Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 24 min czytania

Bractwo Księżyca 3

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Z podziękowaniem dla rodziny, przyjaciół i stałych czytelników - za wsparcie i cierpliwość.

Stary, rzeźbiony zegar z kukułką wybił godzinę trzecią w nocy. Wilhelm Miller nerwowo przechadzał się po domu. Zdawał sobie sprawę z faktu, że nie będzie w stanie zmrużyć oka. Nawet tego nie próbował. Wiedział, że gdyby to zrobił, koszmary byłyby straszniejsze od rzeczywistości. Jego syn po zażyciu sterty leków na uspokojenie jakoś zdołał zasnąć. Spał jednak niespokojnie. Herman kilka razy okrywał go kołdrą, która spadała na ziemię. - „Jeśli mapy nie ma w banku, to trzeba będzie przejść się po archiwach i, oczywiście, odwiedzić stare kąty.” – Zgryźliwie pomyślał staruszek. Cicho zamknął drzwi do sypialni Hermana i udał się do salonu. W jednej z szuflad biurka leżał gruby notes z pożółkłymi kartkami. Na każdej z nich widniał adres. - Koledzy... – Mruknął z ironią. Godzina 3:30. Znowu odezwało się ponure uderzenie zegara. Wilhelm nie miał co ze sobą zrobić. W końcu wyrwał kartkę z nowego, spoczywającego na biurku notesu i napisał: „Idę na spacer. Wrócę najpóźniej o ósmej.”. Kartkę zostawił na stole, aby Herman mógł ją przeczytać. Nie spodziewał się, że leki przestaną działać, ale wolał zachować ostrożność. Cicho wyszedł na ulicę. Świtało. Szybkim krokiem ruszył na stację metra. Wiedział, że Friedrich Heineman jest rannym ptaszkiem. Dostanie się do jego mieszkania w centrum Berlina zajmie z pewnością ponad godzinę. Wilhelm szedł opustoszałą uliczką. Nagle wydało mu się, że ktoś go obserwuje. Na wojnie miał wyczuwanie takich sytuacji opanowane niemal do perfekcji. Rozejrzał się dookoła, ale nikogo nie zauważył. - „No tak, przecież mówili Hermanowi, że mają tu łącznika. Ale gdzie on, do licha, jest? Z jakiego ukrycia mnie obserwuje? Przecież nikogo tu nie ma.” – Myślał gorączkowo. - Łączniku, kimkolwiek jesteś, skądkolwiek mnie obserwujesz wiedz, że wypełniam tylko żądania bractwa. Nie zrobię nic, co byłoby niezgodne z umową. – Szepnął. Mimo to, że dalej czół się obserwowany, w jakiś sposób wiedział, że jego słowa dotarły do wysłannika bractwa. Gdy wsiadał do metra, zauważył kilka skulonych na siedzeniach osób, które jechały na ranną zmianę do pracy. Czół obecność niewidzialnego towarzysza. Wiedział jednak, że tamten na razie jest zadowolony z jego poczynań i nie ma podstaw do obaw, iż w jakiś sposób zaszkodzi mu lub dzieciom. W metrze panowała zupełna cisza. Wszyscy byli zbyt zaspani, by prowadzić jakiekolwiek rozmowy. Dojechali do Berlina Centralnego i Wilhelm wysiadł wraz z grupką ludzi. Zerknął na stronę w notesie i ruszył, tym razem powoli. Nie chciał budzić Friedricha. Gdy znalazł się pod blokiem, była 05:37. Lekko nacisnął guzik domofonu przy nazwisku Heineman. Niemal natychmiast usłyszał suchy, zachrypnięty głos: - Kto tam? -Ja, Wilhelm Miller. Przepraszam, że przychodzę tak wcześnie, ale to naprawdę ważna sprawa. - Hmmm... Wilhelm