Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 1 godz. 12 min czytania

Bractwo

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dzień wstawał ociężale nieprzerwanie rozkoszując się upojną nocą. Zmęczone lico księżyca powoli zakrywała jasność. Złote promienie porannego słońca coraz liczniej pojawiały się na podniebnym firmamencie. Było bardzo wcześnie. Całe miasto pogrążone w wielogodzinnym wypoczynku nie zamierzało przerywać błogiego snu. Ciszę i bezruch miejskiego krajobrazu zakłócał tylko miarowy odgłos szeleszczących nad brzegiem morza fal. Wzburzona woda, uderzająca o drewniane pale podtrzymujące pomost, grała charakterystyczną melodię pobudzając do życia całą Błękitną Lagunę. Pierwsze zbudziły się ptaki. To one zaczęły szybować po rozłożystym niebie dając znak, że wstał nowy dzień. Miasto ciągle stało opustoszałe. Mglista powłoka wijąca się pomiędzy budynkami powoli zanikała, a na jej miejsce pojawiły się srebrzyste kropelki porannej rosy pokrywając trawy i ogrody. Wzdłuż skąpanej w słońcu plaży biegła główna ulica miasteczka. Nazywana często była turystyczną. Swoją nazwę czerpała z dużej liczby hoteli położonych na jej obrzeżach. Mieszkańcy tej niewielkiej mieściny żyli tutaj wyłącznie z kieszeni bogatych turystów, którzy posiedli nieodpartą chęć odpoczynku i oczywiście wydania większej ilości pieniędzy. Dziewicze rejony tutejszego krajobrazu pozwalały niektórym zapomnieć o codziennych troskach i przenieść się w magiczny świat prostoty i beztroski.

Słońce wznosiło się coraz wyżej i wyżej. Odbijający się od jezdni jego blask rozmywał obraz poruszającej się po niej postaci. Jednak już po krótkim czasie zamazana twarz chłopaka zaczęła nabierać odpowiednich rysów. Godnej postury brunet odziany w podwinięte tuż za kolana spodnie i luźną koszulkę na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie zmierzającego w samotnię wędrowca. Zasępiona, a może po prostu zmęczona, twarz młodzieńca wyglądała impersonalnie. Ciężki ekwipunek zarzucony na plecy utrudniał mu nieco ruchy, przez co poruszał się powolnie i nieporadnie. Mijając kilka hotelowych budynków i sklepowych pawilonów skierował się w stronę dużego, wykładanego białą cegłą, domu. Zatrzymując się pod jego zadaszeniem, na werandzie ujrzał postać starszego mężczyzny. -Cześć Daniel - odezwał się znajomy głos. -Dzień dobry panie Wetter - wyrecytował chłopak. -Co u ciebie? Ciągle mieszkasz z siostrą? -Tak. Odkąd się wyprowadziłem, ojciec nawet nie próbował nakłonić mnie bym został w jego tak zwanym domu. -Kiedy z nim ostatnio rozmawiałeś? -Dawno. Matka przekazuje mi od niego wieści - mężczyzna zaśmiał się kątem ust. - Zabawne. Prawda? Żebym wiadomości od ojca mieszkającego kilka ulic dalej otrzymywał od matki będącej na drugim krańcu kraju. -Radzisz sobie? - spytał z nutą troskliwości w głosie. -Mam, gdzie spać i co jeść, więc nie narzekam. -Jakby coś to zawsze - -Tak, tak. Dam panu znać. -Właśnie - wydobył mężczyzna ściskając chłopaka za ramię. Pan Wetter był ojcem Oliwiera. W miasteczku nosił miano Miejskiego Ojca. Mówiło tak o nim wielu dorosłych. Rodziców młodego pokolenia. Nie bez przyczyny nadano mu taki przydomek. Nie dość, że dołożył się do wychowania znacznej liczby dzieciaków, to jeszcze pracował w poradni psychologicznej. Był to przyjemny i miły człowiek, dlatego większość młodych ludzi chętnie do niego przychodziła w trudnych dla siebie sytuacjach życiowych. Także Daniel. Tymczasem na werandzie pojawił się Oliwier. -Cześć Daniel. -Witam - odrzekł ściskając dłoń chłopaka. -Gotowy? - spytał upychając do plecaka ostatnie przedmioty niezbędne do całonocnego pobytu pod gołym niebem. -Od zawsze. Ale widzę, że ty nie do końca. -To tylko szczegóły - odparł Oli zaciskając ostatni zamek. - Piwa? - spytał rzucając koledze puszkę z brązowym trunkiem. -Dużo tego masz? - zapytał wychodząc na drogę. -Mnóstwo. Wystarczy na całą podróż. -W tym upale niewiele potrzeba, by wzbudzić mętlik w głowie.

