalow I.O. Wkrotce potem, gdy Flem za sprawa Manfreda de Spain i swej zony Euli - choc moze nie dokladnie w tej kolejnosci - zostal dyrektorem banku Sartoriusa, w banku tym zaczal urzedowac nowy subiekt, Byron Snopes, byc moze brat lub kuzyn owego I.O. a byc moze i nie, bo przy okazji i niejako mimochodem I.O. okazal sie bigamista, ktorego w Jefferson dogonila jego poprzednia zona, przywozac ze soba piecioletniego chopczyka - jak to okreslil Ratliff - w tym samym tlustym i wyplowialym typie co pozostali synowie I.O., a takze i Byron, choc oczywiscie Byron byl od nich duzo starszy. Tymczasem Eyck zostal teleportowany na stanowisko nocnego stroza zbiornika nafty (samochodow w okolicy bylo juz wtedy tyle, ze miasto musialo takze zatrudnic swego pierwszego w historii policjanta) i przez przypadek wraz z soba wysadzil go w powietrze; okreg Yoknapatawpha wzbogacil sie wtedy o kolejnych dwoch Snopesow, tym razem na pewno synow Eycka, o imionach Wallstreet Panic i Admiral Dawney. Pierwszy dosc szybko zawladnawszy najwiekszym w okolicy dyskontem de facto przejal handel detaliczny miasta, a w reku drugiego po niejakim czasie znalazla sie dystrybucja gazet i wszelkich innych ulotek czy biuletynow. .....Wszystkie te ekscesy nepotyzmu Faulkner opisuje z mieszanina kpiny i zgorszenia; byla to epoka, w ktorej tego rodzaju sytuacji wciaz jeszcze nie uwazano za nieuniknione. I choc pod koniec zepsul byl wszystko co mu sie udalo osiagnac dekadami mrowczej beletrystyki, kazac swym glownym bohaterom angazowac sie w sluzbe Sowietow usilujacych przewrocic do gory nogami Hiszpanie, my powiedzmy sobie szczerze, ze na owczesnych szczesliwym lecz wciaz dosc prostodusznym Dalekim Zachodzie zdarzali sie jeszcze bardziej krotkowzroczni od niego; ci nie tylko afirmowali czerwone ludobojstwa Azany i jemu podobnych, ale i sami brali w nich osobisty udzial - jak na przyklad taki Hemingway. .....Ale wtedy jeszcze o tym wszystkim nie wiedziano; moze co najwyzej tu i owdzie ktos bardziej oczytany slyszac o bolszewikach dziwil sie czemu nagle stalo sie tak w swiecie glosne to skadinad elitarne, badz co badz, grono tancerzy baletowych z Teatru Wielkiego w dalekiej Rosji, zwanego wszak nie inaczej a wlasnie Bolszoj. .....Nie wiedziano, a gdyby nawet i wiedziano, w owej chwili sprawa ta nie zaprzatalaby by zapewne zbytnio Luciusa Hogganbecka, ktorego podobna do niedzwiedzia, zwalista sylwetka wiodla Linde Snopes w glab zimy i nocy. ..... .....- Bo wczesniej, gdy jeszcze mogli sie nawzajem widzec, Lucius wreczyl Lindzie zwoj uratowanej z wraku liny i powiedzial jej, ze powinna zostawic za soba dluga jej petle aby sie ciagnela po sniegu, sam zwoj zas niesc na wypadek gdyby on, Lucius, posuwajac sie przodem wpadl nagle w jakas rozpadline, jak to sie moze zdarzyc na lodowcu, po ktorego powierzchni wlasnie ida. I wtedy ona, Linda, ma co predzej, zanim Lucius spadajc wciagnie za soba w dziure cala line, zaczepic swoj koniec do czegos solidnego - drzewa albo krzaka - co musi szybko znalezc, w przeciwnym wypadku Lucius nigdy nie zdola sie wydostac z powrotem na gore. .....- Ahaaa... .....