Akcja · 15 min czytania
born2die (cz 4)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
23
Wieczorne wiadomości telewizyjne podały informację: – W dniu dzisiejszym, około godziny pierwszej trzydzieści, w jednym z instytutów naukowych podległych resortowi rolnictwa wybuchł groźny pożar. Z czternastu osób zgromadzonych w objętym ogniem laboratorium nie ocalał nikt. Specjalna rządowa komisja bada przyczyny wypadku. W tym samym czasie do willi profesora Carlssona wdarło się kilku mężczyzn. Przeszukali dom od piwnic, aż po strych, włamując się również do sejfu, oraz stojących w garażu samochodów. Po kilku godzinach intensywnej pracy, jeden z nich wyjął z kieszeni telefon, wybrał numer i powiedział: – Chyba nic nie zostawił. Spływamy. Mężczyźni opuścili dom i przeszli do zaparkowanego kilka przecznic dalej samochodu. Podczas jazdy przez most, jeden z nich wyrzucił telefon do rzeki. Mniej więcej w tym samym czasie Linda Werner zatrzymała swoją małą Toyotę na parkingu przed apartamentowcem. Przewiesiła torebkę przez szyję, sięgnęła na siedzenie pasażera po torbę z zakupami, gdy obok niej zatrzymał się motocykl. Motocyklista oparł maszynę na podnóżku i zdjął kask. Potrząsnął głową rozrzucając długie blond włosy i dopiero wówczas Linda zauważyła, że motocyklistą była wysoka, szczupła dziewczyna. – Przepraszam, pomyliłam drogę. Którędy do autostrady? Linda wysiadła z samochodu, by wskazać kierunek. Wtedy zza stojącego obok pickupa podszedł do niej od tyłu jakiś mężczyzna i zdzielił ją gumową pałką w głowę. Dodał jeszcze kilka ciosów, po których Linda osunęła się na beton. Blondynka wyjęła z jej torebki klucze i pieniądze, resztę zawartości wysypując na parking. Wykonała odciski kluczy, po czym również je wyrzuciła. Oboje wsiedli na motocykl i spokojnie opuścili miejsce wydarzenia. Całe zajście obserwował jakiś człowiek ukrywający w cieniu, rosnącego po drugiej strony ulicy drzewa. Po chwili na parkingu zatrzymał się j samochód. Kierowca dostrzegłszy leżąca na betonie Lindę zbadał ją pobieżnie, wyjął telefon komórkowy i wezwał pogotowie. Kiedy ambulans zabrał kobietę do szpitala, ukrywający się pod drzewem człowiek zadzwonił z komórki. – On the sunny side of the street – zanucił. Po godzinie do apartamentowca weszła grupa mężczyzn i wjechała na ósme piętro. Odszukawszy właściwe drzwi, jeden z nich otworzył je dorobionymi kluczami, po czym grupa weszła do mieszkania. Dokładnie spenetrowali wnętrze. Nie znalazłszy żadnych podejrzanych rzeczy, opuścili lokal zamykając drzwi na klucz. W czasie, kiedy w domu profesora Carlssona i doktora Wernera dokonywano przeszukań, stacje telewizyjne podawały dalsze wiadomości dotyczące pożaru: – W uzupełnieniu do informacji z poprzedniego wydania wiadomości dotyczącej wypadku w laboratorium, podajemy, że za jego przyczynę straż pożarna uznała uszkodzenie instalacji gazowej. Do tragicznego finału doprowadziły skandaliczne zaniedbania w zakresie zabezpieczenia przeciwpożarowego. Winnego tych zaniedbań dyrektora instytutu znaleziono martwego w jego własnym gabinecie. Przyczyną śmierci było samobójstwo.
24
Tino wyprowadził Sandrę z kliniki na podjeździe którejczekała na nich taksówka. Zajęli miejsce na tylnym siedzeniu, a Tino podał kierowcy adres. Kiedy taksówkarz jadąc ulicą Pineta Saccheti zaczął ustawiać się na pasie dla skręcających w prawo, Tino zaooponował. – Nie, nie! Proszę jechać koło Watykanu! – Dobrze, wodzu. Ale to nam zajmie co najmniej godzinę. O ile nie utkniemy w korkach – odpowiedział taksówkarz. – To nam może zająć nawet trzy godziny, bo w kilku miejscach zatrzymamy się – odrzekł Tino. Kierowca tylko wzruszył ramionami i wrócił na pas dla jadących na wprost, by potem skręcić w lewo. Podczas jazdy Tino opowiadał Sandrze o mijanych miejscach. Kilkakrotnie zatrzymywali się na chwilę, a na Piazza Della Bocca Della Verita Sandra przykazała Tinowi wyznać miłość z ręką trzymaną w groźnych ustach. Tino z udawanym strachem wzbraniał się przed tym, jednak po chwili pełnym powagi głosem powiedział: – Kocham cię, ponad życie, Sandro. Zawsze będziesz moją miłością. A teraz ty! – Mowy nie ma! – zaczęła się przekomarzać. Mam zamiar w dalszym ciągu grać na swoim flecie. Brak wzroku tego nie wyklucza, ale brak ręki... Roześmiani wrócili do taksówki i ruszyli w dalszą drogę, by po około dwóch godzinach dotrzeć do kamienicy przy via Tuscolana, gdzie Tino wynajął mieszkanie.