Oliwier to jeden z nielicznych w mieście nastolatków, który mieszkał zarówno z matką, jak i z ojcem. Nigdy nie ukrywał z tego powodu swojej radości. Większość jego rówieśników straciło swoich opiekunów w nieszczęśliwych kolejach losu. Nigdy nie opuszczały go obawy, że i on może dożyć dnia, w którym jego rodzice odwrócą się od niego. Całkowitym przeciwieństwem Oliwiera był Daniel. Jego rodzice rozeszli się, kiedy chłopak miał kilka lat. Ognisko rodzinne pamiętał przez pryzmat nieustających kłótni i wiecznych awantur. Cała sytuacja ucichła, kiedy matka zdecydowała się na wyjazd do stolicy. Tam miała na nowo odżyć i zrobić zawrotną karierę, jako doradca finansowy. Po wyjściu na drogę Daniel i Oliwier od razu skierowali się w stronę nadbrzeża. Swoją wędrówkę zaplanowali dość precyzyjnie, dlatego nie nosili się z zamiarem odstępstwa od tego pomysłu. -Masz jakieś plany na wakacje? - spytał Oliwier. -Myślałem, że słońce, plaża, kobiety i zimne piwo w całym swym bogactwie wypełnią pustkę w moim hulaszczym życiu - powiedział uśmiechając się dyskretnie. -A poważnie. -Pamiętasz łódź, którą w poprzednim roku dostałem, w schedzie po dziadku? -Ten wrak? - zapytał Oli. -Właśnie ten. Planuję go wyremontować. Nie wiem, jak długo zajmie mi to czasu, ale zamierzam wyruszyć na nim w rejs. -Moje wakacje ograniczą się do pracy przy renowacji domu i zbierania materiałów do nowego scenariusza. -Co z poprzednim? -Dobrze wiesz, że to zupełny niewypał. -Zbyt osobisty? -Właśnie. Poza tym wszystko legło w gruzach, kiedy Asia odeszła ode mnie. -Historia miłosna, której autorem stało się życie, urwała się wraz z jej odejściem? Czy to możliwe? - zagadnął Daniel. -Na to wygląda. Była moim sumieniem, bratnią duszą. Moją inspiracją. -Pogodziłeś się z tym? -Tak. Zawsze można napisać inny scenariusz. -Pytałem o Asię? - powiedział spoglądając na niego inaczej niż zwykle; podejrzliwie. -Już zdążyłem się z tego otrząsnąć. Najgorsze minęło - odparł, kiedy zbliżali się do lasu.

Słońce wzeszło wysoko sięgając niemal zenitu. Dzień był gorący, a w powietrzu unosił się słodki zapach lata. Świetliste promienie, niczym ogniki rozpalały pobliskie zabudowania. Za rogiem jednego z domów pojawiła się Joasia Adamczyk. Prężnym i radosnym krokiem poruszała się w stronę małego sklepu położonego na rogu hotelu "Plaża". Jej wrodzona uroda dość dobitnie przebijała niedbale ułożone włosy i zaspane jeszcze oczy. Odziana w dżinsowe szorty i przewiewną, karminową koszulkę sprawiała wrażenie nieco zdezorientowanej dziewczyny. W grudniu miała skończyć dziewiętnaście lat. Jak na swój wiek była bardzo dojrzała. Razem z matką mieszkała w domku przy morzu. Po śmierci ojca zmuszona została do podwójnej walki z życiową niedolą. Matka niestety nie dawała sobie z tym rady, tak dobrze jak Asia. Popadając w alkoholizm zmusiła córkę do jeszcze większej pracy nad sobą. Mimo tych okrutnych zdarzeń dziewczyna dała upust niektórym emocjom i z nieporadnej dziewczynki przerodziła się w młodą, błyskotliwą, a zarazem mądrą kobietę. Wszystko to w znacznym stopniu zawdzięczała rodzinie Wetterów, która od najmłodszych lat dziewczyny pomagała jej w dorastaniu i we wszystkich innych problemach związanych z dzieciństwem. Dziewczyna właśnie miała wchodzić do sklepu z artykułami żywnościowymi, kiedy zza pleców usłyszała głos koleżanki ze szkolnej ławki. -Zaczekaj! -Cześć Sylwia - powiedziała odwracając się. -Witaj - odparła miłym głosem blond-włosa ślicznotka. - Wybierasz się na zakupy? - zapytała. -Miałam taki zamiar - odpowiedziała Asia otwierając sklepowe drzwi. -Słyszałaś - napomknęła - że Daniel i Oliwier postanowili powspominać młodzieńcze lata i poszli na wycieczkę ku wschodniemu wybrzeżu. -Nie mówili mi nic o tym - odparła zastanawiając się, dlaczego nie wzięli jej ze sobą? - Nie wiesz, czemu? -Powiedzieli, że to męska wyprawa. Wiesz, jak z nimi jest. Te ich rozmowy, kiepskie dowcipy i rozczulanie się nad sobą. -Rozumiem - powiedziała zamykając za sobą drzwi.

