Fantastyka · 21 min czytania
Boski plan
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W sali konferencyjnej, przy dużym stole zgromadziło się kilkanaście osób. Wyglądało to jak zwykłe spotkanie biznesowe – przed każdym z uczestników leżały jakieś niezmiernie ważne papiery, kawa i drobny poczęstunek. Przed większością stały włączone laptopy. I tylko osoby uczestniczące w spotkaniu wyglądały dziwnie. Można by się spodziewać poważnych biznesmenów w drogich garniturach, skupionych i zamyślonych. Ale już sama postura zgromadzonych zdradzała, że coś jest nie tak. Dyrektorzy wielkich koncernów to zazwyczaj podstarzali panowie, często z brzuszkiem wyhodowanym w drogich restauracjach. Tutaj było zupełnie odwrotnie – wszyscy w kwiecie wieku i wyglądem bardziej przypominający sportowców niż osoby pracujące za biurkiem. Również stroje dalece odbiegały od kanonów – można tam było dostrzec zarówno starożytne tuniki jak i modne hawajskie koszule. Światowid siedział na samym końcu stołu. Ubrany w czarną skórę i wytarte dżinsy przechylony na krześle, opierał nogi o blat. Nosił krótkie, ciemnoblond włosy i okalającą twarz brodę, która sprawiała wrażenie zaniedbanej. W rzeczywistości poświęcał dużo czasu każdego dnia by zapewnić jej taki właśnie wygląd. Nie sprawiał wrażenia zadowolonego. Nienawidził tych boskich narad. Ciągnęły się godzinami a nic konkretnego z nich nie wynikało. Niemal zawsze kończyły się wspominaniem „starych dobrych czasów”. Kiedyś było faktycznie lepiej, Światowid był pierwszym, który to potwierdzi, ale nie można żyć przeszłością. Znudzony przyglądał się barwnemu towarzystwu. Zeus jak zwykle flirtował – tym razem z dwiema skąpo ubranymi blondynkami. Thor polerował młot zupełnie nie zwracając uwagi na otoczenie. Allah lewitował dwa metry nad podłogą medytując w skupieniu, a tuż obok niego temu samemu zajęciu oddawał się Sziwa. Nieco dalej siedział baron Samedi z wymalowaną na biało twarzą, w czarnym garniturze i jak zwykle w czarnym cylindrze. Ręce opierał na gustownej lasce i z zadowoleniem malującym się na twarzy palił cygaro. Pozostali unikali go jak ognia, twierdzili, że ich przeraża. Ale Światowid był odmiennego zdania. Wystarczyło go trochę lepiej poznać, a okazywał się naprawdę porządnym gościem. Dalej siedzieli między innymi Re, Tezcatlipoca i jeden z japońskich bogów, którego imienia nie pamiętał. Reprezentanci największych religii świata. Zarówno tych wymarłych jak i istniejących do dziś. Banda oszołomów. Kiedy Światowid po raz kolejny zaczynał się zastanawiać po co on tu właściwie siedzi, do sali wszedł Mojżesz. Bóg zdziwił się lekko. Prorok nie był częstym gościem ich spotkań. - A gdzie Dżizas? – zapytał Sziwa. Najwyraźniej nie tylko Światowid był zaskoczony. - Ma ważne spotkanie – odpowiedział Mojżesz. – A teraz, skoro już wszyscy tu jesteśmy, zacznijmy dzisiejsze zebranie. I postarajcie się skupić. Tym razem to poważna sprawa. – Zrobił efektowną pauzę i zmierzył wzrokiem zgromadzonych. – Za chwilę połączymy się z Szefem. Ma nam do zakomunikowania ważną sprawę. Nie skompromitujcie się, proszę. Nie słysząc słowa sprzeciwu nacisnął przycisk na pilocie. Z sufitu powoli opuścił się płaski, duży ekran. Wszyscy zwrócili się w jego stronę. Przez kilka chwil nic się nie działo, potem ich oczom ukazała się kosmos. Wielka, ciemna pustka, gwiazdy, planety w oddali. Widok zapierający dech w piersiach. Usłyszeli głos, głęboki i pozbawiony emocji. - WITAJCIE. NA PEWNO ZASTANAWIACIE SIĘ PO CO WAS WEZWAŁEM. MAM DLA WAS ZADANIE. OSTATNIE