Fantasy · 1 godz. 20 min czytania
Brzemię
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
ROZDZIAŁ I Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo gdzie… Od godziny Vladimir jechał stępa, nie pozwalając koniowi zmienić męczącego dla nich obu tempa. Chociaż leśny mech tłumił kroki, bał się spłoszyć zdobycz, a czuł, że są już blisko. Pochylał się nisko nad lśniącym końskim karkiem i bacznym spojrzeniem lustrował sznur śladów znaczących leśne poszycie. Kryjówka Baby musiała być blisko. Jeszcze w miasteczku połamał jej kostur i starowina musiała umykać piechotą, tym sposobem pozostawiając po sobie wyraźny trop. Vlad był pewien, że Baba się go spodziewa, ale miał nadzieję, że nie tak szybko. W każdym razie ufał, że zdoła czarownicę zaskoczyć, ponieważ fakt, iż udało jej się schronić we własnym gnieździe działał na jego niekorzyść. Nagle ścieżkę przebiegło coś małego i zwinnego: rudy, puszysty kształt, krzyczący piskliwym głosikiem: - Czardziej! Strzeż się! Strze…! Vladimir ruchem szybszym niż myśl zerwał z ramienia kuszę, nałożył strzałę i przyszpilił zwierzątko do ziemi, zanim zdołało umknąć na drzewo. Krzyk zamarł w połowie tonu. Vlad zbliżył się i podniósł strzałę z nabitą nań rudą wiewiórką. Żyła jeszcze, drobnym ciałkiem wstrząsały konwulsje. - Kto cię nauczył mówić?! – spytał groźnie, zbliżając twarz do rudego pyszczka. Wiewiórka zacisnęła przednie łapki na dawniej lśniąco białej, teraz skrwawionej piersi. - Źle! – zakrzyknęła ludzkim głosem – Źle zabijać! Źle..! W tym samym momencie czarne paciorki oczu zasnuła mgła i zwierzątko wyzionęło ducha. Vlad ściągnął trupka z cennej strzały i niezadowolony cisnął rude ciałko w krzaki. Nie znosił przygan, a najbardziej tych wypowiadanych przez wiewiórki. - Co ty tam wiesz! – mruknął. Wiedział teraz przynajmniej, że sadyba Baby jest naprawdę bardzo blisko. Czarownice uczyły czasami zwierzęta mówić, żeby te – czujniejsze i szybsze niż każdy człowiek – ostrzegały je w razie niebezpieczeństwa. Zsiadł z konia i przywiązał wiernego kasztanka do najbliższego drzewa. - Niedługo wrócę! – obiecał, głaszcząc kształtny pysk zwierzęcia. Tak naprawdę nie był tego wcale taki pewny. Jeśli Baba usłyszała wiewiórczy krzyk… Teraz na pewno otaczała swoją siedzibę zaklętym kręgiem, zbroiła się. Nie tak łatwo pokonać czarownicę we własnym gnieździe, wiedział to aż nazbyt dobrze. Skradał się wolno między drzewami. Puszcza była w tym miejscu gęsta i ciemna, żaden powiew nie mącił ciszy. Kilka minut później znalazł się na skraju polany i w tym samym momencie zobaczył sadybę Baby: chatkę z bali, z zapadniętym dachem w całości pokrytym mchem i kępami paproci. Z krzywego komina ulatywała w niebo smuga białego dymu. O dziwo – drzwi stały otworem i chociaż Vladimir był blisko, nie wyczuwał żadnych zaklęć ochronnych. Zdjął kuszę z ramienia i przygotował bełt. Nagle zdębiał: z otwartych drzwi chatki dobiegł go stłumiony śpiew. Baby zwykle nie śpiewają, a zwłaszcza, kiedy ściga je żądny krwi czardziej. Vladimir wstrzymał oddech, jednocześnie zaciskając lewą dłoń na amulecie wiszącym na piersi. Oczekiwał zawrotów głowy i nagłej niemocy, które każą mu odrzucić kuszę i wejść bezbronnie do chaty – nic