Wychodzili właśnie z lasu, kiedy ich oczom ukazało się samotnie stojące drzewo. Tkwiło na niewielkim wzniesieniu wysoko pnąc się do góry. Było stare, niczym żywy pomnik ku chwale niezwyciężonych jaśniało w łunach świecącego słońca. Szeroko rozłożone na boki gałęzie zadziwiały swoją siłą i drzemiącą w nich potęgą. Daniel i Oliwier zatrzymali się na chwilę spoglądając na nie z podziwem. Głęboko w konarach dojrzeć można było wybudowany z drewna domek. Prowizoryczny, stworzony z fantazją osadzony był na zachodnim, wychodzącym w morze krańcu. Od tej też strony można było dostrzec pozostałości z okienka obserwacyjnego, którego szklana powłoka była tak bardzo popękana, że służyć mogła, jako zasłona, aniżeli szybka widokowa. -Twierdza - pomyśleli jednocześnie. -Pamiętasz? - spytał Daniel kierując wzrok w górę. -Nigdy nikt. Nigdy teraz. Nigdy więcej - wyrecytował Oli. -Słowa naszej przysięgi. Już prawie o niej zapomniałem - przyznał się Daniel. -Przypieczętowane krwią - dorzucił chłopak. -Tak - roześmiał się drugi. - Zabawne było rozcinanie sobie kciuka, tak by wykrzesać choćby jedną kroplę krwi. -Niby lata dziecinne, a przetrwało to w nas do dziś - Oliwier dziwnie spoważniał. -Po blisko dziesięciu latach nasze przymierze nabrało sensu. -Jak ten drewniany domek. Ciekawe, jak długo jeszcze wytrzyma? -Nic nie jest wieczne - odparł Daniel sprowadzając chłopaka na ziemię. -Co masz na myśli? - spytał. -Nic. Po prostu jestem racjonalistą - odparł bez ogródek. -Nie wierzysz w siłę rzeczy wyższych? - zapytał Oli. -Nie wierzę w ich istnienie, a co dopiero w wielkość ich mocy - odrzekł ten drugi gruntownie przyglądając się staremu drzewu. Stali jeszcze tak chwilę wpatrując się w bezwładny posąg. Na ich twarzach pojawił się uśmiech. Zapewne pamięcią sięgali lat dziecinnych, kiedy jako młodzi chłopcy mogli się rozkoszować prostotą swych przekonań. W tym krótkim momencie odległej wędrówki w przeszłość, na nowo chcieli przeżyć to wszystko, czego doświadczyli w tym miejscu. -Musimy nazbierać chrustu - powiedział Oli przerywając chwilę zamyślenia. -Wieczorem może być chłodno. Rozpalimy ognisko, żeby się ogrzać - dokończył. Daniel bez odpowiedzi ruszył w głąb lasu w poszukiwaniu suchych gałęzi. Tą przechadzką między kolczastą kosodrzewiną pokaleczył się nielitościwie na nie zakrytych nogach. W tym samym czasie Oliwier przygotowywał miejsce na palenisko. Stworzył krąg w środku, którego urządził miejsce na opał. -Już jesteś - powiedział widząc nadchodzącego Daniela. -Nazbierałem ile się dało - odparł rzucając oschłe gałęzie na ziemię. - Powinno starczyć na całą noc - dodał pochylając się nad ocembrowanym kamieniami ogniskiem. Oliwier zabrał się do układania drewna w stos. Robił to z dużą dokładnością, jak wszystkie inne rzeczy. Daniela czasem to irytowało, bo sam był raczej bałaganiarzem niż purystą. Nastawał wieczór. Na szerokim niebie błysnęły pierwsze gwiazdy. Świeciły mocno i intensywnie, jakby w swym blasku chciały przebić księżyc, który szklił się w pełni. -Przenocujemy tutaj. Może być niewygodnie, więc jeśli chcesz zmienimy miejsce pobytu - powiedział Oli rozkładając spakowane śpiwory. -Nie jest to, pięciogwiazdkowy hotel, ale przynajmniej spróbujmy zasymilować się z towarzyszącym nam podłożem - odparł chłopak. Daniel również zaczął się przygotowywać do spędzenia nocy pod bezchmurnym niebem. Swój materac rozłożył za drzewem. Podmuchy wiatru docierające znad morza nie mogły go tam dosięgnąć, a ciepło bijące od ogniska ogrzewały jego ciało. Podobnie uczynił Oliwier. Śpiwory przylegały do siebie równolegle, a leżący na nich wycieczkowicze nie widzieli swoich twarzy. -Pamiętasz, jak urywaliśmy się rodzicom i przychodziliśmy tutaj - wspomniał Oliwier - po czym siedzieliśmy do samego zmierzchu na drzewie gapiąc się w morze? -Jak dzisiaj. Nigdy nie zapomnę łomotu, jaki sprawiał mi ojciec, kiedy spóźniałem się na kolację - odparł trochę zniesmaczony Daniel. - Ale mimo wszystko są też plusy. -Domyślam się nawet, jakie? - dodał Wetter wpatrując się w gwiazdy. -Andżela, anioł w człowieczej skórze - przypomniał z uśmiechem na twarzy. -Miała ogromne piegi - dowcipkował drugi z nich drugi. -Była moją pierwszą miłością. -Tak. Nigdy nie zapomnę, jak biegałeś pod jej okno z bukietem kwiatów ubrany w czarne mokasyny, spodnie na kant i śnieżnobiałą koszulę. Dżentelmen pełna gębą - powiedział rechocząc po cichu. -Byłem zakochany do szaleństwa - westchnął tłumacząc się Daniel. W tym momencie zapadła dłuższa chwila milczenia. Obydwoje patrzyli w niebo podziwiając błyskające na nim sreberka. Strumień refleksji przepłynął po ich twarzach. Zamyśleni znów wracali do odległych lat, które teraz wydawały się ożywać na nowo. Kilka minut ciszy przerwał Oli głęboko wzdychając. -Wiesz - wydobył chłopak, którego kruczoczarne włosy zmieniały swoją barwę pod wpływem tlącego się obok ognia. -Słucham - spytał drugi przecierając zmęczone oczy. -Kiedy mówiłem ci dzisiaj, że już się pozbierałem; kłamałem - wyznał, a na twarzy Daniela zamiast zmęczenia pojawiło się zaskoczenie. -Więc ty, ciągle? - powiedział wpatrując się w górę. -Chyba nigdy się z tym nie pogodzę - wyznał Oliwier. Daniela zastanowiło, dlaczego chłopak od razu nie powiedział prawdy, tylko skrzętnie ukrywał to przed kolegą. Przecież to nic takiego. Tak mu się przynajmniej, początkowo, wydawało. -Kiedyś będzie trzeba - wydobył cierpko Daniel, jednak ten drugi już tego nie słyszał, bowiem zasnął krótko po ostatnich słowach. Wieczór był długi. Absolutna cisza panująca w okolicy nie pozwalała zasnąć Danielowi, dla którego brak prawdomówności ze strony kolegi okazał się bardziej dotkliwy, niż by się wydawało.

