Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 19 min czytania

(Brak tytułu) cz. 3

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Poruszali się powoli, w ciszy. Każdy był bardzo przygnębiony i gdyby nie Lincoln i jego zimna krew, nie zrobiliby ani kroku więcej. Artur spojrzał na zegarek, który o dziwo działał. Była trzecia nad ranem. Nie spodziewał się niczego po poranku jednak ciał by ta noc już się skończyła. Nadal panował gęsty mrok, a mgła nie miała zamiaru opuszczać zniszczonej ziemi. Po obu stronach mieli zrujnowane domy, które zostały zrównane z ziemią podczas burzy. Artur miał jednak przeczucie, że niektóre zniszczenia wynikają z grabieży tych mutantów. Ciągle zastanawiał się nad sytuacją w markecie. Pułapka oznaczała, że te stwory potrafią w jakimś stopniu myśleć. Bardzo go to niepokoiło. Jeśli potrafiły zastawić pułapkę to co jeszcze szykują? Innym powodem jego zmartwień był Tommy. Jego stan ciągle się pogarszał i wiedział, że niedługo może się przeobrazić w potwora. Musiał podzielić się swoimi myślami z Lincolnem. Podbiegł do niego i razem oddalili się trochę od Tommy’ego i Lorrie. - Lincoln – szepnął - Tak, Artur? - Wiesz, że Tommy jest zarażony. Niedługo nie będziemy mieli nad nim kontroli. Trzeba coś zrobić. - Wiem o czym mówisz – powiedział cicho Lincoln – Na razie nic nie możemy zrobić. Poczekajmy i zobaczmy jak sytuacja się rozwinie. Jeśli się przeobrazi to będę go musiał zabić, chyba zdajesz sobie z tego sprawę? Artur nic nie odpowiedział. Wiedział, że to będzie konieczne lecz nie mógł dopuścić tej myśli do siebie. Tommy był jego przyjacielem. Skończył rozmowę. Nie do końca ufał Lincolnowi. Był dla niego kimś zupełnie nie znanym. Zjawił się niewiadomo skąd i od razu zaczął im pomagać. Z jednej strony wiedział, że w pojedynkę nie dałby rady więc musiał znaleźć kogoś do pomocy jednak miał dziwne przeczucie, że Lincoln nie mówi im wszystkiego lub nie jest tym za kogo się podaje. Ten natłok myśli jeszcze bardziej go zdołował. Mieli przed sobą dziesięć kilometrów otwartej przestrzeni, na której byli idealnym celem. To szaleństwo, pomyślał. Po pewnym czasie znaleźli budkę telefoniczną. Jakimś cudem przetrwała nawałnicę. Ich radość nie trwała długo, bo okazało się że nie ma sygnału. Byli zdani tylko na siebie. - Słuchajcie – powiedział Lincoln – do najbliższej koloni jest dziesięć kilometrów. Nie mamy pewności czy tam jeszcze ktoś żyje. Ale musimy wierzyć. Mamy jeden pistolet i niewiele amunicji więc trzeba ją oszczędzać. Jedzenia i wody nam starczy. Myślę, że powinniśmy znaleźć tutaj jakieś metalowe pręty, dzięki którym trochę się uzbroimy. Znalezienie ich nie było trudne. Po chwili każdy trzymał w ręce coś odpowiednio twardego i ostrego do obrony. - Niech pan Bóg ma nas w opiece – powiedziała cicho Lorrie i z przyjaciółmi opuściła teren miasteczka. W tej chwili kolonia całkowicie opustoszała. Byli ostatnimi z żyjących, którzy wiedzieli co tu zaszło. ***