- Wlasnie. ..... .....I dopiero jak juz pozna noca rozbili w koncu oboz, w czyms w rodzaju gawry wzniesionej w swierkowym mlodniku, Lindzie zaczely owocowac mysli, ktorym - lapiac oddech aby nie zostawac w tyle - nie miala zbyt wiele czasu do poswiecenia wczesniej. Bo gdy Lucius, sapiac jak prawdziwy grizzli, opasywal sie drugim koncem liny, zdazyla go jeszcze zapytac co to sa te lodowce. .....Jednak nawet wtedy nie nadszedl jeszcze moment by ta sprawa wyplynela. Wiecie jak to bywa: chcecie o cos doroslych zapytac, na przyklad o sens zycia albo skad sie biora male zajaczki, ale zanim zdazycie przejsc od slowa "skad" do slowa "male" oni zaraz gasza was pytaniem czy juz umyliscie rece. Tak bylo i tym razem, tylko ze poniekad jeszcze bardziej, bo Lucius na nic nie czekal i od razu zaczal jej mowic, zeby przed wejsciem do spiwora rozsznurowala buty, ale zeby nie zostawiala ich na zewnatrz. Przy okazji i tez niemal natychmiast skarcil ja za to, ze nie otrzepala ich nalezycie ze sniegu. ..... .....- Dlaczego? .....- Bo w spiworze snieg by sie roztopil, a nie jest dobrze miec mokro w nogach gdy sie spi na mrozie; kazdy harcerz ci to powie. Gdyby zas zostawila buty na zewnatrz, do rana zamarzly by na kosc i nie zdolalaby ich pozniej znow zalozyc. .....- A dlaczego miala je rozsznurowac? .....- Zeby nie spowolnic krazenia w stopach, bo to najepszy sposob na odmrozenie. A buty latwiej rozsznurowywac zanim sie jeszcze wlezie do spiwora niz gdy sie juz w nim jest. ..... .....Spiwor mieli tylko jeden; Lnda zasypiala w nim, zmacawszy uprzednio rekojesc prawdziwego mysliwskiego noza, ktory na jednym z miedzyladowan podarowal jej nie kto inny ale ten tuz obok grzebiacy kijem w ognisku przebrany za czlowieka niedzwiedz, bedacy obecnie - a byla wszak corka bankiera, wiec nie moglo to do niej nie dotrzec - bankrutem, ktory musi skads zdobyc nowy kredyt na nowy samolot. Oczywiscie pod warunkiem, ze zdolaja odnalezc jakies miejsc, gdzie praktycznosc tego zagadnienia bedzie mniej od nich odlegla niz jalowa farma dziadka Abnera Snopesa. .....Zasnela gapiac sie w ogien, ktory mial barwe malego stosika zlotych jednodolarowek, na ktore w owych czasach wciaz jeszcze mozna bylo natrafic, najczesciej w zgliszaczach starych, w czasie Wojny przez jankesow spalonych dworow i plantacji. .....Na sniadanie mieli tylko kawe ugotwana w puszce po fasoli zjedzonej na kolacje poprzedniego dnia. W godzine czy dwie pozniej osiagneli jednak grzbiet i odtad zaczeli schodzic w doline po drugiej stronie. Snieg zamarzl przez noc, jego stwardniala - przynajmniej dla Lindy - powierzchnia byla na tyle wytrzymala ze pozwolila jej poruszac sie bez zapadania sie a nawet zostawiana glebszych sladow. Szla teraz nie dokladnie za Luciusem, ale nieco z boku, rownolegle do wciaz rytego przezen glebokiego rowu. Petla liny z wezlami co jard lub dwa ciagnela sie za nia, zaczepiane przez nia krzaki otrzasaly sie z bieli, rozpylajac wokol podpalane przez slonce, miniaturowe tecze. .....Okolo poludnia, gdy znow weszli do lasu, ich droge przecial trop jeleni. Lucius przygladal mu sie przez jakis czas, a Linda, stajac za nim patrzyla jak jego bark unosil sie i opadal, poszukujac obciazenia czyms, co spoczywalo zapewne na dnie na powrot juz zamarznietego jeziora. Przyszlo jej do glowy ze byc moze latwiej by im bylo na piechote wrocic do samego Jefferson i dojsc tam w sam raz na podwieczorek, niz sprobowac polowania bez nawet takiej