Następnego dnia słońce dość wcześnie pojawiło się na niebie, krwawo przebijając się przez widnokrąg. Z głębi pobliskiego lasu dochodziły słodkie brzmienia śpiewających ptaków. Ten upojny stan nie trwał długo. Urzekające półtony zagłuszone zostały przez krzyki nadbiegającej grupki dzieci. -Co ta za wrzaski? - zapytał Oli ocierając zaspaną twarz. -Nie mam pojęcia - odparł zbudzony tym samym dźwiękiem Daniel. -Dobrze spałeś? - spytał Wetter. -Do teraz? Tak - skłamał, bowiem znaczną część nocy spędził na czuwaniu, a w zasadzie na rozmyślaniu. Nad czym zastanawiał się chłopak. Można było się tylko domyślać. -Kim jesteście łotry - wydobył piskliwym głosem, jeden z garstki chłopców zbliżających się w stronę drzewa. -To jacyś złodzieje, albo bezdomni - dodał inny. Daniel uśmiechnął się do siebie, po czym spojrzał na Oliwiera. -To nasza baza. Wynoście się stąd - krzyknął przewodzący im dzieciak. Ręce skrzyżował w łokciach, zrobił groźną minę i spojrzał na nich surowym wzrokiem. Tak mu się przynajmniej wydawało. -Zbudowaliście ją, kapitanie Hook - zagadnął Oli. -Nie. Stała pusta od wielu lat, więc przejęliśmy ją. -Przynajmniej nie kłamie - powiedział do kolegi Daniel. -Skąd wiesz? - spytał zimnym głosem dzieciak. -Bo my to zrobiliśmy. -Naprawdę? - zapytał z niedowierzaniem. -Kiedy byliśmy w waszym wieku sami wszystko urządziliśmy. Budowaliśmy twierdzę długie tygodnie. Potem, kiedy już ją ukończyliśmy, obserwowaliśmy przybywające do miejskiego portu statki. Zapisywaliśmy ich nazwy i sprawdzaliśmy, kiedy znów pojawią się w zatoce - wytłumaczył młodym adeptom marynarki historię domku na drzewie. -Jako prawi marynarze musimy zwrócić wam waszą własność - powiedział innym niż do tej pory głosem chłopiec. -Zatrzymajcie go. Dbajcie by się nie rozleciał - oświadczył Daniel zbierając z ziemi porozrzucane przedmioty. -Kiedy przyjdziemy tu następnym razem sprawdzimy, jak się nim opiekujecie - dorzucił Oliwier, po czym spakowali swoje rzeczy kierując się w stronę lasu.

Wchodzili do miasta. Wschodnia część wybrzeża zabłyszczała. Ich oczom ukazał się główny i zarazem największy budynek w miasteczku. Hotel Plaża. Wykładany białą cegłą jaśniał w słońcu. To właśnie tutaj każdego lata, zjeżdżała się największa liczba turystów. Zza jego rogu wyłoniła się postać dziewczyny. -Jak wspomnienia? - powiedziała Asia widząc nadchodzących przyjaciół. -Bardzo pozytywnie - odparł Oliwier. - Szkoda tylko, że tak krótko. -Rozumiem, że nie mogliście zabrać mnie ze sobą. -Przykro mi. To była męska wyprawa. Niemożność bycia w niej kobiet była pierwszą i najważniejszą z reguł - wytłumaczył ponownie Oli. Daniel zaś stał nieco z boku, jakby chowając się za plecami kolegi. Po przybyciu do miasta nie odzywał się, tylko w milczeniu spoglądał na Asie. Głowę miał pochyloną w dół, a spod gęstych brwi widać było duże zielone oczy. -Wybieracie się na festyn? - spytała Joasia zmieniając szybko temat. -Przypuszczalnie; tak - pokiwał twierdząco głową Oliwier. -Trudno byłoby nie uczestniczyć w tym ogólnospołecznym przedsięwzięciu - dodał z odrobiną cynizmu w głosie. -Wiem, że nie znosisz tej szeroko rozumianej dysharmonii, ale miło by było gdybyście się pojawili - dziewczyna próbowała skłonić kolegów do większej dawki entuzjazmu. W końcu nie, co dzień jest im dane uczestniczyć w otwarciu lata. Na ten moment mieszkańcy całej mieściny czekają cały rok.

Następnego dnia, ranek był upojny. Im bliżej południa, tym słońce bardziej doskwierało. Na szczęście było jeszcze wcześnie, dlatego Daniel zgodnie z postanowieniami zabrał się do modernizacji łodzi, którą odziedziczył po dziadku. Jego stara łajba przymocowana była do pomostu. Chłopak zaczął rozglądać się po niej szacując elementy wymagające naprawy, bądź całkowitej wymiany. Co rusz łapał za drewniane obicia burty sprawdzając ich wytrzymałość. Równie dokładnie przyjrzał się masztowi, który dość niestabilnie podtrzymywał żagle. W czasie, kiedy chłopak robił skrupulatny przegląd łodzi, wybrzeżem spacerowała Asia. Jak zawsze o tej porze kierowała się w stronę sklepu. Ciepłe pieczywo na śniadanie nie mogło się równać z niczym innym. Może poza kawą, a ponieważ nie miała zwyczaju jej pijać, to gorące bułeczki były kwintesencją jej pragnień. Zresztą dziewczyna nigdy nie była przesadnie wymagająca. Zauważając na łodzi Daniela, szybko skierowała się w jego stronę. Zaczesując niedbale ułożone włosy spozierała w jego stronę. -Długo pracujesz? - spytała spoglądając na krzątającego się po pokładzie statku chłopaka. -Dopiero zacząłem - odparł zabierając się do pracy. -Gdzie twoja załoga? - zapytała kąśliwie, ale bez złośliwości. -Czeka nas długa i szalenie trudna misja - zagadnął rozumiejąc gag - dlatego pozwoliłem moim żołnierzom odpocząć przed tym niebezpiecznym rejsem. -Rozumiem - odparła zdumiona. - Co trzeba zrobić by wstąpić do twojej kompanii? -Żołnierz musi być twardy, odważny, nieustępliwy i przede wszystkim musi być mężczyzną - Daniel uśmiechnął się. - Ale jak chcesz, zacznij od tego? - zaproponował wskazując na farbę i pędzel leżący w rogu łajby. -Mogę podjąć pracę od jutra? - spytała. -Prawdziwy kompan nie pyta, tylko wykonuje - odparł cierpko. - Jednak twój niespotykany urok i uroda nie pozwalają mi odmówić - dodał po chwili zastanowienia widząc zawiedzioną twarz dziewczyny. -Dzięki szefie. -Mówi się. Tak jest panie kapitanie - wydobył stanowczo mimo uśmiechu cisnącego mu się na usta. -Tak jest - powiedziała salutując, po czym odwróciwszy się na pięcie poszła w stronę sklepu.