takiego jednak nie nastąpiło. Śpiew brzmiał dźwięcznie i słodko, ale najwyraźniej nie był zaklęciem przyzywającym. Trzymając kuszę w gotowości, Vlad pochylił głowę i wstąpił do siedziby czarownicy. Przez chwilę jego oczy przyzwyczajały się do panującego wewnątrz mroku. Przez cały ten czas zaciskał dłoń na amulecie i mruczał zaklęcia chroniące od złych mocy. Wreszcie mroczne powidoki ustąpiły miejsca niewyraźnym zarysom stołu, paleniska i postaci pochylonej nad ledwie żarzącym się ogniem. - Witaj, wędrowcze! – kobieta dmuchnęła na wiśniowo jarzące się węgle i dołożyła do ognia kilka drobnych drewienek Potem pomieszała w kociołku wiszącym nad paleniskiem i Vladimira doszedł przyjemny aromat mięty i macierzanki. - Ktoś ty? – warknął, wymierzając w głowę dziewczyny – Gdzie jest Baba? Drewienka na palenisku buchnęły jasnym płomieniem i w niskiej izbie powidniało. Vlad zobaczył nieznajomą w całej krasie: bardzo jasne, prawie białe włosy spływały dziewczynie do pasa, opływając wdzięczną falą cudną postać. Miała na sobie ciemnozieloną suknię z rozcięciem na piersi, przez które wyzierały śnieżnobiałe bliźniacze półkule. Delikatna twarz i jasne czoło tchnęły niewinnym pięknem. - Baba? – dziewczę zaśmiało się dźwięcznie – Jaka Baba? Jestem Letycja, zielarka i zaręczam cię, że nie ma tu nikogo, poza mną. - Zielarka mówisz? – Vladimir nie opuszczając kuszy, obrzucił czujnym spojrzeniem wnętrze chaty. Izba wyglądała jak typowa siedziba Baby… albo zielarki. We wszystkich kątach suszyły się zioła, mchy, grzyby i inne paskudztwa. Na półkach stały flaszki i słoje, o których bał się myśleć, co zawierały. Kociołek i palenisko też wydawały się zwyczajne. Izba była zbyt ciasna, by ktokolwiek mógł się ukryć w środku – przynajmniej na pierwszy rzut oka. - Ano, zielarka – potwierdziła piękna dziewczyna. – Czego ci potrzeba, panie? Maści na wrzody, miodu na kaszel? Czegoś, co wzmocni twe – zapewne i tak niebywałe – męskie siły? A może napoju miłosnego? - Kpisz sobie?? – warknął Vlad, okrążając stół i zbliżając się do dziewczyny – Baba schroniła się tutaj, widziałem ślady. Myślisz, że niby jak trafiłem tu z miasteczka? Letycja cofnęła się o krok, ukryła dłonie w obszernych rękawach sukni. - Ślady są, nie przeczę! – zawołała przestraszona – Ale moje! Byłam w miasteczku i jeśli kupienie paru flaszek bimbru jest przestępstwem, to jestem winna… Niektóre mikstury przyrządzić można jedynie z mocnym alkoholem… Vlad złapał dziewczynę za delikatne gardło i przyparł do ściany chaty. - Łżesz kobieto! – spojrzał jej prosto w oczy. Po chwili odwrócił wzrok, a potem spojrzał raz jeszcze. Nie, to nie możliwe. Baby słynęły z tego, że potrafiły zmieniać postać, ale nawet najpotężniejsza czarownica nie mogła odmienić swych źrenic. Tymczasem roziskrzone ciemnobłękitne oczy Letycji pałały jak dwie gwiazdy – czyste i niewinne. - Panie, mój panie..! – Letycja zalewała się gorącymi łzami – Nie krzywdź, mnie proszę! Zrobię wszystko, co zechcesz… Vladimir powoli odwrócił twarz. Zaciśnięta na szyi dziewczyny ręka zwiotczała i opadła. - Niczego od ciebie nie chcę, dziewczyno – burknął zakłopotany. – Szukam Baby, która szkodziła na Zamku i wiem, że ona gdzieś tutaj