Artur podziwiał wytrwałość Lorrie. Ani razu się nie poskarżyła. Pochodziła z zamożnej rodziny lecz była zwykłą dziewczyną. Nigdy się nie przechwalała i nie wywyższała. Mieszkała z rodzicami w Nowym Yorku. Gdy rozpoczęła się wojna była na drugim roku studiów prawniczych na Harvardzie. Tylko dzięki przypadkowi uszła z życiem. 15 września w dniu rozpoczęcia wojny wracała do rodziców do Nowego Yorku z lotniska w Bostonie. Na samolot spóźniła się pięć minut i to uratowało jej życie. Dwie godziny później dowiedziała się o zbombardowaniu jej rodzinnego miasta. Był to dla niej szok tak jak dla wszystkich ludzi. Jej rodzice nie przeżyli. Bomba doszczętnie zniszczyła miasto. Była wstrząśnięta i załamana. Pomocy udzieliła jej przyjaciółka ich rodziny Molly. Była starszą, bardzo miła panią. Niestety zmarła rok po katastrofie nuklearnej. Losy Lorrie potoczyły się bardzo szczęśliwie w porównaniu z milionami ludzi, którzy zginęli. Trafiła do pierwszego organizowanego obozu i tam poznała Artura i Tommego. Teraz szła razem z nimi walcząc o własne życie. Artur zbliżył się do niej. - Wszystko w porządku? – spytał - Tak, dzięki. Jakoś sobie radzę – odpowiedziała mu Lorrie. Usłyszał, że płacze. Zupełnie nie wiedział co zrobić. Przytulił ją do siebie. Szli w milczeniu, które co jakiś czas przerywał wrogi pomruk lub szelest. Czuli na sobie wzrok głodnych bestii, które czaiły się w każdym zakamarku. Szli przez podobny do pustyni teren. Wszystko było wymarłe, z niektórych miejsc wystawały powykręcane drzewa i krzaki. Ziemia była całkiem jałowa. Mgła już opadła i widoczność nieco się poprawiła. Teraz dostrzegali wraki różnych pojazdów, które zostały opuszczone przez właścicieli. Po lewej stronie około dwudziestu metrów od nich majaczył niewyraźny kształt. Podeszli bliżej i zobaczyli, że leży tam rozbity samolot. Lewe skrzydło było całkowicie zniszczone, prawego nigdzie nie mogli znaleźć. Cały tył samolotu też gdzieś zaginął, najprawdopodobniej urwał się jeszcze w czasie lotu. Jedynie kabina pilotów była cała. Po szybkim przeszukaniu wraku znaleźli radio i apteczkę zdrowia, która bardzo się przydała. Zmienili opatrunek Tommemu i dali mu leki znieczulające ból. Szybko poczuł się lepiej. - Radio odbiera jakieś sygnały. Może uda nam się skontaktować z kolonią – powiedział wyraźnie zadowolony Lincoln. Niestety długie próby nie dały rezultatu. Wstali i zaczęli zbierać się do drogi. Każdy się napił i zjadł kawałek chleba więc mieli więcej sił na podróż. Ruszyli z miejsca i zagłębili się w ciemny las. Drzewa były pozbawione liści jednak konary i gałęzie utrudniały marsz. Musieli się bardzo natrudzić by pokonać kolejne metry. Jednak czuli się bezpieczniej, bo miedzy drzewami byli niedostrzegalni. Każdy krok był ciężki i męczący. Nagle usłyszeli przeraźliwy ryk. Brzmiał jak nawoływanie rannego zwierzęcia jednak oni wiedzieli, że to jakiś mutant próbuje zwabić swoją ofiarę. Skulili się, przytuleni do siebie pod drzewem. Lincoln pokazał im by byli cicho. Doskonale to wiedzieli i prawie wstrzymali oddech. Jakieś dziesięć metrów od nich pojawiła się garbata postać. Nisko schylona próbowała wywąchać jedzenie. Z paszczy leciała mu ślina. Najwyraźniej był bardzo głodny i nie pogardziłby czwórką dorosłych ludzi. Podniósł łeb i nasłuchiwał, rozglądając się dookoła. Artur miał uczucie jakby ślepia mutanta zatrzymały się na nich. Nie mógł jednak ich zobaczyć. Po chwili odszedł w las. Odetchnęli z ulgą. - Poczekamy jeszcze chwilę, by upewnić się czy na pewno