Miller... A, tak, pamiętam. Wejdź. Na klatce schodowej panowała całkowita cisza. Drzwi na trzecim piętrze otworzyły się i stanął w nich mały, zgarbiony człowiek o starej, wysuszonej twarzy, siwych włosach i skrytych za okularami, czarnych oczach. - Witaj, parę dobrych lat. Myślę, że to, z czym przychodzisz jest rzeczywiście wyjątkowe. – Stwierdził z nutką złośliwości w głosie. - Ach, czas leci... Nie chciałem wspominać wojny... - Zrobię herbatę i pogadamy. Czym więcej mówisz, tym bardziej sobie uświadamiam, że sprawa jest śmiertelnie poważna. – Powiedział gospodarz – No i pora raczej nie skłania do przyjacielskich pogaduszek. Weszli do mieszkania. Panował tu idealny porządek i nieskazitelna czystość. Meble były stare i zniszczone. Nic się nie zmieniło od siedmiu lat, od dnia, kiedy Wilhelm przyszedł tutaj ostatnim razem. Usiadł w dużym pokoju na wygodnej, starej kanapie i czekał na przyjście Friedricha. - Zacznijmy bez żadnych ceregieli. Co się stało? Jakiej pomocy ode mnie oczekujesz? – Powiedział Heineman, stawiając na stole dwa parujące kubki herbaty. - Mam nadzieję, że mogę liczyć na twoją dyskrecję. Byłoby bardzo źle, gdyby sprawa wyszła poza mury tego mieszkania. - Nie martw się. Nigdy jeszcze cię nie zawiodłem. Lepiej mów. - Jakby to zacząć... Wiem, że to cię zaboli, ale musisz mi pomóc. Czy pamiętasz Bractwo Księżyca? Na twarzy Friedricha odmalował się niesamowity grymas przerażenia pomieszanego z potwornym bólem. - Mnie?... Mnie pytasz?... Czy pamiętam?... Jak miałbym, do ciężkiej cholery, zapomnieć?! - Przepraszam, źle sformułowałem pytanie... - Nie, to ty... Ty mnie teraz posłuchaj, dowódco. Doskonale pamiętasz, że wysłałeś mnie i mojego brata na zwiady do tamtego zamczyska! Pewnie dobrze pamiętasz też, że tylko ja wróciłem! Do dziś nie wiem... Nie wiem, jak bardzo liczy się dla ciebie śmierć mojego brata! Widziałem, jak umierał... Widziałem, jak mistrz go torturował... Uciekłem, ale do dziś nie mogę się po tym pozbierać! Jestem wrakiem, nie człowiekiem! I ty przyszedłeś żądać, abym ci pomógł w sprawie związanej z Bractwem?! – Friedrich wybuchnął głośnym, niepohamowanym, złym śmiechem. Wilhelm milczał chwilę zaskoczony atakiem Heinemana. - Myślę, że wiele razy rozmawialiśmy o tym. Wiesz, że rozkaz nadszedł z góry, a ja nie wiedziałem, na jakie konkretnie niebezpieczeństwo was narażam. Sam twierdziłeś, że nie winisz mnie za to, co się stało. – Odparł stanowczo. - Może i nie winię, ale nie czuję się zobowiązany do jakiejkolwiek pomocy związanej z tym bractwem. – Odparł sucho Friedrich. - Rozumiem. A czy zechciałbyś mnie wysłuchać? To będzie tylko kilka prostych pytań. – W głosie Wilhelma zabrzmiała prośba. - Dobrze, mów. Już i tak dużo mi przypomniałeś. Wilhelm opowiedział mu o wszystkim. - Hmmm... Dziwią mnie tu dwie rzeczy: dlaczego nie oddałeś im tej mapy wiedząc, co zrobili z moim bratem? Przecież widziałeś to, co z niego zostało w Krypcie Śmierci? Wilhelm zadygotał na myśl okropnych zwłok rzuconych w kąt krypty. -- Oni... Oni napisali to