Inne · 31 min czytania
Brewiarz
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
BREWIARZ
„Mam nadzieję, że koniec jest radosny i nigdy tu nie wrócę.” Frida Kahlo
Jutrznia
Jakiś domorosły filozof wydumał, że zasypianie jest formą umierania. To jedna z większych bzdur jakie kiedykolwiek usłyszałem. Rodzajem umierania i to w ciężkich męczarniach jest codzienne wstawanie o czwartej. Z pewnością są tacy, których to bawi, ale dla mnie to gwałt dokonywany na własnej osobie. Zegar biologiczny nie ma pokrętła do przestawiania wskazówek. Noc to noc, a dzień jest dniem. Czwarta to środek nocy i nieważne, że na zewnątrz jest już jasno. Coś brzęczy namolnie. Coś… Budzik, cholera jasna! Udaje mi się uchylić powieki. Każda cząstka jestestwa wyje w proteście. Nogi ciężkie, jak po maratonie, nie chcą się unieść na wysokość dywanu. Oczy z trudem rejestrują przeszkody, a umysł niczym system TAWS w samolocie krzyczy: jest noc, jest noc, jest noc! Mobilizuję całą siłę woli. Rozważając motyw rzeczy ostatecznych, unoszę się z wyra. Ciekawe, gdzie podział się prawy kapeć? Szukam go z zaciekłością godną zaiste lepszej sprawy. Oczywiście walę gołym paluchem o kant kanapy. Może to i dobrze. Od razu poprawia mi się percepcja rzeczywistości. Rozcierając go, natychmiast zauważam przeklęty laczek. Jest tam gdzie powinien być. Diabli ogon, czy złośliwe skrzaty? Nic podobnego. Teraz mówi się: efekt DOP (zainteresowanych, albo podirytowanych licznymi skrótami odsyłam do materiałów źródłowych, przypisów nie będzie) . „Jak dobrze wstać skoro świt”. Cholera, taka poezja powinna być ścigana z urzędu. Czas udać się do mojej kabiny dehibernatyzacyjnej. Kontrolny rzut oka w zwierciadło. Głęboki wdech, ściągnięcie przepony. No proszę, całkiem nieźle. Nawet rysuje się cień lekkiego kaloryferka. Słaby bo słaby, ale zawsze… Zaczyna mi brakować tlenu. Wydech. Taaa… Bojlerek nie kaloryferek, a nad nim wyraźnie kształtują się zaczątki lekkiego biustu. Trzeba zbastować z kurczakami. Dla odmiany poniżej nic nowego. Nawet nie ma co zerkać. Ograniczam się do twarzy. Szczerzę zęby niczym rozbawiony szympans. Narzucam na nie warstwę pasty najnowszej generacji. Kosmiczna technologia. Miętowy wash and go, trzy w jednym, z siłą wodospadu opływa mi plomby. Gęba pełna piany. Efekt? Wątpliwy. Rwie mnie coś w prawej, dolnej szóstce. Takie małe preludium, ostatnie ostrzeżenie. Kiedyś budowa zęba w bardzo poważny sposób zachwiała moimi pokładami wiary. To jak to niby jest z tym tworzeniem na własne podobieństwo? Czyżby Wszechmocny był masochistą. Jakoś trudno w to uwierzyć. Już prędzej sadystą. Ciągle kogoś