Część 22 / 2
W kilka tygodni później odbył się cichy ślub, w którym uczestniczyło tylko kilkoro koleżanek i kolegów Sandry z konserwatorium. Nawet świadkiem Tina był jeden z nich.
25
Któregoś wieczora, podczas kolacji Sandra zwróciła się do męża: – Wiesz co, kochanie, chciałabym podjąć pracę. Może mogłabym uczyć muzyki? – Ależ Sandro, wcale nie musisz pracować. – Chcę pracować, panie Bianchi. Ty tak dużo pracujesz... Nie chcę być dla ciebie ciężarem. A zresztą nudzę się kiedy jestem sama. Nie mogę czytać, ani oglądać telewizji.. – zaczęła podnosić głos. – Nie mogę nawet piec, gotować i sprzątać! – niemal wykrzyczała ostatnie słowa. – ... – Tino, zrób coś! Dlaczego nie odpowiadasz? Czy powiedziałam coś niewłaściwego? – Słuchaj, Sandro – muszę ci coś wyznać. – rozpoczął z trudem. – Długo się wahałem, ale sądzę, że powinnaś poznać prawdę o mnie. Po pierwsze, nie nazywam się Bianchi, tylko Venturi, a po drugie wcale nie pracuję. Nie mogłem wziąć z tobą ślubu pod prawdziwym nazwiskiem, gdyż Tino Venturi jest poszukiwany przez prokuraturę za spowodowanie śmiertelnego wypadku samochodowego. Co do mojej pracy – również cię okłamywałem – prawda jest taka, że jestem członkiem organizacji terrorystycznej. Ten wypadek w studio, to również jest moja wina. Sandra w pierwszej chwili zdawała się nie rozumieć, o czym Tino mówił. Po chwili spochmurniała, wstała od stołu i skuliła się w fotelu. Zapadło głuche milczenie. Pierwsza przerwała je Sandra. – Więc ty brałeś udział w tym zamachu, w którym mnie... – Tak, to był w ogóle mój pomysł. – I gdyby nie ten wypadek, to nigdy byśmy się nie poznali? – Najprawdopodobniej, nie. – A więc, tylko dzięki temu wydarzeniu mogliśmy się poznać... Widocznie Bóg tak chciał. Kocham cię, Tino i wybaczam. Tino uklęknął u jej stóp, położył głowę na jej kolanach i wybuchnął płaczem, a Sandra zawtórowała mu przerywanym szlochem. – Cieszę się ogromnie, Sandro – rzekł nieco uspokojony Tino – że to wyznanie mam już poza sobą. Kocham cię, uwielbiam. Jestem gotów oddać życie, byś była szczęśliwa. – Nie chcę, byś oddawał życie. Chcę, byś żył długo i chcę mieć z tobą dziecko. I nie chcę, Żebyś należał do tej organizacji. Zerwij z nimi – przecież ty nie jesteś stworzony do zbrodni. – Już dawno chciałem to zrobić, ale to nie jest takie proste. Jeden z moich kolegów uciekł, chcąc się oddać w ręce władz i został bezlitośnie zamordowany. – A więc nie ma odwrotu? – Niestety, nie. Chyba, że chcesz zostać młodą wdową. – To ucieknijmy gdzieś razem. Gdzieś daleko, gdzie nikt nas nie zna. Będziemy mogli żyć spokojnie, wychowywać dzieci i zapomnieć o przeszłości. Jeśli zostaniemy tutaj, zabiją cię karabinierzy, albo twoi kumple. Nie chcę tego! Nie mogę cię stracić! Przecież nie mam nikogo, prócz ciebie. Zapadło milczenie, które ponownie przerwała Sandra: – Tino... to jak naprawdę się nazywam? Bianchi,