marnej fuzji jaka mial dziadek Abner Snopes. ..... .....Dziadek Abner uzyl swej rozklekotanej srutowki tylko raz. Niedowidzac i nie majac zbyt wielkich nadziei na jakis efekt, na slepo wypalil ktorejs nocy w strone, jak mu sie zdawalo, przemykajacych zaroslami cieni. Efekt jednak byl i to zaraz nazajutrz rano, gdy na farmie zjawil sie szeryf, Hub Hampton i bez zbednych slow (co nie oznacza wcale ze zupelnie niczego Snopesowi nie powiedzial - obaj wszak byli ludzmi ze wsi) sprowadzil dziadka Abnera na ziemie, na odchodne obiecujac mu konfiskate strzelby jesli by znow zostala uzyta w taki sposob. Pozniej zas oswiadczyl kilku okolicznym rodzinom, ze sam bedzie ich dzieciom fundowal te arbuzy jesli tylko w ten sposob zdola nie dopuscic do wiekszego nieszczescia. A Chick Mallison, syn wlasciciela stajni z wozami do wynajecia, po tygodniu czy dwu znow zaczal chodzic do szkoly, choc jeszcze przez pewien czas siadywal potem wylacznie na samym brzezku lawy. .....Odtad jednak dziadek Abner musial ograniczyc sie do sekatej lagi, oraz do przygotowywanych zawczasu kopcow kamieni, miedzy ktorymi biegal jak gigantyczny pasikownik, ktorymi miotal w ciemnosc i o ktore sie w tej ciemnosci potykal, co konczylo sie nieodmiennie na tym, ze bez tchu, poobijany i z zylami na karku nabrzmialymi jak lodygi arbuzow, swe klatwy juz tylko bezglosnie szeptal, przez co nigdy juz nie dotarly one do uszu swych adresatow. .....Linda pomyslala znow o jalowej, zachwaszczonej i irracjonalnej dzialce dziadka Abnera, potem o zaroslach przez ktore sama brnela w sniegu od wczoraj, a potem wreszcie, nawet nie podnoszac wzroku z tych jelenich sladow oznaczajacych dla nich rownie teraz jak arbuzy odlegla i nieosiagalna zdobycz, spokojnie powiedziala: na lodzie nic nie rosnie. .....- Co? - zapytala Malpka. .....- Co? - zapytal Lucius Hogganbeck. .....- Nie jestesmy na zadnym lodowcu, - powtorzyla Linda. - Nie dlatego byla ta linka. .....- A dlaczego? .....- Bo wilki atakuja zawsze ostatnia sztuke w stadzie, - powiedzial Lucius Hogganbeck. .....I powiedzial jej tez, ze po zmierzchu wilki polegaja bardziej na sluchu i powonieniu niz na wzroku. I gdy slysza ze za ta ostatnia sztuka w stadzie cos jeszcze szelesci, to ten szelest je na chwile dekoncentruje, a po tej chwili, jesli tylko sie zbyt nie guzdrac, jest juz za daleko zeby mogly zalatwic sprawe jednym skokiem. Czasami to wystarcza zeby je zniechecic, bo nie zawsze sa tak glodne albo ciekawe, zeby nie znalazl sie wsrod nich taki co juz mial do czynienia z ludzmi i co pamieta ze warto wtedy zachowac nieco wiecej ostroznosci niz wobec zgonionych w kopnym sniegu jeleni. .....- Ale mogl ja przynajmniej ostrzec! .....- Rzecz w tym, Malpko, ze w zimie, w lesie i po cmoku, a juz zwlaszcza jak sie jest zabladzonym daleko od domu, mozna robic rozne rzeczy, ale jednej rzeczy robic nie warto: panikowac. To stara indianska zasada. Tak, tak. Dlatego wlasnie nic jej nie powiedzial. .....- No to w takim razie to ona powinna isc przodem zeby ten Lucius mogl ja obronic. .....