jest. Letycja zachwiała się, ale udało jej się nie upaść. Vlad starał się nie patrzeć na jej ponętne ciało, drżące piersi, prawie całe widoczne w wycięciu sukni. Była taka piękna! Jak mógł pomyśleć, że to cudne zjawisko było pokręconą staruchą, której w Zamkowej sieni połamał kostur? - Odpocznij, panie. Na pewno jesteś zmęczony. Przygotuję dla ciebie mój najlepszy napar – przemówiła zielarka drżącym głosem. – Czarownica – jeśli jest gdzieś niedaleko – na pewno się znajdzie… W drodze przez izbę przeszła tak blisko Vlada, że otarła się o niego całym ciałem. Zadrżał. Był czardziejem, ale przede wszystkim był mężczyzną. Półnaga piękność krzątająca się w mrocznej izbie przyprawiała go o przyspieszone bicie serca. Stanął za dziewczyną, patrząc jak nalewa wrzątku z kociołka do mniejszego garnczka, sypie jakieś sproszkowane zioła. Miał ochotę niespodziewanie objąć rękami jej smukłą kibić, kiedy zajęta była mieszaniem. Przeszkadzały jej w tej czynności niezwykle obszerne rękawy sukni – nieco dziwny strój, jak dla zielarki… Vlad zastygł porażony nagłym odkryciem. Bezgłośnie uniósł kuszę i dotknął końcem bełtu niewinnego karku dziewczyny. - Odwróć się – nakazał. – Bardzo powoli… Letycja odwróciła się do niego. Teraz końcówka strzały znalazła się pomiędzy jej przecudnymi piersiami. - Panie..? – wyszeptała zbielałymi ze zgrozy ustami. - Chcę zobaczyć twoje dłonie! – Rozkazał Vlad – Jeden fałszywy ruch, a przeszyję twoje cudne ciałko! Nie żartuję! Dziewczyna mieniła się na twarzy. Vladimir był prawie pewien, że zdemaskował Babę, dlatego sprężył się wewnętrznie w przygotowaniu na cios. - Twoje ręce! – powtórzył tonem nie znoszącym sprzeciwu, mocniej przyciskając kuszę. Letycja wysunęła przed siebie obie dłonie: powykręcane i pokryte plamami wątrobowymi, o żółtych, wyszczerbionych paznokciach. W tej samej chwili błyskawicznie sięgnęła za siebie i rzuciła we Vlada garnczkiem pełnym wrzącego naparu. W ułamku sekundy wykonał unik i naczynie trafiło go w ramię. - Auuu! – zawył Vladimir – Dlaczego to zawsze musi być wrzątek?!! Miał szczęście, bo tylko niewielka ilość gorącego płynu trafiła go w twarz. Gdyby czarownica zdołała go oślepić, byłoby po nim. Opanował się błyskawicznie i pociągnął za spust. Czarownica była jednak szybsza: wywinęła się jak łasica i w drugim kącie izby zaczęła szybko zmieniać postać. Nie mogła dłużej trwonić energii na udawanie piękności: w sekundę pomarszczyła się i zapadła w sobie, stając się odrażającą Babą, którą zapamiętał z Zamku. Jednocześnie otoczyła się kręgiem mocy, sypiąc wokół siebie pył ze sproszkowanych kości i kredy. - Precz! – warknęła do Vladimira, celując w niego zakrzywionym palcem – Bo zmienię cię w kozła i przywiążę na noc do drzewa! Wilki będą miały ucztowanie! - Chciałabyś! – odkrzyknął Vlad w odpowiedzi – Ale bez kostura masz tylko połowę swej mocy. Nawet siebie nie byłaś w stanie odmienić do końca. Chociaż ta sztuczka z rękami była niezła… Dłonie za oczy? Nie wpadłbym na to, gdyby nie te głupie rękawy… - Odejdź czardzieju, nie chcę cię skrzywdzić! - Wiesz, że nie możesz – Vlad nie był tego wcale pewien, ale grał na zwłokę, zbierając siły przed ostatecznym atakiem. – Bez kostura, mocy wystarcza ci