Mrok gęstniał, a niebo przykryły gwiazdy. Asia siedział nad zatoką. Mieszkała w domku przy morzu, dlatego każdego wieczora wychodziła na pomost. Tym razem było podobnie. Z nogami zanurzonymi w wodzie po kostki, myślała o przyszłości. Z parku za jej plecami szedł Oliwier. Z rękoma osadzonymi w kieszeniach kierował się w jej stronę. Poruszał się powoli. Dziewczyna nie zauważyła nadchodzącego chłopaka. Dopiero, kiedy ten znalazł się na mostku odwróciła się w jego stronę. -Wieczorny spacer? - spytała. -Tak jakby - odparł siadając obok niej. -Jak mam to rozumieć? - zapytała ponownie spoglądając w lustrzane odbicie ich twarzy na wodzie. -Musiałem coś przemyśleć - wydobył ciężko. -Brzmi poważnie. -Dotyczy to również ciebie - powiedział, a dziewczyna spojrzała na niego oczekując wyjaśnień. -Pamiętasz? - nawiązał. - Siedzieliśmy tutaj zawsze, kiedy miałaś jakiś problem - dodał po chwili Oliwier. Na twarzy Joasi zarysowało się niezrozumienie. Nie bardzo wiedziała, do czego chłopak zmierza. Jednak już po chwili wszystko było jasne. -Dobrze nam było razem - zwierzył się chłopak. -Tak - przytaknęła, bowiem była tak bardzo zaskoczona, że nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Od razu przypomniała sobie, kiedy mówił jej, że wszystko po ich rozstaniu jest w porządku. Liczyła, że nadal będą przyjaciółmi, bo w kontekście ich wspólnego dzieciństwa znaczył dla niej bardzo dużo. -Myślisz, że to kiedyś wróci? - spytał trochę nieśmiało. -Nie sądzę. To już daleka przeszłość - odparła pewna swego. -Każda przeszłości może być teraźniejszością. Wystarczy trochę wysiłku z obydwu stron, a można uczynić cuda. -Wybacz mi, że to mówię, ale jesteś niepoprawnym marzycielem. Wielokrotnie tłumaczyłam ci, że jeśli chodzi o ciebie, to szukam w tobie przyjaciela. Kogoś, komu będę mogła się zwierzyć kogoś, kto zrozumie moje problemy, kto spojrzy na mnie obiektywnie i spróbuje zweryfikować błędy, jakie popełniam. -Nie wiem, czy jestem w stanie sprostać twoim wymaganiom - odpowiedział na jej krótki monolog. - Nie wiem, czy potrafię oceniać cię obiektywnie. Zawsze będziesz dla mnie nieomylna. Wręcz idealna - wytłumaczył, po czym wstał i odszedł w stronę własnego domu. Przestrzeń dzieląca ich dwoje sprowadzała się jedynie do miejskiego parku. Ich domy stały po przeciwnych stronach tego drzewiastego ogrodu. Na pewnym etapie ich wspólnych przeżyć urósł on do miana symbolu, metafory, która przypominała im o zbieżnym dzieciństwie, a później okresie nastoletnim. Cyklu pełnym wzlotów i upadków. Wypełniony silnymi emocjami. Na początku przyjaźnią, następnie wielką miłością. W ostatecznym rozrachunku pozostał tylko szacunek i mocne poczucie przywiązania. Bynajmniej ze strony Joasi. Oliwier zaś bezustannie sięgał pamięcią do czasów, kiedy byli razem. Chciał to odwrócić, jednak nie zdawał sobie sprawy, że jego wizja odzyskania niewyczerpanej jeszcze miłości już wkrótce rozbije się, jak kruche szkło.