- Nie, - powiedzial Lucius. - Gdyby najpierw rzucily sie na mnie, po chwili dopadly by takze i ciebie, a ja nie moglbym ci juz wtedy pomoc. Ale gdyby najpierw przewrocily ciebie, zdarzylbym sie odwrocic i jednemu albo dwu rozwalic leb. Czasem to wystarcza zeby je odstraszyc. .....Wieczorem zjedli druga i ostania puszke fasoli. Potem wypili kawe, tym razem nie muszac na siebie nawzajem czekac - mieli juz wszak dwa naczynia. Linda znow spala w spiworze i znow zasypiajac trzymala dlon na swym nozu. Widziala jak blask ognia wylawia z nocy wychylajace sie zza tego czy tamtego drzewa - raz blizej a raz dalej - jasnoniebieskie, blizniacze latarnie, ktore na chwile zastygaly nieruchomo, potem mrugaly i znikaly, by po jakims czasie pojawic sie w innym miejscu i w nieco innym odcieniu. ..... .....Rano nie bylo juz mrozu. W mlecznym oparze las szeptal i szelescil, a galazki pochylaly sie potracane spadajacymi zewszad kroplami. Ognisko dymilo i syczalo, lezaly na nim trzy rozciete wzdluz ryby: dwie male i jedna duza. Obok wbity w polano tkwil mysliwski noz Lindy a Lucius mial dlon owinieta w kawalek szmatki, wygladajacej jakby niedawno odarl ja sobie z rekawa. Konczyl wlasnie struganie czegos, ale natuchmiast to odlozyl i wygonil Linde po drewno, a gdy wrocila wreczyl jej te szmatke, teraz juz z wyrazna ciemna plama, polecajac aby poszla ja zakopac nad strumieniem. Pokazal jej kierunek ruchem glowy, bo wlasnie siegal sobie za placy, by wyszarpac stamtad kawalek kolnierza koszuli. .....Szli teraz dnem doliny, wzdluz nurtu, trawersujac go od czasu do czasu, omijajac powalone pnie i tworzone przez nie rozlewy. Przez caly dzien zatrzymali sie tylko raz; Linda usnela wtedy na siedzaco, nawet juz nie dbajac o wilki czy o cokolwiek, ale ocknela sie gdy Lucius znow siegal po jej noz. Zastanawiala sie ile moze kosztowac aeroplan i co jej ojciec - a wszak go dobrze znala - powie lub zrobi, gdy dowie sie ze suma ta przepadla wraz z jego corka, i co powie lub zrobi czlowiek ktory byc moze moglby zwrocic mu tylko jedna z tych zgub, ale zapewne nigdy obu naraz. .....Potok tymczasem poszerzyl sie i ostatecznie strzasnal ze swym brzegow laty sniegu. Las ucichl i wysechl, zamknal sie nad ich glowami jak zaciszne sklepienie, przez ktore nie przebijaly glosy poza ich wlasnymi, chrzeszczacymi na igliwu krokami. Na to, czego szukali, natkneli sie jednak dopiero poznym wieczorem; Lucius prawie juz wtedy ciagal Linda za soba, nie zauwazyla wiec niczego dopoki sie nie zatrzymal i nie wpadla na jego plecy, tak jak slepy mul w drugim rzedzie zaprzegu wpada na tego z przodu gdy peknie orczyk. ..... .....- No wiec tym razem puscil ja przodem. Wziela w garsc swoj prawdziwy mysliwski noz, obejzala sie jeszcze na Luciusa czy dalej stoi na skraju polany jak obiecal i poszla zbadac ten szalas. .....- Aha! Wiec poszla przodem zeby jakby ktos ja napadl to on by jej pomogl, tak? .....- Tak, Malpko. Dokladnie tak. Robisz sie prawdziwym doswiadczonym traperem. I nie tylko. Bo jak Jozef z Maria i Dzieciatkiem na osiolku wiali przed Herodem do Egiptu i po drodze znalezli jakies miejsce do przenocowania to tez na pewno Maria wchodzila tam pierwsza, zeby zbadac sprawe. Bo gdyby tam ktos czychal to moze widzac, ze jest niegrozna, nie zaatakowalby jej. A nawet jakby, to wiele zrobic by nie zdarzyl, a w dodatku od razu by sie zdradzil gdzie jest i juz by Jozef wiedzial jak z nim postapic. A gdyby to on wszedl pierwszy i na przyklad dostal od kogos w leb, to zanim by oprzytomnial, nie byloby komu bronic ani Marii ani Dzieciatka. Nie wspominajac juz o osiolku. I dlatego wlasnie kobiety zawsze przepuszcza sie w drzwiach pierwsze. Z wyjatkiem feministek, oczywiscie. .....