Fantasy · 10 min czytania
Brama Północy epizod I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
I
Słońce chyliło się ku zachodowi malując na niebie czerwoną smugę. Wiatr wiejący z północy był coraz gwałtowniejszy i zimniejszy. Na domiar złego śnieg sypał coraz gęściej ograniczając widoczność ledwie na wyciągnięcie ręki. Zaczynał się piąty miesiąc zimy, przez wielu uważany za najgorszy. Dla Gordiusa było wszystko jedno, na chwilę obecną wiedział jedno. W zaistniałych warunkach dalszy marsz groził zboczeniem ze szlaku. Zatrzymał konia i przebijając wzrok przez ścianę śniegu usiłował dostrzec odpowiednie miejsce na obóz. Gordius liczył już prawie czterdzieści zim, był ogromnej postury, a okuty w zwierzęce skóry przypominał niedźwiedzia. Jego twarz poorana była bliznami, które opowiadały historię twardego wojownika. - Za stary jestem – mamrotał pod nosem. – Powinienem siedzieć w ciepłej karczmie i pić na umór, a zamiast tego szlajam się po tym lodowym pustkowiu. Poprawił futrzaną czapę po czym wskazując dwa ogromne dęby zwrócił się do swoich towarzyszy. - Między tymi drzewami rozstawcie namiot. Pospieszcie się, zaraz zapadnie zmrok. Gdy drużyna zajęła się przygotowywaniem obozowiska Gordius kontynuował konwersację z samym sobą. - No cóż Gordiusie musisz płacić za błędy młodości, oj musisz. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze skosztuję grzanego piwa w ciepłej karczmie i w towarzystwie może nie za pięknych ale za to chętnych dziewek. Przyglądał się jak jego ludzie stawiają obóz. Wyglądało to identycznie jak każdego poprzedniego wieczoru. Stawianie namiotu, rozpalanie ognia, przygotowywanie posiłku. Obserwował ludzi, których powierzono jego komendzie i zastanawiał się, czy podołają wyzwaniu, jakie postawił przed nimi dowódca Bramy Północy. Wszyscy oni byli zwiadowcami, członkami specjalnej grupy, którzy jako jedyni przekraczali północną granicę królestwa. Gordius był zadowolony, że przydzielono mu Canisa, którego znał od dawna, dość często zdarzało im się wspólnie upić do nieprzytomności. Canis, zwany przez niektórych Dzikiem, co wiązało się z jego gwałtownym usposobieniem i z tym, że wszędzie było go pełno, liczył trzydzieści trzy zimy, był sprawnym wojownikiem, który na Północnej Bramie spędził niemal całe swoje życie. Prócz nich pozostała część kompanii liczyła sześć osób. Trzech z nich Gordius znał z widzenia, ale nie czuł potrzeby zapamiętywania ich imion, od tego miał Canisa, formalnego zastępcę. Czwartym zwiadowcą była młoda dziewczyna o imieniu Ines. Była bardzo ładna, nie miała więcej niż osiemnaście zim, a uwagę każdego mężczyzny przykuwały jej piękne, bujne, rude włosy. Kobiety nie mogły służyć w armii królestwa, jednakże zwiadowcy Bramy Północy rządzili się własnymi prawami. Jego niepokój budziło dwóch wojowników, którzy do zwiadowców dołączyli stosunkowo niedawno i był to ich pierwszy patrol. Zapamiętał ich imiona, Dagstan i Jonathan, tylko dlatego, że słyszał o przyczynie ich zjawienia się w Północnej Bramie. Wiadomym jest, że do tego miejsca w dużej mierze trafia margines społeczeństwa, często w ramach kary lub pokuty. W przypadku Dagstana i Jonathana było podobnie. Wieść niosła, że sprzeciwili się samemu królowi odmawiając wykonania jego rozkazu. Każdego innego żołnierza czekałaby śmierć ale król wiele zawdzięczał tym dwóm oficerom. Tak, oficerom. W jakiż to sposób los bywa przewrotny. Kiedyś oficerowie dowodzący królewskimi drużynami, dziś szeregowi zwiadowcy rzuceni w paszczę lodowego pustkowia. To głównie dzięki nim król zdołał zwyciężyć w krwawej wojnie domowej i utrzymać władzę. To właśnie z tego powodu zamiast pod topór kata trafili do oddziału zwiadowców. Dagstan i Jonathan byli zbyt cenni by ich zabijać i zbyt niebezpieczni, by trzymać ich w sercu królestwa. Po kilkunastu minutach obóz był już gotowy. Ines przygotowywała posiłek. Kątem oka spoglądała na dwóch nowych towarzyszy. Słyszała rozmaite plotki na ich temat, jedna z nich mówiła, że byli oni ważnymi dowódcami króla. Wydawało jej się dziwnym, że zaszli tak wysoko w tak młodym wieku. Podobno obaj mieli po dwadzieścia pięć zim. Jonathan był prawie dwumetrowym dobrze zbudowanym kolosem o gęsto zarośniętej twarzy. To na co Ines w pierwszej chwili zwróciła uwagę to jego wulgarny język. Po chwili jej myśli przeniosły się na Dagstana. Był on drobniejszej postury od swojego komiltona, jego twarz pokryta była kilkunastodniowym zarostem, lecz nie tak gęstym i twardym jak Jonathana. Dagstan był niejako jego przeciwieństwem. Spokój miał nie tylko wypisany na twarzy, ale i faktycznie był spokojnym i małomównym człowiekiem. Jej rozmyślania przerwał donośny głos Canisa. - Ines co z tym żarciem!? - Jeszcze chwila. - Dagstan, Jonathan, dziś wy macie wartę! Po spożyciu strawy cała kompania ułożyła się do snu. Na straży został Jonathan. Noc była spokojniejsza niż zapowiadał ją wieczór. Wiatr nieco ucichł a i śnieg nie sypał już tak gęsto. Jonathan wpatrywał się w ogień. Podziwiał taniec płomieni, gdy nagle usłyszał za plecami kroki. Chwycił…