podanie 18 lat temu. Od tamtej pory nie odzywali się. Myślałem, że dadzą mi spokój. A teraz... Teraz... – Głos Wilhelma załamał się. Wpatrzył się w ziemię i kurczowo zacisnął zęby. - Druga rzecz: dlaczego posłałeś dzieci na Mazury? Domyślam się, że z tego samego powodu. Ale z ciebie naiwny człowiek. Wilhelm milczał. - I czego teraz oczekujesz, współczucia? - Friedrich, proszę, przestań. Dobrze wiesz, że nie. Nie lubisz mnie, może nawet nienawidzisz, ale powiedz mi, czy masz stamtąd jakieś papiery? - Nie, wierz mi. Gdybym miał, to dałbym ci je. W końcu te twoje dzieci nic nie zawiniły i są jeszcze bardzo młode. - Nie orientujesz się, kto i gdzie, oprócz skrytki w banku, może coś mieć? - Praktycznie wszyscy, którzy uczestniczyli w akcji. Najpewniej Alfred Kurtz. On interesował się mapami. Ale nawet nie wiem, czy jeszcze żyje. Był w twoim wieku. - Dziękuję. To już dla mnie coś znaczy. Nie będę cię więcej męczył. – Powiedział Wilhelm. - Słusznie. Życzę powodzenia. – Stwierdził Heineman, odprowadzając gościa do drzwi. - Do widzenia. Nie będę ci już więcej zakłócał spokoju. - Do widzenia. - Powiedział Friedrich i otworzył drzwi. Wilhelm szybko zbiegł na dół. Nawet wolał się nie odwracać. Jednak gdyby to zrobił, zobaczyłby wpatrzone w siebie, pełne nienawiści, oczy Heinemana. Na ulicy zwolnił trochę i zerknął na zegarek. Była 07:15. Ruszył w stronę metra.

Była ósma, kiedy Wilhelm stanął przed domem. Zobaczył ją niemal od razu. Siedziała w samochodzie i paliła papierosa. Na widok Millera szybko otworzyła drzwi i wysiadła. - Witam, cóż się dzieje z pańskim synem? Dzwoniłam i dzwoniłam, ale nikt nie odpowiadał. - Zapytała z irytacją. - Śpi. Jest pod wpływem silnych środków nasennych. - Odparł Wilhelm. - A pan... Pan chyba w ogóle nie spał. Okropnie pan wygląda. Gdzie to pan bywał tak rano? - Nie spałem, to prawda. Byłem u człowieka, który mógł mi udzielić informacji na temat mapy do krypty. - I co? - On jej nie ma, ale podejrzewa, gdzie może być, oprócz skrytki bankowej, rzecz jasna. Najpierw trzeba sprawdzić tą prostą ewentualność. Jeśli mogę spytać, dzwonili do pani? Kobieta od razu się ożywiła. - O, tak, nawet nagrałam sobie tę rozmowę. Zrobiłam to z dwóch powodów: Lili mówiła o Hansie, no, i oczywiście, żebyście też posłuchali, jak sprawy się przez was mają. - Przeze mnie, jeśli pani potrzebuje winnego. - Powiedział Wilhelm. Miał nadzieję, że to zbije kobietę z tropu, przynajmniej na jakiś czas, ale ona tylko zmierzyła go lodowatym spojrzeniem. Potem bez słowa wyciągnęła z torebki małą kasetkę i wcisnęła mu ją do ręki. - Chodźmy do domu. Mam klucze, więc wejdziemy bez problemu. - Powiedział i szybko ruszył na górę. Panowała tam idealna cisza. Odzywało się jedynie głośne tykanie zegara. - Zaraz go obudzę. – Stwierdził Wilhelm. Szybko ruszył w stronę sypialni. Gdy otworzył drzwi, zobaczył Hermana, który blady jak kreda leżał na ziemi. - Herman! Na miłość boską! – Wyrwało się z ust staruszka. Mężczyzna gwałtownie otworzył oczy i krzyknął. Rozdzierający, pełen rozpaczy i