- No i co w koncu znalezli w tym szalasie? .....- No wiec byl to szalas mysliwski, taka po prostu mala chatka z bali i kryta darnia. Ale zdaje sie ze nikt jej juz od jakiegos czasu nie odwiedzial bo czesc dachu zapadla sie. ..... .....Tym razem to Lucius pierwszy poszedl po drewno, a gdy go nie bylo, Linda zdala sobie sprawe ze juz wczesniej slyszala ten dzwiek: dobiegajace z oddali krotkie i niewyraznie, jakby pytajace chrzakniecie; gdy szli byla zbyt skoncentrowana by nie upasc, teraz siedziala w opuszczonej izbie i jej sciany rezonowaly cisze tak, ze mogla bez przeszkod liczyc puls pomiedzy jednym a drugim sygnalem. .....Lucius, wrociwszy w koncu obladowany jak woz tartaczny, burknal cos o jeleniach na rykowisku i, ocierajac pot z czola, powiedzial ze zimno dzis i ze beda podtrzymywac ogien przez cala noc. .....I niezwlocznie, byc moze by znow nie musiec podkreslac wagi otrzepywnia butow ze sniegu, ktorego i tak nie bylo, zabral sie za naprawianie dachu ze starannoscia na jaka ludzie jego pokroju zdobywaja sie wobec wszystkiego, w czym nie maja zamiaru spedzic wiecej niz jednej nocy z rzedu. Konczyl juz wlasciwie, kilkoma finalnymi kopniakami nastawiajac sztorcem galaz sluzaca za filar dla kilku innych, rzuconych wierzchem i majacych zastapic powale, gdy Linda wydobyla spod podlogi blaszana puszke. Znalezli w niej nieco maki, nawet prawie wcale nie splesnialej, na denkach od puszek po fasoli upiekli wiec podplomyki, popili je kawa i poszli spac. Tym razem lezeli oboje pod rozpostartym na plask spiworem; za kazdym razem gdy chrzakniecie rozlegalo sie jakby blizej, Lucius chrapal jakby glosniej. .....W samym srodku nocy wstal jednak i z zapalona zagwia w dloni oraz dwoma trzy trzema wystajacymi zza pasa, wyszedl. Linda wahala sie przez chwile, potem szybko ubrala buty (nie byly zamarzniete) i pobiegla za nim. Lucius poczekal na nia przy krawiedzi lasu, po czym pokazal co i jak ma robic. Okazalo sie to dosc proste: pierwszego oposa po prostu zdjal z drzewa za ogon, jakby chodzilo o talerz na wysokiej polce kuchennego kredensu. Drugiego razem zagonili na mlodego swierka, skad Lucius strzasnal go i zlapal w locie, a ostatniego Linda wyploszyla z wyschlego krzaka jezyn, gdzie tkwil nieruchomo, gapiac sie w swiatlo, ktore niesli. Wszystkie trzy Lucius oprawil w drodze powrotnej, to co doniesli do szalasu, natychmiast upiekli na weglach - nie wystarczylo by calkiem zaspokoic glod, ale namiastka prawdziwego posilku pozwolila im przynajmniej pokonac slabosc. Znowu polozyli sie spac i obudzil ich dopiero deszcz, ale wtedy bylo juz zupelnie jasno; zza nagiego i czarnego na tle nieba grzbietu nadlatywaly nad doline niskie chmury o plaskich, nieprzezroczystych brzuchach. ..... .....Wspinali sie teraz na zbocze, wzdluz ktorego szli poprzedniego dnia, w mzawce, ktora czasami przechodzila w zacinajaca ulewe. Szli przez las zmokly i przygiety do ziemi, a potem, gdy stok zrobil sie stromy jak zbocze jaru, pieli sie potykajac i zjezdzajac w dol by po chwili, klnac na kolanach w blocie, zaczynac wszystko od poczatku. Pomagali sobie lapiac sie