dociera. Po przykład nie sięgajmy daleko. Kobiety. Postanowił je ukarać tak zwanymi trudnymi dniami z ewentualną zamianą na bóle porodowe. Trochę wrednie. Nawet bardzo. I o co poszło? Wszyscy wiemy. Niedozwolone dokarmianie. A za co nam się oberwało? Nie mam pojęcia. Idąc tym samym algorytmem, pewnie za łakomstwo. Jeśli tak, to kara jest stanowczo nieadekwatna do stopnia wykroczenia. O co się tak pieklę? Drobiazg. Rzecz mała, a uciążliwa. Czy ktoś zna jakiś logiczny powód, dla którego coś ma na nas rosnąć? Jak nic pokuta. Kudły panoszą się wszędzie, ale oczywiście nie tam, gdzie są mile widziane. Mniejsza z tymi na plecach i tak ich nie zobaczę. Najgorsze są te na mordzie. Rozeźlony na żonę Wańkowicz powiedział, że wolałby raz w roku rodzić, niż codziennie się golić. Trochę facet przegiął, ale coś w tym jest. Zaatakowałem facjatę sprzętem najwyższej jakości. Trzy ostrza, cztery ostrza, niedługo będą wyglądały jak glebogryzarki. Szczecina powinna sama wyskoczyć ze skóry tylko na widok nazwy producenta (tekst nie będzie zawierał lokowania produktów). Akurat. Skrzyp, skrzyp, przeciągam dłonią … Szkoda gadać. No i jeszcze jedno. Tak, o to mi chodzi. Rzecz niebywale korzystna dla naszego samopoczucia i komfortu. Nie wstydźmy się, mało jest rzeczy równie ludzkich. Nie wiem dlaczego to temat tabu. Że śmierdzący? Życie rzadko roztacza wokół zapach fiołków. Kiedyś obliczyłem z grubsza, że cudem osiągnąwszy wiek emerytalny mamy za sobą jakieś półtora roku spędzone na porcelanowym dzbanie. I to po warunkiem że omijały nas z daleka bolesne obstrukcje i inne sensacje gastryczne. To więcej niż przeznaczamy, na przykład na tak bardzo ostatnio lansowany, seks. No chyba, że ktoś zajmuje się nim profesjonalnie. Aha. Wnioskuję by Nagrodę Nobla dać geniuszowi, który wymyślił nacinanie taśmy na kawałki o powierzchni decymetra kwadratowego. Jeszcze inny nowator postanowił je naperfumować. Można wiedzieć po co? Chyba dla jaj (bez podtekstów). Nuta zapachowa bosko zgrywa się ze standardowymi aromatami kloacznymi. Gówno w lesie. Dość narcyzmu na dziś. Rytuał zakończony. Czas oblec niegodne ciało w jakieś okrycie. Nie szata zdobi człowieka. Pozwolę sobie nie do końca zgodzić się z tą powszechnie znaną mądrością, a raczej nieco ją sparafrazować. Otóż już dawno przekonałem się, że szata zdobi tylko człowieka zdobnego z natury, a więc w moim przypadku problem konfekcyjnych wyborów jest raczej trzeciorzędny. Narzucam na siebie byle co i wychodzę. Dźwięk klucza przekręcanego w zamku brzmi jak odgłos zamykania klasztornej furty, ale wyjście z mieszkania nie oznacza wyrwania się na wolność.