jedynie na tyle, by się bronić. A ja z łatwością pokonam twój krąg. - Precz!!! – Baba zakrzyknęła tak wielkim głosem, że ściany chaty zadrżały i przygasł ogień na palenisku. Otaczający ją magiczny krąg rozjarzył się i nawet z odległości kilku metrów Vlad poczuł jego odpychającą moc. Vladimir zebrał wszystkie siły i zacisnął dłoń na amulecie. - W imię prawa nadanego mi przez Boga i Króla, nakazuję ci Babo – poddać się! - Nigdy! – odkrzyknęła Baba w odpowiedzi. Czardziej zaczął wypowiadać znane tylko sobie zaklęcia, coraz szybciej i coraz głośniej. Baba w drugim kącie izby robiła to samo, usiłując wzmocnić krąg. Coś zaczęło wzbierać w ciasnej izbie, jakaś nieznana, nieziemska siła. Postać czardzieja pojaśniała, pałając błękitnym światłem, w jego szatach trzaskały drobne iskierki, naelektryzowane włosy na muskularnych przedramionach stanęły sztorcem. Powietrze pachniało ozonem, jak podczas bardzo silnej burzy. Uniósł ramię uzbrojone w kuszę, czując pod drugą ręką gorejącą moc amuletu. Przez jego ciało przebiegła zielonkawa błyskawica i jednocześnie w chacie powiał wiatr – wiatr tak silny, że zdmuchnął zioła suszące się pod sufitem, flaszki z miksturami i żarzące się drewienka z paleniska. W izbie czarownicy zapanowało istne pandemonium: przeróżne przedmioty krążyły w powietrzu, porwane wyzwoloną przez czardzieja trąbą powietrzną. Kiedy tornado dotknęło ochronnego kręgu rozległ się huk, jak trzask pioruna i w następnej sekundzie magiczny proszek rozwiał się po całej chacie, tracąc swą moc. W jednej chwili wszystkie wirujące w powietrzu przedmioty spadły na ziemię w brzęku tłuczonego szkła. Magiczny krąg przestał istnieć, a Baba pokonana i bezsilna leżała na ziemi jak kupka wymiętych szmat. Vladimir zbliżył się chwiejnie. Całe jego ciało spływało potem, gasił dłońmi tlejące gdzie niegdzie ubranie. Końcem buta ostrożnie przewrócił czarownicę na wznak. Żyła, z trudem chwytając powietrze w szeroko otwarte, bezzębne usta. Nie miała w sobie dość siły, by otworzyć tonące w sieci zmarszczek oczy. - Nie wiesz, co on zrobił… - odezwała się z ziemi starucha tak słabym głosem, że Vladimir musiał przy niej uklęknąć – Zasłużył na karę. - Kto taki? Książę Leszko? Więc przyznajesz, że zatrułaś jego wino, pozbawiając go tym samym jego męskich sił i skwasiłaś mleko wszystkim krowom? – zapytał Vlad, ocierając pot z czoła. - Tak… - westchnęła Baba przeciągle – Ale ten czarci pomiot sobie na to zasłużył. - Bez urazy, Babo, ale nie obchodzi mnie co zrobił książę Leszko. To za twoją głowę wyznaczono nagrodę i jak sama właśnie przyznałaś – nie bezpodstawnie. - Pohańbił swoją własną córkę… - czarownica jakby go nie usłyszała – Jej piastunka posłała po mnie… Vladimir poznał córkę Leszka – małą, najwyżej trzynastoletnią, mizerną i wyglądającą na zahukaną dziewuszkę. Wzdrygnął się mimowolnie. - Posłuchaj, wiedźmo – odezwał się nagle rozeźlony. – Nie mam zamiaru tego słuchać. Wstawaj, zabieram cię do miasteczka. Już tam cię osądzą. Zaczął końcem buta poszturchiwać postękującą Babę, ponaglając ją do wyjścia. Dopiero po dłuższej chwili starucha zdołała usiąść. Otworzyła zaczerwienione oczy i posłała Vladimirowi przeciągłe spojrzenie. - Masz chociaż krztynę