drzew i siebie nawzajem. Po jakims czasie wypracowali metode: Lucuis podsadzal Linde, wpychal, prawie wrzucal na stok przed soba, ona lapala sie tam pni stojacych lub juz przewroconych, odslonietych przez obsuwy ziemi glazow albo po prostu zapierala o korzenie - i wtedy Lucius podciagal sie do niej na linie, pomagajac sobie wbijanym wsciekle w gline kosturem. .....Przez caly dzien Linda nie zapytala dlaczego nie kontynuuja obiecujacego kierunku w dol strumienia; lezac noca pod swoja polowka spiwora i widzac nad soba z grubsza naprawiony dach, sadzila ze nazajutrz dotra do jakiejs drogi czy choc sciezki, ktora bedzie dla nich pierwszym znakiem terenow zamieszkanych, tak jak dla budowniczego ich schronienia byla zapewne znakiem ostatnim. Zamiast tego podazali znow w gore, rozgladala sie wiec, trochu za plecami Luciusa, a trochu ukradkiem gdy akurat nie byl od niej odwrocony; probowala podazac za jego wzrokiem, by odgadnac czego z kolei on wypatruje. W ktoryms momencie nie uciekla ze spojzeniem w pore i podchwycil je; zatrzymali sie oboje, dyszac ciezko - i Linda juz wiedziala, ze tym razem jej nie podszedl, a w kazdym razie ze nie podszedl jej do konca. ..... .....- Moze znowu szly za nimi wilki? .....- Moze tak, Malpko. To calkiem mozliwe. .....- Albo ci czika-cos-tam. .....- Chickasaw. Albo piraci ladowi, taki po prostu Kuba Wrobel z Karaibow przebrany za Johny'ego Depp'a z kolegami. Albo moze Maltazar. .....- Kto to jest Maltazar? .....- Taki jeden z takiego filmu, co go chyba nie ogladalas. .....- A masz go? Bedziemy go ogladac dzis? .....- Dzis ogladamy druga czesc Ruby, pamietasz? .....- No, tak. I co bylo dalej? .....- A na czym skonczylem? .....- Ze sie zorientowala. .....No, tak. Wiec po prostu odwrocila sie na piecie i ruszyla dalej. Bo byla corka Euli i w niedlugim zyciu brakowalo jej jeszcze wiele doswiadczenia, ale miala juz w sobie wszystko, a w kazdym razie zapowiedz wszystkiego, czy tez moze tylko jakiejs czesci tego, czym juz od dawna byla jej matka. ..... .....Bo Eula Snopes z domu Warner nie potrzebowala jakiejkolwiek sprawy rozpatrywac wiecej niz tylko jeden raz: wiedziala ze predzej czy pozniej wszyscy tak czy owak przyjda do niej, jakby od niej wlasnie zaczynal sie wszechswiat. I rzeczywscie tak bylo: polowa mezczyzn okregu Yoknapatawpha, tych juz zonatych i tych jeszcze nie, rozwazala jak to sie stalo ze akurat im przypadlo w udziale zaistnienie w tym samym punkcie czasu i przestrzeni by, jak Manfred de Spain, ujzec ja, idaca przez Rynek, patrzaca tylko przed siebie, lecz widzaca wszystko i wszystkich. Wzrok ich - wlascicieli sklepow, subiektow, przybylych do miasta farmerow i zwyklych przechodnow az do ostatniego murzyna wlacznie - przyklejal sie do niej, a jej przechodzil przez nich na wylot. Tak, cos takiego bylo w Euli, przed czym nie byl bezpieczny zaden mlodzieniaszek w wieku od lat dziesieciu do osiemdziesieciu i o ile nie byl niewidowmy i gluchy a wiec nieosiagalny takze dla plotki i dla glosow wydawanych przez ludzi sadzacych ze milcza. .....Co prawda Chick Mallison, ow arbuzowy zlodziej onegdaj potraktowany srutem przez Abnera Snopesa, stwierdzil po latach ze Linda tego czegos nie odziedziczyla, ale my nie we wszystkim musimy bezgranicznie ufac Faulknerowi. Obserwowal