Fantasy · 15 min czytania
Bracia Rozróba cz 1 + 2 + 3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
To opowiadanie nie ma planu – wymyślam je na bieżąco. To znaczy, wiem (mniej więcej) co bohaterów spotka w przyszłości, ale dokąd ich to zaprowadzi – nie mam pojęcia. Dalsze części – ile ich będzie i kiedy się pojawią – tego też nie wiem. Proszę o komentarze, będą dla mnie cenne.
* * * * *
Oto opowieść o braciach, których czyny opiewają bardowie całego królestwa. Wiedzcie jednak, że nie wszystko w ich życiorysach wyglądało tak, jak opisują to kroniki. Szczerze mówiąc, kiedyś nie darzono ich tytułami – w każdym razie godnymi powtórzenia. Dawno, dawno temu, zanim alchemik Xian wynalazł piasek który wybucha, a Szalony Czarnoksiężnik zmienił swą wieżę w latający pojazd...
* * *
– Bracia „rozróba”! – Nalana twarz karczmarza Gwidona wyrażała zdecydowaną dezaprobatę – Co tym razem? – Dwa piwa – Bolesław wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. – I żadnych kłopotów. Tym razem – dodał ciszej Mieszko. – Ja myślę – prychnął Gwidon. Siedli na ławie w rogu sali, nieopodal miejsca gdzie kilka dni temu Bolesław znieczulił taboretem dwu bywalców gospody „Pod Turzym Łbem”. – Więc, bracie? Jak tam żywot żaka? Nos w pergaminach, palce w inkauście? – Przestań. Od kiedy zostałeś giermkiem zrobiłeś się nie do zniesienia. Przy twoich harcach jednak chyba nieprędko zdobędziesz ostrogi. Aby być rycerzem nie wystarczy rozbić parę głów. To kodeks... – Nie truj jak nasz brat półgłówek – roześmiał się Bolesław – tej całej etykiety mam powyżej uszu. Od rana do wieczora chodzenie jakbyś kij połknął... Lech starał się zostać bardem. Chociaż na lutni grał całkiem nieźle, to jego poezja nie spotykała się z uznaniem. Zwłaszcza Bolesława. No i był jeszcze Czcibor, ale z naciskiem na był. Ponieważ urodził się ze znamieniem, odesłano go do Gaord kiedy tylko skończył 6 lat. A z Gaord mało kto wracał. „Wybrańcy” (nieszczęśnicy) ze znamieniem rzadko przeżywali długi, ekstremalnie trudny okres szkoleń. A nawet jeśli któremuś to się udało – to dla większości z nich pierwsza misja była ostatnią. Niebezpieczny fach... Tak więc o nim nie wspominali. Czcibor i Lech byli bliźniakami, liczyli (w każdym razie Lech, który na szczęście dla siebie nie miał znamienia) 21 wiosen. Mieszko miał 19, a Bolesław o 2 mniej. Mimo, iż był najmłodszy, rozstawiał rodzeństwo po kątach. Brat „bard” miał według niego coś nie tak z głową, a brat „żak” z kolei pomimo niekwestionowanej inteligencji marnował życie na pergaminy i inkaust. Bolesław natomiast lubił proste przyjemności: fechtunek, jazdę konną, piwo i białogłowy. „Nie takie z nich damy – zwierzał się czasem pąsowiejącemu Lechowi – za jakie chcą uchodzić”. Ojciec z matką zmarli w czasie zarazy, gdy oni byli jeszcze mali. Przygarnął ich wuj, który zapewnił im opiekę i wejście na dwór – wszystkim trzem: giermkowi, żakowi i bardowi. W takiej też kolejności byli poważani. Miecz liczył się bardziej niż pióro, a lutnia... cóż.
Część 22 / 2
Mieszko wrócił do swej komnaty lekko zawiany. Może i Bolesław miał trochę racji: żywot żaka – skryby nie był zbyt pasjonujący. Jednak brat nie wiedział wszystkiego. Bowiem bakałarz u którego mieszkał kątem, zajmował się czymś więcej niż „zwykłymi” księgami. Mieszko przypadkiem odkrył gruby, oprawiony w skórę tom. Od razu wyczuł z czym ma do czynienia. A strona tytułowa upewniła go, że ma rację... Przed mistrzem nie przyznał się do potajemnej lektury zakazanych słów. „Bakałarz” żył więc w nieświadomości kto rośnie mu pod bokiem, ale i „żak” nie o wszystkim wiedział. Księga została bowiem opatrzona przez właściciela niezwykle silnym czarem ochronnym. Tylko ktoś znający skomplikowane kontr-zaklęcie, lub posiadający wrodzony talent mógł w niej wyczytać to, co naprawdę zostało zapisane. A Mieszko nigdy wcześniej nie zetknął się z magią, nie wspomniawszy już o zawiłych formułach...
