thriller · 17 min czytania
Borys uciekinier.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Nikt nie zwracał szczególnej uwagi na pewnego mężczyznę, nerwowo kręcącego się po jednym z peronów na warszawskim dworcu zachodnim. Mężczyzna ten niczym specjalnie się nie wyróżniał. Może tylko lekko niechlujnym wyglądem. Może też ciemnymi włosami sięgającymi mniej więcej do szyi, poprzecinanymi w kilku miejscach cienkimi pasemkami siwizny. Nie miał przy sobie niczego oprócz niebieskiej plastikowej torby, w której trzymał tekturowe pudło po butach. Ściskał je troskliwie pod pachą, mimowolnie dając światu do zrozumienia, że jest w nim coś niezwykle ważnego i cennego.
Chodził równym, sztywnym krokiem. Trochę tak, jakby gdzieś się śpieszył. Albo raczej jak ktoś, kto ma poważny problem, lecz nie wie jak sobie z nim poradzić. Wzrok miał nieobecny, patrzył gdzieś przed siebie, starając się kontrolować trajektorię swojego nieprzytomnego spaceru ledwie na tyle, by nie wpaść na ławkę lub kosz na śmieci. Dochodził do stalowej balustrady na krańcu peronu, robił zwrot, zaczynał kolejną turę. Pasażerowie czekający na swoje pociągi, szybko przestali go zauważać. Wydawał się być ostatecznie niegroźny, choć przecież nigdy nic nie wiadomo. Lepiej nie szukać takiego spojrzeniem, bo to grozi kontaktem wzrokowym, a ten często bywa dla wielu pretekstem do zaczepki.
W tym czasie przyjechało i odjechało kilkanaście pociągów. Ludzie wsiadali albo wysiadali, znikali w wagonach i w womitoriach prowadzących do podziemnych przejść. Zmieniały się konfiguracje osób zajmujących ławki. Bywały chwile, kiedy peron się zapełniał, by minutę później niemalże całkowicie opustoszeć, wtedy mężczyzna zostawał na nim praktycznie sam. Nie zwracał uwagi na otoczenie, przytulał co jakiś czas mocniej torbę z pudłem, i wciąż niestrudzenie maszerował przed siebie, niczym lunatyk nakręcony na sprężynę.
W pewnej chwili ze zgrzytem i piskiem wtoczył się kolejny pociąg. Zwykły pośpieszny, setki podobnych przemierzają krajowe trasy o każdej porze dnia i nocy. Wagony nawet nie były specjalnie brudne. Komputerowo generowane zapowiedzi wygłaszane przez robota-kobietę, zlewały się ze wszystkimi pozostałymi dworcowymi odgłosami w jedną zgrzytliwą papkę. Miasta przeznaczenia, spóźnienia, odwołania pociągów. Życzymy przyjemnej podróży.
Jego natomiast pochłaniały zupełnie inne myśli, na zupełnie inny temat.
Wtedy nagle się zdecydował. Zatrzymał się w miejscu. Wykonał dwa szybkie kroki w prawo, pewnym chwytem złapał za grubą dźwignię u drzwi pociągu. Nie zerknął nawet na przymocowaną do ściany wagonu białą tabliczkę z nazwą miasta, w ogóle go to nie interesowało. Ważniejszy był sam akt decyzji - trzeba uciekać i to jak najszybciej. Zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu.
Pociąg, nie zapełnił się jeszcze pasażerami. Mężczyzna ruszył przed siebie wąskim korytarzem. Szedł nim tak długo, aż wreszcie znalazł zupełnie pusty przedział. Szybko dokonał aneksji wolnej przestrzeni, boleśnie przesyconej charakterystycznym wagonowym zapachem. Zasunął szczelnie brązowawe zasłonki usiane ciapkami logotypu przewoźnika, ciężko klapnął na fotelu przy oknie - po prawej stronie patrząc od strony wejścia. W przedziale panowała niemal idealna cisza. Przez zamknięte okno z trudem wciskały się stłumione i popędliwe odgłosy dworca.
Część 22 / 3
Mężczyzna przysunął do siebie swoją plastikową torbę, przymknął oczy. Relaks - to byłoby w jego sytuacji zbyt mocne określenie. Chłonął w każdym razie całą mocą tę ulotną chwilę spokoju, która jeszcze bardzo długo mogła się nie powtórzyć. Aż mu zaszumiało od niej w głowie. Potarł twarz dłońmi, nie otwierając oczu. Pod palcami poczuł niegolony od kilku dni zarost.
Ale się porobiło, pomyślał. On, wiecznie przesadnie zadbany, zawsze elegancki. A teraz kręci się po tanich pociągach, obskurnych peronach, w wymiętej koszuli dżinsowej, sztruksach. Z zarośniętą twarzą i zapuszczonymi, długimi i przetłuszczonymi włosami. Od kilku dni się nie mył. Kwestia priorytetów. Ucieczka w tej chwili była najważniejsza.
Marzył tylko o tym, by nikt się do niego nie dosiadł. Jeśli już miał podróżować w nieznane, wolałby to czynić w samotności. Nie wierzył jednak w aż takie cuda. Ale cud stał się faktem.