przerażenia wrzask rozniósł się po domu. - Herman, spokojnie, jesteś w domu. Dobrze się czujesz? - Ja... Ja... Boże... Nie... On... Nie... Wilhelm podbiegł do syna i wymierzył mu mocny policzek. - AAA! Czego, do cholery, mnie bijesz?! - Dla twojego dobra, wyłącznie. Dobrze się już czujesz? Herman z trudem usiadł. Bez przekonania kiwnął głową. - Chodź do kuchni, napijemy się kawy i jedziemy do banku. – Powiedział Wilhelm. Dopiero teraz zobaczył Marię, która stała w drzwiach i przyglądała się całej sytuacji. - Sprawia pani satysfakcję patrzenie na czyjeś cierpienie? - Nie, skąd. Ja tylko z ciekawości. Nie przypuszczałam... A, z resztą, sam pan powiedział, że to wyłącznie pańska wina, więc dlaczego miałabym czuć satysfakcję. Przecież pan, panie Hermanie, jest ojcem a ja matką. Wiele nas łączy. - „Musieli też tak na nią patrzeć.” – Przeleciało przez głowę Wilhelma. Niespodziewanie Herman podniósł się z podłogi i uścisnął rękę Marii. Ich oczy spotkały się na chwilę i Wilhelm wiedział, że kobieta już nigdy nie zrobi nic przeciw jego synowi Odtąd on, Wilhelm, był jedynym winnym, który musiał uporać się nie tylko z tą diabelnie ciężką sytuacją, ale także z ich pretensjami. - Proszę oddać mi kasetę. Nagranie jest po polsku, a wszystko, co Lili mówiła, właściwie już wiecie. - Zwróciła się do Wilhelma. Szybko dał jej kasetkę i wyszedł do kuchni, aby zrobić kawę. Po chwili dołączył Herman i Maria. Gdy pili, opowiedział im o wydarzeniach dzisiejszego dnia. - Więc jeśli nie bank, to Alfred Kurtz. - Skomentowała Maria. - Tak, właśnie tak. - Odparł Herman. W milczeniu dopili kawę. - Wezmę tylko niezbędne papiery. W końcu to wszystko leży w tym banku... Hmmm... Bardzo długo. - Stwierdził Wilhelm i udał się do salonu. Gdy tylko wyszli na ulicę, staruszek znowu poczuł obecność łącznika. Nic jednak nie powiedział. Był przekonany, że ten obserwuje ich w jakiś sposób z wygodnego mieszkanka gdzieś w Niemczech, może nawet w Berlinie. W normalnych okolicznościach nie uwierzyłby w tego rodzaju brednie, ale ta sprawa nie była ani trochę normalna. Postanowili pojechać samochodem Marii. Wilhelm był wykończony, Oczy miał przekrwione, zdradzające niewyspanie i potworny stres. Herman w ogóle nie nadawał się do niczego - blady jak papier, z trzęsącymi się lekko rękami. Paradoksalnie, Maria prezentowała się najlepiej - staranny makijaż zasłaniał jej zdenerwowanie i zmęczenie. Pewnie i szybko ruszyła w stronę banku.

Urzędnik przypatrywał im się bardzo podejrzliwie. - Chyba mają państwo ostatnio ciężkie dni. - Stwierdził. - To nie pański interes jakie mamy ostatnio dni! Czy może mam iść od razu do kierownika?! - Krzyknął Wilhelm. - Bardzo przepraszam, panie Miller. Po prostu osiem lat temu była tu taka parka. Wyglądali bardzo podobnie do państwa. Chcieli wypłaty w wysokości 50000 euro. Ich zachowanie oraz kwota wzbudziły we mnie podejrzenia na tyle duże, że zawiadomiłem policję. I co się okazało, porwano…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Bractwo Księżyca 3 — czytnik · opowiadania