edukacja · 9 min czytania
Bracia studenci
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Wy nam dajecie węgiel, a my wam banana”. Tak swojego czasu Mozambickie Czworaczki opiewały współpracę gospodarczą socjalistycznej Polski z Czarnym Lądem. Jedną z zasad głoszonych przez Związek Sowiecki, a powtarzanych potulnie przez pozostałe socjalistyczne kraje, było niesienie bratniej pomocy rozwijającym się krajom Afryki, Azji i Ameryki Południowej. Mimo że u nas brakowało wszystkiego, to zgrywaliśmy chojraków i pomagaliśmy. Nie tylko wysyłaliśmy do tamtych krajów wyroby przemysłowe - złośliwi twierdzili, że kilogram maszyn za kilogram bananów - ale również masowo kształciliśmy im kadry. Prawie na każdej ówczesnej uczelni technicznej, medycznej i wielu wydziałach uniwersytetów byli jacyś czarnoskórzy lub skośnoocy studenci. W akademiku miałem za sąsiadów trzej Etiopczyków: Kofiego, Zenebe i Dauida. Moja pierwsza rozmowa z nimi wypadła źle, bo - bez żadnych złych zamiarów - nazwałem ich Murzynami. Poczuli się urażeni i jeden przez drugiego tłumaczyli mi, że nie należą do rasy czarnej i nie mają nic wspólnego z mieszkańcami serca Afryki. Mimo tego zgrzytu dalsze nasze stosunki układały się już dobrze. Zenebe był skryty, Dauid bał się wszystkiego, a najbardziej otwartym i chętnym do rozmów był Kofi. Od niego to dowiedziałem się, że wszyscy trzej byli oficerami wysłanymi do nas na studia przez cesarza. W tamtym czasie w ich kraju rządził Haile Selassie I. Mimo że Polska była socjalistyczna i antyreligijna, a on był cesarzem i używał tytułu „Zwycięski Lew Plemienia Judy, Wybraniec Boży”, to jednak stosunki między naszymi krajami były dobre. Przed wylotem do Polski Kofi i koledzy byli na audiencji u króla królów. W odpicowanych na błysk mundurach, klęcząc z pochylonymi głowami u stóp jego tronu, wysłuchali cesarskich pouczeń i łaskawych słów pożegnania. Potem wsiedli w samolot i pewnego listopadowego dnia wylądowali na Okęciu. Było zimno, padał deszcz ze śniegiem, a oni mieli tylko wiatrem podszyte płaszczyki. Z Warszawy tłukli się pociągiem do Łodzi, gdzie było studium języka polskiego dla zagranicznych studentów. Pociąg był nieogrzewany, więc się przeziębili. Rozbolały ich głowy, dostali gorączki, a z nosów zaczęło cieknąć. O takiej chorobie jeszcze nigdy nie słyszeli i byli przekonani, że zaraz pomrą. – To ty nigdy wcześnie nie widziałeś śniegu? – przerwałem Kofiemu. – Nie wiedziałeś, że u nas są zimy? – Raz z daleka widziałem Ras Daszan z ośnieżonym szczytem – odpowiedział. – Mówili nam, żeby się ciepło ubrać, więc kupiliśmy płaszcze. Nikt nam jednak nie powiedział, że będzie śnieg i mróz. Zresztą u nas w sklepach i tak nie ma ciepłych ubrań. Młodzi Etiopczycy jednak nie umarli i po kilkudniowej kuracji mogli już rozpocząć naukę języ-ka polskiego. Takie kursy trwały około roku, a ich absolwenci powinni poznać na tyle nasz język, żeby móc studiować. W praktyce było z tym różnie. Nieliczni mówili nieźle po polsku, ale większość bardzo słabo. Ci ostatni mieli duże problemy ze zrozumieniem wykładów i zdawaniem egzaminów. Wła-dze uczelni przeważnie przymykały na to oko, bo w sprawie oblanych zagranicznych studentów interweniowały ambasady i rożni inni ważni, więc nie warto było kopać się z koniem. Kofi nie najgorzej mówił po polsku i bardzo się starał, żeby to jeszcze poprawić. Mimo to nie wszystko rozumiał. Jedne z ćwiczeń na naszym wydziale prowadził asystent, który nie przebierał w słowach: – Panie! Pańska głowa i moje uszy to istny osioł – potrafił powiedzieć studentowi. – Przecież to jest proste jak ogon zdechłego szczura. Kofi na swoje nieszczęście miał z nim zajęcia i pewnego dnia też padł jego ofiarą: – Panie Kofi! Widzę, że pan nic nie rozumie – warknął doktorek. – Dla pana to wszystko jest ganc pomada. Nie wiesz pan, co to jest ganc? – zapytał, widząc wielkie oczy studenta. – Nie – wyjąkał Kofi. – To samo co pomada – usłyszał w odpowiedzi. – Siadaj pan! Kofi często szukał u mnie pomocy, gdy czegoś nie rozumiał, więc i tym razem poprosił o wyjaśnienie zwrotu „ganc pomada”. Bez namysłu odpowiedziałem, że to jest to samo co „wszystko jedno” i tym samym wpuściłem się w kanał, bo kolega nie znał zwrotu „wszystko jedno”. Zwijałem się pół wieczoru, starając się mu to wszystko powyjaśniać i wcale nie jestem pewny, czy mi się udało. Przy okazji innej językowej…