Było wcześnie rano. Daniel poruszał się wzdłuż portu w kierunku łodzi. Miejscowa przystań tuż po wschodzie słońca wyglądała imponująco. Wiejący od morza wiatr poruszał żelaznym ptakiem umieszczonym na budynku. Większość kutrów rybackich jeszcze przed brzaskiem wypłynęła w morze, dlatego w porcie pozostały tylko małe jachty bogatych turystów. Po bezchmurnym niebie szybowały rybitwy, które już od wczesnych godzin prowadziły polowanie na zdobycz. Chłopak zaś szedł wolno obmyślając w głowie plan działania naprawy wraku. -Proszę, proszę. Punktualna, jak nigdy dotąd - powiedział na przywitanie, zauważając czekającą na niego Joasię. -Przezorny zawsze ubezpieczony - odparła z uśmiechem. -Tak. Przezorność jest dzisiaj prawie bezcenna - powiedział chłopak wskakując ochoczo na łódź. -Od, czego mam zacząć? - spytała pełna entuzjazmu wobec czekającej ją pracy. Śliczna szatynka z uprzejmością i namacalnym zadowoleniem kierowała wzrok w stronę kolegi. W jej oczach malowała się nieodparta chęć zrobienia czegoś zupełnie innego niż dotychczas. -Takich pracowników nam trzeba - powiedział, bowiem dziewczyna zaimponowała mu swoją determinacją. - Należałoby pomalować burtę łodzi, ale za nim do tego przejdziemy trochę tu posprzątamy. -W porządku - odparła bez sprzeciwów. W tym samym czasie Oliwier przebywał w domu. Zgodnie z przewidywaniami chłopak zmuszony został do prac nad renowacją domu. Odziany w stare łachmany i papierową czapkę sterczał na drabinie. Z pędzlem umieszczonym w dłoni starał się, jak najdokładniej pomalować dom. Twarz miał pokrytą białymi plamkami po farbie. W głowie zaś ciągle pozostawał mu obraz nieudanej próby odzyskania Joasi. Chyba od samego początku nie wierzył w powodzenie tego zamiaru. Ostatnie wydarzenia związane z relacjami między nim, a dziewczyną coraz widoczniej rysowały obraz jego kolejnego scenariusza. Autobiograficzna wypowiedź tworzącego się dzieła chyba bardziej miała ukoić zranioną duszę niż być artystyczną kreacją. -Cześć - usłyszał nagle dochodzący, gdzieś z dołu głos. -Hej - odwzajemnił przywitanie. Na ziemi stała Sylwia, wpatrując się na niego swoimi dużymi, błękitnymi oczyma. Na jej twarzy rysowało się niewyjaśnione rozgoryczenie, które chytrze starała się ukryć przed zapracowanym chłopakiem. -Co porabiasz? - spytała przysłaniając ręką oczy, bowiem słońce tego dnia znów dało o sobie znać. Wyglądała, jak zwykle pięknie. Jej złociste podkasane na końcach włosy urokliwie opadały na odkryte plecy. Pastelowy błękit, smukłej sukienki z wycięciem na boku sprawiał, że jawiła się nieziemsko. -Jak widzisz nie próżnuję - odparł. - Kto wie może, kiedy nie dostanę się do akademii będę musiał malować domy - powiedział spojrzawszy na nią kątem oka uśmiechając się przy tym figlarnie. -Chyba sam w to nie wierzysz? -Masz rację. Chyba nikt nie przewiduje tak czarnej perspektywy własnej przyszłości. -Wiesz, że Joasia pomaga Danielowi w remoncie łodzi - oznajmiła zmieniając temat i jednocześnie przechodząc do meritum. -Coś mi się obiło o uszy - skwitował obojętnie. -Nie martwi cię to? -A, dlaczego miałoby? - spytał nie rozumiejąc pytania. -Nie wiem. Kiedyś byłeś inny. -Wyraźnie dała mi do zrozumienia, że między nami nic nie będzie, dlatego zrezygnowałem - przyznał się Oli. -I już. A gdzie twój horrendalny optymizm, który kierował cię przez najbardziej nierozerwalne przeszkody? Sprawiał, że łamałeś wszelkie bariery. Wreszcie prowadził od zwycięstwa do zwycięstwa - zapytała zawiedziona postawą kolegi. -Myślisz, że powinienem spróbować jeszcze raz? -Nie będę nasuwać ci niczego. Sam zdecydujesz, co jest dla ciebie najważniejsze. -Szczerze mówiąc nie takiej responsy oczekiwałem. -Przykro mi - powiedziała przechodząc na druga stronę ulicy. Jej dom wdrążony był między kancelarię adwokacką, w której pracowała matka, a chatą rybaka, skąd często dochodził nieprzyjemny zapach. Dziewczyna mieszkała w sąsiedztwie od zawsze, ale to brunetka z drugiej strony parku skradła serce Oliwiera.

Tymczasem Daniel i Joasia ciągle pracowali na łodzi. Chłopak kręcił się po pokładzie sprawdzając żagle. -Nie wygląda to najlepiej - powiedział. -Sprawiają wrażenie solidnych - odparła dziewczyna na niepokoje chłopaka. -Kliwer jest słabo naciągnięty a maszt, do którego przymocowany jest bezan za chwile runie. -Chciałabym ci pomóc, ale mam niewielkie pojęcie o ożaglowaniu łodzi - powiedziała energicznie pociągając pędzlem po burcie łajby. -Sam muszę się tym zająć - wydobył, pazernie spozierając w stronę zapracowanej dziewczyny W jego oczach pojawił się niezidentyfikowany błysk, a na twarzy równie dziwaczny uśmiech. Bystrość dziewczyny nie pozwoliła mu na dłuższe przyglądanie się. Szybko, bowiem zorientowała się, co knuje Daniel. -Co się tak gapisz? - spytała z okrutną szczerością. -Jak? -Lubieżnie, jak na jakąś zdobycz, albo gwiazdę filmów porno. -Nieprawda - zaprzeczył kategorycznie zawstydzony chłopak. -Przyglądam się, bo niezbyt dokładnie wykonujesz swoją pracę - wymyślił na poczekaniu. -Jesteś okropny - odparła dziewczyna nie dając wiary, jego słowom. -Nie nadajesz się na kierownika prac publicznych. -To dobrze, bo mam bardziej ambitne plany, niż dowodzenie bandą społecznych wyrzutków. -Tak. Jakie? - spytała zaciekawiona. -Chciałbym opłynąć kawałek świata na tej łodzi. -A bardziej przyziemne? -Jest wiele rzeczy, które można robić w życiu - odparł Daniel. -Która z tych wielu rzeczy pasuje do ciebie? - spytał Asia. -Szczerze mówiąc jeszcze nie wiem. -To rzeczywiście ambitne plany - powiedziała uszczypliwie, ale z uśmiechem. -Pani profesor Adamczyk wybaczy, ale burta ciągle jest nie pomalowana - odparł równie zgryźliwie zabierając się do porządkowania łodzi. Daniel mówiąc o swych zamysłach na przyszłość chyba bardziej chciał zaimponować dziewczynie niż faktycznie opowiedzieć o swoich planach. De facto nie posiadał żadnych koncepcji, co uczynić ze swoim życiem. Po trudnym dzieciństwie spokój, jakiego zaznał po zamieszkaniu z siostrą przyniósł mu zadowolenie i spełnienie, jakiego nie chciał zbyt szybko porzucać szukając nowych wyzwań. W przeciwieństwie do tego swych przyjaciół nie miał pojęcia, co zrobi po ogólniaku.