Całkiem sporo osób krążyło po korytarzu w poszukiwaniu wolnych miejsc. Co kilka sekund ktoś uchylał drzwi do jego przedziału. Nikt jednak nie chciał zdecydować się na wspólną podróż z dziwnym osobnikiem ściskającym niebieską reklamówkę. Kilkukrotnie przez szparę między zasłonkami czyjeś oczy lustrowały badawczo wnętrze przedziału, na sekundę zatrzymywały się na tym jednym, jedynym zajętym fotelu i błyskawicznie znikały.
Pomyślał, że musiał chyba bardzo zmienić się na twarzy. Zaczął odstraszać obcych ludzi. To wszystko z nerwów. I z napięcia. Uznał ostatecznie, że to wcale nie tak źle. Nie będzie musiał za bardzo się martwić, że ktoś się do niego doczepi i będzie oczekiwał przedziałowych pogaduszek. Zwykle przyciągał towarzystwo ludzi. Zwłaszcza kobiet. Teraz jednak chyba mu to nie groziło, tak przynajmniej sądził. Nie w tym stanie.
Pociąg ruszył wreszcie, ruch na korytarzu zamarł. Gapił się bezmyślnie w okno na przelatujące przed jego oczami domy, wiadukty, słupy i drzewa. Jego powieki nabierały coraz większego ciężaru. Ze wszystkich sił starał się nie zasnąć. To niebezpieczne w jego sytuacji. Po kilku minutach jednak porwał go płytki sen i powlókł w rozmyte mary.
Śniło mu się, że ucieka przed jadącym za nim pociągiem. Czuł w sobie jakąś gigantyczną energię, która pozwalała na swobodne wyprzedzanie pośpiesznego i to ze sporym zapasem. Czuł też jednak, że siła ta powoli bo powoli, ale jednak bezlitośnie się wyczerpuje. Sen nie pozwalał na skręt w bok. Wywołało to w nim potężny lęk, tak silny, jakiego nigdy chyba nie czuł na jawie.
Część 33 / 3
Obudziła go głośna gromadka. Dwójka małych dzieci - chłopczyk i dziewczynka w wieku mniej więcej siedmiu, ośmiu lat. Pod przewodnictwem ojca targającego dużą walizę. Widać było, że chłop ma już trochę dość. Dzieciaki dokazywały, śpiewały, kręciły się po wąskim korytarzu niczym elektryczne owady.
- Można? - zapytał ojciec. - Proszę - mruknął niezbyt zachęcająco mężczyzna z niebieską torbą. Od razu potem wbił wzrok w szybę. Nie zaczepiać, nie zagadywać - taki miał być przekaz tej mowy ciała.
Dzieci natychmiast pokazały różnicę w charakterach. Chłopczyk o ciemnych włosach i bardzo mądrym spojrzeniu, gdy tylko zauważył, że jedzie z nimi ktoś jeszcze, przestał szaleć i usiadł obok ojca, który zajął środkowy fotel. Dzieciak wybrał miejsce jak najdalsze od nieogolonego mężczyzny, przy drzwiach. Jeśli już kierował swój wzrok na niego, to tylko przelotny, nieufny.
Dziewczynka natomiast nie zamierzała siadać, choć ojciec kilkukrotnie o to prosił. Jedyne co ją w tej chwili interesowało, to ten pan siedzący naprzeciwko nich. Oparła się główką o blat podokienny, zastygła i przyglądała mu się, jakby zobaczyła właśnie żywego delfina. Nigdy nie widziała z bliska człowieka w tym wieku, który miał włosy dłuższe niż przeciętni dorośli płci męskiej. W dodatku czarne, jak u indianina. Ten człowiek wyglądał na smutnego, albo czymś przestraszonego. A ona to doskonale wyczuła. Bardzo ją też ciekawiło, ile on może mieć lat. Więcej niż tata, czy mniej? Szybko wymyśliła odpowiedni fortel.
- Tato - zagadnęła ojca, który z trudem szykował kanapki dla swoich dzieci - ile ty masz lat? - Trzydzieści dziewięć - odparł machinalnie ojciec. Ciężko mu szło odpakowywanie kanapek i układanie ich na prowizorycznej tacy rozłożonej na jego własnych kolanach, a utworzonej z jakiegoś grubego magazynu o autach. - A pan, ile ma lat? - mała natychmiast zwróciła się do obcego z tym samym pytaniem. - Majka! - syknął ojciec - siadaj na miejscu, prosiłem cię już dziesięć razy. Przepraszam pana. - zwrócił się do współpasażera i dopiero wtedy przyjrzał mu się uważniej - urwanie głowy z tą dzieciarnią.
Mężczyzna pod oknem kiwnął głową na znak, że przeprosiny zostały przyjęte. Zrobił to nie odwracając twarzy od okna. Dziewczynka wydała mu się zabawna i być może odpowiedziałby na jej pytanie, gdyby nie czuł się tak spięty i rozdrażniony. Bał się, że gdy spojrzy na nią, to ona zada jeszcze jedno pytanie tego typu i on wtedy nie zapanuje nad sobą. Popełnił jednak pewien błąd.…