mieszkancow swego fikcyjnego Jefferson, znal ich na wylot razem z ich drzewami genealogicznymi, ale nie byl wolny od popelnania bledow, od celowego zamieszczania niescislosci, od zmieniania z czasem wersji zamierzchlych wydarzen i przeczenia samemu sobie gdy chcial sie przekonac ilu zadeklarowanych czytelnikow zasypie go znow listami, wytykajac mu to czy tamto. .....Tak wiec i Lucius - choc to on byl tym, kto ich oboje prowadzil i kto mogl bez pytania siegac po jej, Lindy, prawdziwy mysliwski noz gdy mu byl do czegos potrzebny - takze i Lucius wiec juz wiedzial, a w kazdym razie tez juz sie zaczynal domyslac, jak niebezpieczne dla czterdziestoletniego mezczyzny moga byc czternasto czy pietnastoletnie dziewczynki. Tym samym oboje osiagneli kompromis, niejako stan zbrojnej rownowagi, ktory pozwolil im dalej isc w milczeniu. .....Proba tego nowego sojuszu nastapila dosc szybko, gdy przed poludniem dotarli w koncu na grzbiet i skrecili pod katem prostym, ruszajac polonina miedzy zolta trawe, ktora dwie noce wczesniej przygniatal snieg, a ktora teraz scielila sie falami i lapala ich za nogi jesli idac nie podnosili ich wystarczajaco wysoko. W ktoryms momencie, w przeswicie lasu ponizej, zobaczyli polane z malenkim z tej odleglosci mysliwskim szalasem, ktorego dach zostal niedawno unowoczesniony przy pomocy kilku galezi i kilku dobrze odmierzonych kopniakow. Przygladali mu sie przez jakis czas, az w koncu znudzone tym slonce wyjzalo zza wodnistej zaslony nieba. Chatka wygladala zapraszajaco, choc wiedzieli ze w metalowej puszce pod podloga nie znajda juz ani odrobiny maki. ..... .....- Ale nic im nie bedzie i wszystko dobrze sie skonczy, prawda? .....- Oczywiscie, Malpko. Beda zyli dlugo i szczesliwie. ..... .....A tymczasem wokol, jak okiem siegnac ciagnela sie puszcza, byc moze taka sama jak ta co kiedys otaczala dopiero co zalozone Jefferson. .....Gdy major de Spain, ojciec Manfreda, weteran Wojny i dawny podkomendny generala Compsona, zakladal kolo lowieckie, ktore pozniej mial prowadzic jego syn, wyprawa na polowanie polegala na zalozeniu kapelusza i wyjsciu za dom, gdzie tuz za drewutnia zaczynal sie matecznik i gdzie odglosy kuchni mieszaly sie z glosami dziczy az do miejsca gdzie te domowe cichly na tyle bys mogl juz zajac stanowsko na czatach. I nawet tam jeszcze, gdy w koncu trafila ci sie okazja do oddania strzalu, slyszales doganiajace cie z salonu gratulacje, a gdy kucharka oprawiala juz twa zdobycz, przez okno wlasnej sypialni na pietrze wciaz dopadal cie wiszacy w powietrzu zapach prochu. .....Potem, gdy swoj sklep z towarami zelaznymi zalozyl w miescie Ike McCaslin, na lowy wyruszalo sie juz o swicie, by przed wschodem slonca opuscic linie pol i zaglebic sie w zarosla, nim rosa zdarzy zniknac zaprzepaszczajac szanse na ukrycie sie przed czujnie wietrzaca zdobycza. Okolo poludnia trabiono na obiad i reszte dnia spedzano wokol roznow, pijac i strzelajac do celu, a sfora psow tloczyla sie przy cebrach z wnetrznosciami. .....Jeszcze pozniej - tych czasow Linda wciaz jeszcze pamietac nie mogla a Lucius Hogganbeck pamietal je tylko jako obrazy swego odleglego i byc moze nigdy nie majacego miejsca dziecinstwa - na polowanie wyruszano noca, konno lub bryczka, po sladach wyslanych wieczorem wozow z