Ostatnie miesiące w życiu Daniela obfite były w burzliwe wydarzenia na tle rodzinnym. Wszystko zaczęło się we wczesnych latach dziecinnych. Apodyktyczny ojciec nie akceptując własnych niepowodzeń wyładowywał swoją złość na dziecku, które w żadnym wypadku nie było niczego winne. Regularnie wymierzając chłopakowi cięgi doprowadził do sytuacji, w której Daniel znienawidził ojca do granic obsesji. Dopiero wsparcie ze strony Wetterów pomogło mu pozbierać się z życiowej niedoli. Był już wieczór. Daniel z wyciągniętymi nogami leżał na sofie. Zagłębiony we własnych troskach nie usłyszał wchodzącej do środka siostry. W pokoju światła były pogaszone. W naprzeciwległym rogu tliła się tylko niewielka świeczka, której płomień posępnie spoglądał w stronę chłopaka. -Co słychać braciszku? - spytała stojąca w progu dziewczyna. Odziana w przewiewną koszulkę i szorty patrzyła na niego ciemnymi oczyma. Siostra chłopaka była starsza od niego o trzy lata. Samotne byt w domku przy morzu wybrała z podobnych powodów, co Daniel. Jej stosunki z rodzicami nigdy nie wyglądały na godne uznania, dlatego zupełnie nie było czym się chwalić. Życie w pojedynkę rozpoczęła mając tyle samo lat, co młodszy brat. Po wyprowadzce pracowała w restauracji i studiowała jednocześnie w miejscowej Akademii Morskiej. Chłopak mimo hulaszczego trybu życia zawsze był gotów by wspomóc siostrę w płaceniu czynszu i innych domowych obowiązkach. Mieszkanie pod jednym dachem obojgu wyszło na dobre. Nauczyli się dochodzić do kompromisów, a wszystkie problemy rozwiązywali wspólnie. Całkowicie inaczej wyglądało to w domu ojca. Tam władczy pryncypał wykonywał tylko rozkazy podwładnym mu dzieciom. -Kim jest ta szczęściara? - powiedziała podchodząc bliżej zauważając, że chłopak nie zareagował na przywitanie. -Co? - oświadczył asekurancko Daniel. -A, więc jednak jest ktoś. -Przejrzystość nie jest twoją mocną stroną - odparł chłopak pozorując, że nie ma pojęcia, co miała na myśli. -Nie udawaj, że nie rozumiesz. -Kiedy, właśnie tak jest. Bądź łaskawa mnie oświecić. -Przestań - nalegała. -Przecież widzę, jak od dobrych kilku minut gapisz się w sufit. -Nie można czasem porozmyślać. Poza tym jestem zmęczony. Nie myślałem, że naprawa łodzi będzie kosztować mnie tyle energii - tłumaczył. -Wiem, kiedy jesteś zmęczony. -Zmierzasz do czegoś, czy po prostu jesteś złośliwa? - spytał na odczepne, jednak Nika nie poddawała się. -Owszem. Stwierdzam, że objawy pozornego zmęczenia, maślanych oczu i utraty słuchu wskazują na depresyjne załamanie formy psychicznej pacjenta. -Czyyyli... - pociągnął zrywając się z łóżka. -Potocznie mówiąc; zakochałeś się - wycedziła pewna siebie. -Czy to diagnoza pani doktor - wydobył sarkastycznie. -Tak - odparła bez zastanowienia. Zmieszany początkowo chłopak popatrzył na nią z przekąsem. -Nie przejmuj się - powiedział, delikatnie klepiąc ją po ramieniu. -Nawet najlepsi specjaliści popełniają błędy - wyartykułował idąc do kuchni. -Widziałam, jak na nią patrzysz - zripostowała uwagę brata. -To nie było zwykłe spojrzenie - dodała idąc za nim. -A widziałaś ciężko pracującego bruneta o zielonookim spojrzeniu - popatrzył na nią wymownie. -To byłem ja - dorzucił podenerwowany wyjątkową natarczywością siostry. -Widziałam. Ten sam brunet przez cały czas, bezwstydnie spoglądał na pomagającą mu księżniczkę - powiedziała złośliwie. -Nie było tam żadnej księżniczki. Tylko Asia? - nie dokończył, bowiem dziewczyna spojrzała na niego jednoznacznie. -Myślisz, że Asia i ja? - chłopak zaczął nerwowo gestykulować. -Pasujecie do siebie - przerwała mu. -Ona piękna, ty marudny. Idealna para - wyjaśniła. -Dobrze wiesz, że to nieprawda. -Prawda. -Nie, nie, nie - Daniel znacząco pokiwał palcem. -Zastanawiałaś się, jaką burzę wywołałby taki niefortunny związek - próbował jej wytłumaczyć, ale Nika ciągle przystawała przy swoim. -Nie zaprzeczyłeś. -A, czemu miałem zaprzeczać. Przecież nic się nie wydarzyło. -Skoro nic się nie wydarzyło to, dlaczego tak się denerwujesz? - spytała przebiegle. Chłopak zaniemówił na chwilę, smarując w kuchni kromkę chleba. Bezcelowo szukając czegoś po szafkach próbował odbiec od niezręcznego tematu. Siostra jednak nie dawała za wygraną. -Nie odpowiesz? - dziewczyna znów naciskała. -Nie wiem, jaka jest odpowiedź - odparł przechodząc z powrotem do pokoju. -To nie takie proste, jakby się wydawało - dodał ostatecznie składając broń. -Dlaczego? -Gdyby Oliwier dowiedział się o tym, to burza przerodziłaby się w sztorm. Problem jest złożony, a alternatywa straszna - powiedział nieco zawiedziony. -Zależy ci? -Nie wiem, czy jej zależy - odrzekł. -W tej chwili najważniejsze jest, co ty czujesz. Tłumienie w sobie uczuć nie jest wcale najlepszym rozwiązaniem. -A widzisz lepsze? -Porozmawiaj z nią. -Porozmawiać z nią?! Nie sądzę, żeby w tej sytuacji był to właściwy sposób utrzymania grawitacji na ziemi. Gdybym jej powiedział słońce przestało by wschodzi, przypływy i odpływy by znikły, a nad ziemią zapanowałaby ciemność. W rezultacie przez świat przemaszerowałyby szwadrony śmierci pustosząc wszystko na swojej drodze, budząc przy tym powszechny chaos i zamęt. -To lepsze rozwiązanie, niż ukrywanie miłości, która ciągle rozkwita. Nosząc bezustannie serce na dłoni szybko wykrwawisz się na śmieć - powiedziała wychodząc do drugiego pomieszczenia. Chłopak zaś jeszcze długo zastanawiał się, co ma uczynić, by wszyscy byli szczęśliwi. Koncepcji było tysiące, a rozwiązanie nadal irrealne. W głębi duszy coś podpowiadało mu użyć radykalnych kroków, aniżeli z cicha zakradać się do serca dziewczyny. Jednak wszystkie pomysły od razy negował, na każdy znajdując stosowne wytłumaczenie. Nie byłoby to tak skomplikowane, gdyby nie Oliwier. To on sprawiał, że chłopak nie miał wystarczająco odwagi by powiedzieć sobie, że jakoś się wszystko ułoży. Kiedy tylko pomyślał o swoim przyjacielu przed jego oczami zaczęły wędrować obrazy z ich dzieciństwa. Nie chciał stracić jedynej dobrej rzeczy, jaka spotkała go w tamtym okresie jego życia.