sobie poszedł – powiedział szeptem Lincoln. Czekali w milczeniu dziesięć minut. Gdy mieli pewność, że nie ma już zagrożenia wyszli ze swojej kryjówki i po cichu ruszyli dalej. Nagle zza drzewa wyskoczyła obrzydliwie zdeformowana postać. Nie miała jednej ręki, a z głowy wystawał jej wielki guz. Tommy stał najbliżej niej i gwałtownym ruchem zamachnął się swoim prętem. Potwór odskoczył na bok, uchylając się od ciosu. Artur wyjął pistolet i wycelował. W ostatnim momencie Lincoln wytrącił mu broń z ręki. - Nie możemy zdradzać naszej pozycji idioto! – krzyknął. Potwór właśnie zakradł się od tyłu i skoczył na Lincolna. Artur rzucił się przed siebie i powalił go ratując mu życie. Bydle było wściekłe, że znów ktoś pokrzyżował mu plany. Wydało z siebie okropny ryk i zamachnęło pozostałą mu ręką na Lorrie. Jednak zamiast jej ciała napotkało na drodze metalowy pręt, którym Tommy ją zasłonił. Potwór zawył z bólu i upadł na ziemię. Tylko na to czekali. Z dwóch stron padły na niego ciosy Artura i Tommego, którzy roztrzaskali mu czaszkę. - Niezła robota – powiedział Artur do uśmiechniętego Tommego. - Ruszamy, zaraz mogą zjawić się inne! – krzyknął Lincoln i biegiem ruszył przed siebie. Artur zdążył podnieść pistolet i także zagłębił się dalej w las. *** Biegli ile sił w nogach potykając się o leżące gałęzie. Nie oglądali się za siebie. Za sobą słyszeli wrzaski i jęki potworów, które zgromadziły się przy ciele towarzysza. Słyszeli też obrzydliwe mlaskanie, najwyraźniej głodne bydlaki jadły swojego kompana. Wybiegli z lasu. Ich oczom ukazały się rozległe, martwe tereny. Były ogromne rzędu kilku kilometrów. Artur usłyszał dziwny chlupot. Odwrócił się i zobaczył, że Tommy wymiotuje. Był bardzo blady i zmęczony. Zobaczył, że z jego rany na ramieniu leci krew. Nie było dobrze, Tommy czuł się coraz gorzej. Podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu. To jak zareagował bardzo go zaskoczyło. Szybkim ruchem odepchnął Artura i padł na ziemię. - Przepraszam….- powiedział do zaskoczonych przyjaciół – nie wiem co się ze mną dzieje… - Nic nie szkodzi, jesteś po prostu zmęczony – pocieszył bardziej siebie niż jego Artur. Wiedział, że przemiana się już zaczęła. Niedużo czasu mu zostało. Podszedł i podał mu wodę. - Musimy iść, nie mamy czasu na postój – powiedział i pomógł mu wstać. Jego rana nie wyglądała dobrze, nie goiła się i bardzo ropiała. Ostatkiem sił Tommy wstał i podpierając się na Arturze ruszył przed siebie. - Obaj wiemy, że nia ma dla mnie ratunku – wyszeptał do Artura. Nie wiedział co mu odpowiedzieć – zostawcie mnie tutaj lub zastrzelcie. Nie chcę zrobić wam krzywdy - Nie zostawię cię. Uda nam się, musisz wytrzymać. Tommy nic nie odpowiedział. Nie chciał narażać przyjaciół na niebezpieczeństwo. Opustoszałe tereny były olbrzymie. Gdzieś tam daleko leżała kolonia, do której dążyli. Zostało im jeszcze sześć, może osiem kilometrów. Nie byli pewni, bo w lesie stracili orientację. Każdy skrawek tego terenu był uschły i umarły. Nie było nawet żadnego uschłego drzewa. Nic co osłoniłoby ich przed atakiem. Byli czwórką zmęczonych wędrowców, którzy szli po opuszczonym

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
(Brak tytułu) cz. 3 — czytnik · opowiadania