zapasami, posciela i amunicja. Nad ranem docierano do obozu mysliwskiego, ktory zalozyl Manfred de Spain (czasami nawet, gdy cos go zatrzymalo w Ratuszu przyjezdzal tam w ostatniej chwili swoim halasliwym, czerwonym EMF) i caly nastepny dzien wygladal jak w obozie wojennym przed spodziewana inwazja jankesow: rozsylano patrole, spierano sie, planowano. Nazajutrz, jeszcze po ciemku, rozmieszczano nagonke, ktora poruszajac sie po zalozonych szlakach napedzala zwierzyne na strategicznie usytuowane stanowiska, przyznawane wedle starszenstwa i zrecznosci czy tez szczescia przy poprzednim polowaniu. Ponad hukiem zwyklych strzelb i karabinow od czasu do czasu rozlegal sie ostry trzask sztucera McCaslina, albo nieco glebszy i przewaznie niecelny starego generala Compsona. Wyprawa trwala zwykle kilka dni i procz wszystkiego byla takze wydarzeniem towarzyskim, z wizytami pan ze stowarzyszenia imienia Petrarki wlacznie. .....W czasach gdy Ike McCaslin byl juz nestorem a jego sztucer zdazyl przejsc wymiane zuzytej ze starosci lufy, zepsutego zamka i na koniec takze kolby, tak ze z oryginalnej broni ktora na dziewiate urodziny otrzymal z rak swego dziadka pozostal mu tylko jezyk spustowy, polowanie w obozie mysliwskim, teraz przeniesionym w zupelnie nowe miejsce, rozpoczynalo sie calodzienna podroza przez rozlegle i niekonczace sie polacie bawelny ktora kryla jezdzca na koniu i z ktorej tylko tu i owdzie wystawaly szczyty kurhanow dawnych wodzow Chickasaw. Kolumnie automobili towarzyszyly ciezarowki z psiarnia, namiotami i zastawa stolowa, a na samym koncu podazala zwykle specjalnie sprowadzona chlodnia z dziczyzna na obiad, na wypadek gdyby nagonka po calym dniu chodzenia po lesie zdolala wytropic tylko kilka zajecy i co najwyzej dzika lub borsuka. .....Ale nawet wtedy puszcza wciaz jeszcze istniala, oddalona o siemdziesiat czy dziewiecdziesiat mil w gore Rzeki, przegradzajaca rownine wysoka czarna sciana bez jakiegokolwiek przeswitu, tak ze nawet pedzace na polnoc pociagi ginely w niej bez sladu, mimo swych bunczucznych gwizdow i czarnych piuropuszy. Zblizales sie do tej sciany - pieszo, konna, bryczka czy nawet samochodem - i zawsze widziales te sama nieprzenikniona bariere, ktora rosla nad toba i gdy juz sadziles ze na nia wpadniesz, nagle rozstepowala sie, niezbyt obszernie, ciasno i opornie, otaczala cie od razu ciemnoscia i nieruchomym powietrzem, aby ci dac do zrozumienia ze moze i uda cie sie ja pogwalcic, a moze nawet z niej powrocic calo, ale aby ja poznac i zrozumiec bedziesz musial polegac na czyms wiecej niz tylko to, co tu ze soba przyniosles. .....Wielki Las nie mial wieku ani granic, rozciagal sie wzdluz i w poprzek pola widzenia i pamieci tych co sie z nim zetkneli odkad pierwszy czlowiek, ze strzelba czy tez nie, po raz pierwszy wszedl pomiedzy drzewa. .....Wszyscy ktorzy kiedykolwiek zjawili sie w okregu Yoknapatawpha musieli najpierw przebyc ten las; nim mieli szanse postawic na tej ziemi swoj znak i czynic ja swoja, najpierw musieli poddac sie przynajmniej raz w zyciu dyktatowi tej zyjacej wlasnym zyciem istoty. Oni sami, albo ich przodkowie, nie tylko ci od pokolen zakorzenieni, ktorych obcojezycznie zwykle brzmiace…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Boon — czytnik · opowiadania