Od rozmowy Daniela z siostrą minęło kilka dni. W tym czasie chłopak dużo pracował w samotności, bowiem Asia nie zawsze mogła mu towarzyszyć. Dziewczyna znaczną część czasu spędzała w bibliotece pogłębiając swoje doświadczenie dziennikarskie. W przyszłości chciała pracować w dobrej i znanej gazecie lub telewizji.

Nadeszła sobota. Od samego rana trwały przygotowania do festynu rozpoczynającego tegoroczne wakacje. Oliwier głęboko wziął sobie do serca słowa Joasi i już od wczesnych godzin pomagał w preparacji imprezy. Na wybrzeżu roiło się. Dziesiątki osób z werwą zaczęło przygotowywać się do całonocnej zabawy. Przygotowanie specjalnej sceny w kształcie muszli zajęło większość czasu. Tym zajmowali się specjaliści, ale rozmieszczaniem świecidełek i barwnych ozdób emocjonowali się zwykli obywatele miasteczka. -Mogę się przyłączyć? - spytał Daniel widząc kolegę rozwieszającego kolorowe lampki. -Jasne - odparł bez sprzeciwu. - Jak renowacja łajby? - spytał mając w pamięci, jak chłopak mówił o starej łodzi. -W porządku. Determinacji nie brakuje. -Słyszałem, że Asia ci pomaga. -Tak - odparł trochę niewyraźnie. -Jak się sprawuje? -Nie narzekam. To dobry pracownik. -He he - zaśmiał się Oli. - Typowo profesorskie stwierdzenie. Danielowi nie było jednak do śmiechu. Wiedział, że w pewien sposób oszukuje Oliwiera. Nie było mu z tym dobrze. Przeczuwał, że nie skończy się to dobrze dla ich przyjaźni. -Wiesz. Muszę Ci o czymś powiedzieć - stwierdził charakterystycznie marszcząc czoło. -Chyba się zakochałem - wydobył niesporo chłopak. -Fantastycznie - powiedział uradowany. -Co za dziewczyna zdołał udźwignąć twoje wielkie serce? - spytał z uśmiechem na twarzy. -Mhm... - zaczął, kiedy cień smutku przemknął po jego twarz. -Oli! Oliwier! Chodź tutaj - usłyszeli nagle krzyczącą z drugiej strony ulicy Sylwię. -Muszę lecieć. Pogadamy później. Dobrze? - Oli zerwał się idąc w stronę dziewczyny.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%