ZADANIE. Po tych słowach zapadła cisza absolutna. Bogowie wstrzymali oddechy, zastygli w bezruchu. Nikt nie spodziewał się czegoś takiego. „Odejdzie?” – zastanawiali się gapiąc się w ekran i czekając na ciąg dalszy przemówienia. - POSTANOWIŁEM, ŻE NADSZEDŁ CZAS NA KONIEC ŚWIATA. TRZEBA TO SKOŃCZYĆ. DECYZJĘ JAK I KIEDY DOKŁADNIE TO NASTĄPI, POZOSTAWIAM WAM. UFAM, ŻE ZROBICIE TO JAK NALEŻY. ŻYCZĘ POWODZENIA. Po tych słowach ekran wyłączył się i bezgłośnie wsunął w sufit. Nikt się nie odezwał, nie wiedzieli co powiedzieć. Trwało to trzydzieści sekund... Minutę... Dwie... I nagle cisza się skończyła. Zaczął się chaos. Bogowie krzyczeli, jeden przez drugiego. Każdy miał coś ważnego do powiedzenia i nikt nie chciał czekać. Zeus rzucił się na Thora, zaczęli tarzać się po grubym dywanie okładając się pięściami. Iskry sypały się na wszystkie strony. Mojżesz bezskutecznie próbował ich rozdzielić. Allah schował się pod stół. Na szczęście nikt jeszcze nie zdążył wpaść na pomysł użycia boskich mocy, ale niewiele brakowało. Tylko Światowid i Samedi siedzieli jakby nic ich nie obchodził cały ten koniec świata. W pewnym momencie baron nie wytrzymał. Pokręcił zrezygnowany głową i wrzasnął na cały głos: - SPOKÓÓÓÓJ! Brzmiało to jakby jego krzyk wchłonął wszystkie inne dźwięki. Szyby zaczęły drgać, wibracje przeszywały cały budynek. Skończył gdy wszyscy zastygli w bezruchu. Nagła cisza dźwięczała w uszach. - Dziękuję – powiedział cicho. – Nie zachowujmy się jak zwierzęta. Trochę godności! W końcu jesteśmy bogami! Pozwólcie Mojżeszowi poprowadzić spotkanie. - Dzięki ci Samedi – powiedział Mojżesz wygładzając pomiętą szatę. – Zajmijcie wasze miejsca. Dobrze. Chyba możemy zacząć. – Rozejrzał się po wzburzonych jeszcze, ale już spokojnych bogach. – Mamy do omówienia kilka bardzo ważnych kwestii. Zacznijmy może od sprawy najprostszej... Czyli kiedy? Kiedy chcemy rozpocząć koniec świata? Nie muszę chyba mówić wam, że nie może to być termin bardzo odległy, prawda? Jakieś propozycje? - Dwudziesty pierwszy grudnia dwa tysiące dwanaście, czasu ludzkiego – powiedział jeden z nich. To chyba bóg słońca Majów. - Dlaczego akurat taka data? – zapytał Mojżesz. - Kalendarz mi się wtedy kończy. - Data dobra jak każda inna – poparł kolegę Wirakocza. Po sali poniósł się pomruk aprobaty. Nikt nie miał szczególnych zastrzeżeń. Bo i po co wykłócać się o jedną datę. Są sprawy istotniejsze. - A więc ustalone. Mamy nieco ponad dwa lata. W sam raz na przygotowania. Przejdźmy zatem do drugiej kwestii. Dalece bardziej istotnej... Jak to zrobimy? - To przecież oczywiste! – zagrzmiał Thor. – Ragnarok! - Sam jesteś Ragnarok! – krzyknął Zeus zrywając się z miejsca. – Ja ci dam! Wojny bogów mu się zachciewa! Ze mną się zmierz jak jesteś taki niewyżyty! Co to? Że ma być po twojemu? Lepszy jesteś od nas czy jak? - Spokój panowie! Jest nas wielu... i każdy ma własną wizję końca... Ale świat jest tylko jeden. Musimy dojść do kompromisu. Zorganizujemy więc głosowanie. Na jutro każdy z nas przygotuje własny scenariusz tego wydarzenia. Taki plan powinien zawierać szczegółowy opis zagłady świata, kompletny kosztorys i terminarz. Tutaj jakiekolwiek opóźnienie jest niedopuszczalne. Kiedy już wszystkie pomysły zostaną zebrane, zapoznamy się z nimi i w drodze głosowania wybierzemy jeden. Myślę, że możemy też przeprowadzić krótką, powiedzmy tygodniową, kampanię wyborczą. Czy to wam odpowiada? Nikt się nie sprzeciwił. - Zatem do zobaczenia jutro. Życzę powodzenia... I niech zwycięży najlepszy.