Tercja
O tej porze miasto jest niczym nabrzmiała deszczowa chmura. Tylko kwestią minut jest moment, gdy rzygacze ciemnych klatek schodowych zaczną wypluwać z siebie z początku wątły, a później niepohamowany strumień mieszkańców. Wkrótce potem człowiecze potoki uformują w różnych miejscach większe i mniejsze, szumiące gwarem rozmów, rozlewiska. Szczególnie szeroko rozpłyną się na przystankach i parkingach. Na razie jest jeszcze pusto. Pojedynczy przechodnie mijają mnie zatopieni w porannych myślach. Nieliczne samochody posuwają się powoli, mrugając zaropiałymi oczami reflektorów. Powietrze jest rześkie, odświeżone nocnym deszczem. Słychać nawet ptaki. Później uliczny tumult zamknie im dzioby. Idę w kierunku stacji. To niedaleko. Najpierw bankomat. Rzut oka na saldo. Czuję jak otwiera mi się w żołądku nowy, krwawiący wrzód. Podchodzę do zakratowanego okienka w drzwiach nocnego sklepu. Zupełnie jak na widzeniu w pierdlu. Nie ma moich papierosów. Nocne moczymordy wypaliły wszystko. Kupuję jakieś barachło. Przez chwilę zastanawiam się nad nabyciem flakonika chmielowej zupy. Nie. Będę twardy, poczekam do fajrantu. W drogę. Na rogu ulicy leciwa baba okłada równie starego oberwańca wypchaną puszkami foliową torbą. Widocznie wszedł w jej śmietnikowy rewir. Swoją drogą trzeba było sobie zawczasu jakiś zaklepać. Na emeryturze byłby jak znalazł. Pod peronem, jak co dzień, spotykam Bogusia Żyrafę. Brakuje mu czterdziestu groszy. Jak co dzień. Kiedyś chciałem mu postawić ulubionego mózgotrzepa. Po prostu, żeby go mieć, choć na tydzień, z głowy. Obraził się. Powiedział, że nie jest żebrakiem, zwyczajnie mu zabrakło. Oczywiście, jak co dzień. Siadam na peronowej ławce skwapliwie omijając ślady nocnego życia miasta. Syf, kiła, mogiła i przemarsz Hunów. Kilku maruderów jeszcze miota się na drugim końcu stacji. Nawet śpiewają jakieś stepowe pieśni bojowe. - CWKS-ie, klubie kochany strzelisz trzy bramki, a my pochlamy!!! Jeśli chodzi o to drugie, to się im udało. Zapalam papierosa otoczony malowniczym dywanem petów, pogniecionych puszek i szkła butelek. Wszędzie walają się opakowania po najnowszej narodowej potrawie. Jak to, o czym mówię? O kebabie. Miejscowa wariacja tej zakąski to chyba zemsta za osmańskie agresje. Jak sięgnąć wzrokiem peron pokryty jest malowniczymi meduzami mołojeckich splunięć. Znaczyli teren, czy co? Któryś zrobił to metodą typową raczej dla świata zwierzęcego. Na szczęście siedzę po zawietrznej. W sumie nic nadzwyczajnego. Warsaw by night. Kończę papierosa. Rozglądam się za koszem. Jest dobrych kilkadziesiąt metrów dalej. Rzucam niedopałek pod nogi. W końcu też jestem stąd. Nadjeżdża pociąg. Szybka Kolej Miejska… Urodzeni humoryści. No dobra, nie ma co narzekać, dobrze, że w ogóle przyjechał i to w miarę o czasie. Wsiadam. Kurwa, Europa. Monitory, wyświetlacze, kojący głos zapowiadający przystanki, szum klimy. Tylko te twarze pasażerów… Szare, zmęczone, ściągnięte, niektóre złe. Oczy obojętnie skierowane w stronę okien, nieobecne. „Ludzie! Kochani… Coście smutni tacy? Przecie jedziecie do pracy!” Nie wszyscy. Część pasażerów jeszcze nie zamknęła poprzedniej doby. Niektórzy drzemią snem sprawiedliwych, dziobiąc powietrze nosami w rytm uderzeń kół na podkładach, inni mniej lub bardziej bełkotliwie komentują wydarzenia minionej nocy. Dwie dziewczyny wybuchają co chwila salwami śmiechu. Są śliczne. Ochoczo