– Wynoś się stąd przeklęty szarpidrucie! – Doniczka rozbiła się na bruku niedaleko Lecha. – Piej te swoje serenady pod innym oknem! Żebyś jeszcze nie próbował śpiewać, to dałoby się tego słuchać. – Co za ignorant – westchnął niedoszły bard. – Ale jak taki prostak może wznieść się na wyżyny poezji? Jemu tylko ceny tkanin w głowie. Za to jego córka... Gdybym tylko poznał jej imię... Biedny Lech znowu został uderzony uczuciem wyższym. Miał teraz wenę, żył niczym w transie. Melodie same wypływały mu spod palców, gdy sięgał po lutnię. Tylko jego wiersze wciąż nie znajdowały zrozumienia. Lech zakochiwał się mniej więcej dwa, trzy razy na rok. Komponował, grał, pisał, recytował, śpiewał, cierpiał, odkochiwał się i zakochiwał od nowa... Taki już był. Nie sypiał po nocach, źle się odżywiał, wiecznie zapatrzony w chmury potykał się o to, co miał pod nogami. Jeden tylko pstrokaty strój barda miał w dobrym stanie, reszta jego odzienia była wytarta i pełna łat. On jednak nie zwracał uwagi na tak przyziemne sprawy. I tak, układając w myślach kolejny rym dla „najpiękniejszej z niewiast”, o mało nie wpadł pod końskie kopyta. – Jak leziesz, baranie! – wrzasnął woźnica. A obok niego siedziała... – Och – jęknął Lech zapominając o córce tkacza.
Tak to się zaczęło. Troje braci plus splot wydarzeń w jaki się zaplątali. Jeszcze nie wiedzą, że za kilkanaście wiosen dzieci będą się o nich uczyć z królewskich kronik... A czasy były niespokojne. Cesarz z zachodu zdradzał objawy choroby umysłowej, głosząc idee ekspansji Cesarstwa na wschód, północ, zachód i południe. Co gorsza, bredził coś o tym, że niebieskoocy blondyni zostali stworzeni przez bogów tylko po to, aby być sługami brązowookich szatynów. Car ze wschodu nie był szalony, miał jednak kilkakrotnie liczebniejszą armię od innych królestw, stąd uważał, iż wszyscy wokół są jego wasalami. Królestwo Akslop kaprysem bogów leżało na mapie pomiędzy terenami cesarza Alfonsa i cara Władimira... Wojna stała u wrót. Ponieważ jednak w przeszłości mieszkańcy Akslop wielokrotnie spuszczali wpier... hmmm, odnosili zwycięstwa nad czarnym sztandarem zachodu i czerwonym wschodu, paniki nie było.
* * *
Wieczór zapowiadał się nieciekawie. Mistrz nakazał Mieszkowi posegregować stos pergaminów, a jemu po spotkaniu z Bolesławem dymiło trochę z czuba. Psiakrew, żeby choć raz się wyspać... Przeklęte zapiski. Że też nie posegregują się same. To proste – wyobraził sobie litery w górnych lewych rogach stron – jak układają się w porządku alfabetycznym. Zaśmiał się z absurdalnej myśli, po czym padł na łoże nagle osłabiony. Za dużo piwa... Zerwał się nagle na nogi. Był ranek, a mistrz w jego komnacie sprawdzał pracę którą miał wykonać. Dostanie mi się teraz... Trzeba było to zrobić zamiast pić z bratem... – Doskonale – bakałarz Rościsław wyglądał na szczerze zadowolonego. – Nie sądziłem, że tak szybko się z tym uporasz. Tym bardziej, że przysiągłbym po odgłosach chrapania, że położyłeś się wcześnie. – Ehemmm... – zaczął Mieszko. – Doskonale. A teraz biegnę do grododzierżcy. Muszę mu pomóc w spisie stanu zbrojowni i takie tam. Pozamiataj tu tylko i masz wolne. Osłupiały Mieszko zamknął za swoim mistrzem, po czym zaczął żuć pajdę czerstwego chleba. Czyżby nie zdając sobie z tego sprawy Rościsław dał mu już ułożone pergaminy? Możliwe, choć mało prawdopodobne. Ale jeśli odrzucić tą ewentualność to.