Bogowie opuszczali salę jak na bogów przystało. Dematerializowali się w oślepiającym blasku, przemieniali się w dym lub ptaki i wylatywali przez okna, albo zwyczajnie znikali. Jedynie Światowid i Samedi postanowili skorzystać z windy. Kiedy jechali na dół, baron przyglądał się swemu stropionemu towarzyszowi. - Wyglądasz na zmartwionego – powiedział. - To przez ten koniec świata. - Co się przejmujesz? Będzie koniec, to będzie. Aż tak przywiązałeś się do tej marnej egzystencji? - Nie o to chodzi. Jestem słowiańskim bogiem. Mam swój honor. Nie chcę zginąć pod dyktaturę jakiegoś czubka z młotem... A tak to się pewnie skończy, Thor ma plan już od wieków, dopracowany, efektowny, z rozmachem... Zresztą Jezus też jest nieźle przygotowany. Nie wiem jak reszta, ale z tą dwójką i tak nie mamy szans. - No a ty? W twojej wierze nie ma armagedonu? - Nie wiem. – Światowid wyraźnie oklapł. – Nie pamiętam. Ludzie nie pamiętają. Skąd mam wiedzieć? - Coś wymyślisz. Jestem tego pewien. – Samedi uśmiechnął się tajemniczo i poklepał kolegę pocieszająco. Winda zatrzymała się i wypuściła ich do dużego holu. – Do zobaczenia jutro! I nie łam się, jakoś to będzie. Światowid patrzył za oddalającym się baronem. Po chwili, zrezygnowany opuścił budynek. Szedł ulicą nie zwracając uwagi na otoczenie. Kilka razy wpadł na kogoś, odruchowo burknął „przepraszam” i dalej parł naprzód. Nie miał konkretnego celu. Nogi same go niosły, był zbyt zajęty rozmyślaniem, żeby patrzeć dokąd idzie. Kiedy wreszcie zatrzymał się i rozejrzał, stwierdził, że stoi przed barem Olimp. Mało oryginalna nazwa, ale Dionizos nigdy nie lubił się przemęczać. Napisał na szyldzie swojej knajpy pierwsze co przyszło mu do głowy. Światowid wiedział, że to nie może być zbieg okoliczności, że znalazł się akurat tutaj. Nie zastanawiając się długo wszedł do środka. Gdy tylko przestąpił próg, poczuł jak spływa na niego odprężenie. To jeden z czarów tego miejsca – każdy bóg czuł się tutaj jak w domu. Dionizos pomachał zza baru na powitanie. - Witaj Światowidzie! Jak miło cię wiedzieć! Co podać? Mam doskonałe francuskie wino, rocznik pięćdziesiąty czwarty. - Daj spokój. Dobrze wiesz, że nie cierpię tych twoich wynalazków. Wódki polej. - Nie wiesz co dobre – skwitował barman, ale posłusznie nalał pięćdziesiątkę czystej. Obserwował jak Światowid bez najmniejszego skrzywienia wychyla kieliszek. Nic nie mówiąc napełnił kieliszek. Potem jeszcze raz i jeszcze jeden. – I jak? Lepiej? - Trochę. - No to mów o co chodzi. Wyglądasz na zmartwionego. - Szef zażyczył sobie końca świata. - Słyszałem. To dla ciebie taki problem? - Tak. Chciałbym zginąć po swojemu, a nie w jakimś Ragnaroku. - A co to za różnica? - Dla mnie ogromna! Kiedyś byłem potężny! Władałem wielkimi krainami, tysiące ludzi oddawały mi cześć. Chyba zasłużyłem na słowiański armagedon, prawda? - Stwórz własny projekt i licz na szczęście w głosowaniu. Spróbuj przekonać innych do swojego pomysłu. Podobno będziecie mieć na to jakiś czas. Dobra kampania to połowa sukcesu. - Pieprzenie. Nalej mi jeszcze. Siedzieli tak do późna rozmawiając o pierdołach, wspominając stare, dobre czasy i pijąc do nieprzytomności. Światowid wódkę, Dionizos oczywiście wino. Istotom wyższym niełatwo się upić, ale nie jest to niemożliwe. Gdy słowiański bóg opuszczał Olimp, zataczał się już poważnie. Świat wirował mu przed oczami mamiąc zmysły. Szedł do parku. Normalnie po prostu przeniósł by się do jakiejś puszczy, w otoczeniu…