prezentują wszystkie te fragmenty swych wdzięków, które jeszcze nie narażają je na zarzut naruszenia moralności publicznej. I można powiedzieć - balansują na granicy. Mnie to nie przeszkadza, nie jestem zbyt praworządny. Trochę psują korzystne wrażenie liczne totemiczne znaki plemienne, wydziargane na ciele. Mało w tym artyzmu, a mnóstwo tandety. Maorysi byliby w siódmym niebie. No i te kawałki metalu powbijane w różne miejsca. Nie mam pojęcia w jaki sposób uroku ma dodać kobiecie wystający, na przykład z brwi, łeb gwoździa. Słucham co mówią. Bo chwilami mówią. W przerwach między atakami chichotu. Dziwny to język, choć doskonale znany. Jak tak piękne usta mogą emitować tyle ohydnych słów. Przecież właśnie one miały łagodzić obyczaje, hamować zapędy wojowników. To pewnie owo równouprawnienie, nie nadążam już za wszystkim. Dziwne, nie tak wyobrażałem sobie sufrażystki. Jestem trochę zażenowany. Nie wiem dlaczego. To nie ja powinienem się wstydzić. A może jednak… Może nie jestem (nie jesteśmy), tak zupełnie bez winy. „…jakie ich młodzieży chowanie.” Jedna z nich spogląda na mnie z wyzwaniem. No tak, staremu prykowi coś się nie podoba. Odwracam wzrok. Śmieją się. Doświadczenie mi mówi, że tym razem ze mnie. Niech im będzie. Od dawna nie robi to na mnie wrażenia. Spoglądam przez okno. Już spory ruch na ulicach. Ojczyzna wita nowy dzień. Pociąg zatrzymuje się. Otwierają się drzwi i wchodzi… KOBIETA… Tak, taka pisana dużą literą, obrazująca prawdziwe znaczenie tego słowa. Nie jakaś roznegliżowana siksa tylko istota dojrzała, zdająca sobie sprawę z atutów, ale i ograniczeń, jakie daje ten fakt. Nienaganna figura, idealna klepsydra. Dyskretny makijaż, perfekcyjnie ułożone włosy. Oby nie było wiatru. Śliczny kostiumik i dobrane dodatki. Idzie na wysokich obcasach bez najmniejszego zachwiania. Stara szkoła. Modelki niech teraz nie próbują wychodzić na wybieg. Mogą popatrzeć zza kotary. Bogini. Polki są piękne, a jeśli nawet nie, to przynajmniej efektowne. To dwa odmienne pojęcia. Nawet, gdy nie mają wiele do zaoferowania, potrafią wyeksponować coś oryginalnego, jedynego i niepowtarzalnego. Obserwuję prawdziwą damę. Sprężyna wyobraźni zaczyna się nakręcać. Trochę jestem zaniepokojony. Podobno mężczyzna myśli o seksie co siedem sekund, a tu dzisiaj dopiero premiera… Widać to prawda, że gorzała wypłukuje testosteron. Siada naprzeciw mnie. Jej spódnica jest na tyle wąska i krótka, że podsuwa się w górę odsłaniając kolana i… Nie wierzę własnym oczom… Tak się nie robi. Sprężyna rozwija się z jękiem. Przecież jest ciepło, a będzie upalnie. Mimo to je założyła. Antygwałtki… Czy boginie nosiły skarpetki? Dusza zawsze cierpi, gdy jej ideały walę się z cokołów.
Część 22 / 2
Każda droga ma swój koniec. Zbliżam się do firmy. Mój grand już jest. Przy wejściu stoi wypasiony merol cabrio, a ze środka dochodzi podniesiony głos, zaprawdę godny tak dzielnego hidalga. W Japonii na dzień dobry śpiewa się hymn firmy, tu wysłuchuje się porcji bardziej, lub mniej wyrafinowanych inwektyw. Co kraj to obyczaj. Przesłanie tych przemów jest bardzo proste: weitermachen, wy leniwe świnie, albowiem tylko Arbeit macht frei, nieroby nadwiślańskie. Pocałuj mnie w cztery litery, gościu. Przystaję obok limuzyny. Nie zamknął dachu. Kalifornijczyk, cholera. Fajnie by było, jakby tak… Szybki taniec deszczu wydreptany w duszy do Manitou, czy jakiegokolwiek innego władnego, nie przynosi oczywiście skutku. Nie proszę o kataklizm. Chodzi jedynie o maleńką, króciutką burzę, z opadem możliwie bliskim kwartalnej średniej. Ileż to znowu fatygi? Nic z tego. Dla bogaczy jest tylko pogoda. A zatem szef już wrócił… Szkoda. Nic co piękne nie trwa długo. Dobre i to, że tak wiele czasu spędza w swej nowej, bardziej kochanej i piękniejszej ojczyźnie. W sumie mógłby sterować firmą także stamtąd, spod słonecznego nieba Kastylii. Nic tak nie poprawia samopoczucia pracownika jak solidne oddalenie od szefa. El Comandante wychodzi. Nie zwraca uwagi na moje dość zdawkowe powitanie. Nic dziwnego. Ostatecznie ja też nie odpowiadam na pozdrowienia mijającej mnie mrówki. Owiewa mnie fala mdlącego zapachu perfum. Pewnie wydał na nie równowartość połowy mojej pensji, ale to nie oznacza, że do ich użycia ma stosować ogrodową polewaczkę. Papierosa. Muszę, inaczej się uduszę. To się nazywa klasą, albo ktoś ją ma, albo próbuje kupić. O dziwo, szanse na to są nikłe. To pocieszające dla nędzarza. Radziwiłłowie potrzebowali pokoleń, by zapomnieć o niedźwiedzich skórach na barłogach. „Wielki człowiek” klnie jak szewc próbując wygodnie umieścić się w swojej bajeranckiej gablocie. Nic z tego. Wątroba mu przeszkadza. A nie mówiłem? Nie powinien pić tylu iberyjskich alpag, choćby kosztowały drugą połowę mojej pensji. Organizm Słowianina nie jest do nich przystosowany. Przez chwilę rozmyślam o konstrukcji wyciągu jakiego używali ciężkozbrojni rycerze do wsiadania na konia. Potem skłaniam się raczej ku luksusowej wersji Kamaza. W końcu El Presidente rusza z piskiem opon, wyrzucając prosto na mnie chmury pyłu i żwiru z podjazdu. Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie menadżera. Od polówki do gotówki. Takie mamy „elity” na jakie zasłużyliśmy. Na razie wolą wilcze szuby od bisiorowych szali. Wchodzę do budynku. Wymaga to pewnego samozaparcia. Nawet niemałego. Starozakonni mieli rację. Najgorszy handelek jest lepszy od najlepszej pracy. Nie wiem jak innych, ale mnie Pan nie stworzył do roboty. Dobra, nie mieszajmy go do tego. Gdyby chciał, żebyśmy cały czas zapieprzali, dałaby nam cztery rączki, podwozie gąsienicowe i mały motorek w dupie. To wszystko pewnie przez masonów, albo nawet, co gorsza, postmodernistów! Zaciskam zęby i wchodzę. Szczęśliwi ci, którzy lubią to czym zarabiają.
Seksta
Einstein miał rację. Czas jest względny. Im częściej spoglądam na zegarek tym wolniej mija. Przerwa śniadaniowa. Wolałbym zjeść sam, ale tu nie Ameryka. Znudzony patrzę na twarze współpracowników. Mężczyźni plotkują z taką samą lubością jak kobiety, używają tylko mniejszej ilości słów i wykrzykników. No i bez katalizatora rzadko poruszają sprawy osobiste. Czasami się odzywam, częściej nie. Nie bawi mnie to. Chciałbym z kimś zwyczajnie porozmawiać. O CZYMŚ!
Nona
Koniec katorgi. „W życiu piękne są tylko chwile”. Oto jedna z tych nielicznych. Wsysa mnie szczytowy tłum uliczny. Welcome To The Jungle. Z pełną mocą wybucha codzienna rójka. Niczym z mrowiska potraktowanego kijem wybiegają kolumny dwunożnych mrówek. Gromady robotnic i trutni wskakują na swoje ścieżki w pozornie bezrozumnej gonitwie. Daję się wciągnąć w dziki nurt. Chyba to lubię. Jestem z miasta. Nie wiem, czy to widać, słychać albo czuć. Wiem za to, że bez tego bałaganu czuję się nieswojo. Cisza i spokój szybko mnie męczą