sumienia, czardzieju? – zapytała skrzypiącym głosem. - Za samo uczenie zwierząt ludzkiej mowy należy ci się śmierć! – warknął Vlad w odpowiedzi – Nie ty będziesz mnie uczyła moralności! - Wiem, że nie uniknę kary! – Baba podniosła się na klęczki – Ale powiedz: jaką masz mnie dostarczyć na Zamek? Żywą, czy martwą? Vladimir wzruszył ramionami. - Żywą lub martwą – stwierdził. Czarownica przymknęła oczy i uśmiechnęła się. - Wyświadcz mi więc przysługę, czardzieju i zabij mnie. Na Zamku czekają mnie tortury i stos. Myśl o mnie co chcesz, ale nie zasłużyłam na taki los. Przez te wszystkie lata pomogłam większej ilości ludzi, niż ty kiedykolwiek widziałeś na oczy. - Ejże, wiedźmo! Nie pouczaj mnie! – syknął Vlad rozzłoszczony. Dlaczego wszyscy zmówili się, żeby go nawracać? Najpierw wiewiórka, teraz ta odrażająca Baba… - To jak będzie? – drążyła czarownica – Została w tobie jakaś resztka ludzkich uczuć? Vladimir zastanowił się głęboko. W sumie nie miałby nic przeciwko temu, żeby zobaczyć skwierczący tłuszcz tej starej jędzy, z drugiej strony jednak… Stanęła mu przed oczyma córka Leszka i to pomogło mu podjąć decyzję. - Mnie tam wszystko jedno! – rzucił, wzruszając ramionami – Wstawaj, załatwimy to szybko! Czarownica stękając i pojękując, z trudem podniosła się na nogi. Vladimir dopiero teraz zobaczył, jak wiekowa była, a może to brak mocy tak ją postarzał? Zgięta we dwoje, pomarszczona i siwa, starucha wyglądała jak chodzący trup. Mimo to, próbowała wyprostować się dumnie, kiedy Vlad wymierzył w jej zapadniętą pierś. - Celuj dobrze, czardzieju! – zawołała, rozkładając ramiona – Żebym się nie musiała za długo męczyć… - Bądź spokojna… - mruknął Vlad, zaciskając usta. W tej samej chwili Baba odmieniła się ostatni raz i stanęła przed nim wysoka, naga i piękna. W ułamku sekundy, zanim strzała zdążyła przeszyć jej serce, posłała Vladimirowi całusa: - Do zobaczenia w piekle, czardzieju..! W momencie, w którym czarownica padła martwa, nastąpiło tąpniecie i wszystkie ocalałe po poprzednim pogromie przedmioty posypały się z półek na ziemię. Fala uderzeniowa cisnęła Vladem o ścianę, jakby był szmacianą kukłą, a uwolniona energia w postaci oślepiająco białej chmury trzykrotnie obiegła izbę. Wreszcie trafiła do komina i wyleciała na zewnątrz, gdzie w sekundę rozproszyła się jak mgła… - A niech mnie… - Vlad powoli gramolił się na nogi, obmacując obolałe kości. Zbliżył się do nieruchomego ciała i pochylił nad nim ostrożnie. - Prosto w serce… - wyszeptał, targany dziwnym uczuciem straty. Czarownica nie żyła, teraz zgodnie z prawem powinien odciąć jej głowę i dostarczyć ją wyznaczającemu nagrodę. Wyciągnął z pochwy nóż i w zamyśleniu przeciągnął na płask chłodną stalą po wnętrzu dłoni. Nie uśmiechało mu się wcale obcinanie głowy, chociaż wcześniej robił to tak wiele razy… Ta czarownica była jakaś inna, brakowało mu słowa na jej określenie. Szlachetna? Honorowa? Tak pięknie umarła… Vladimir uznał nagle, że jej doczesne szczątki nie zasługiwały na takie pohańbienie. A przynajmniej nie z jego ręki. - Starzeję się… - mruknął, wielce z siebie niezadowolony. Pochylił się i jednym ruchem obciął tuż przy głowie długi, siwy warkocz staruchy. To musiało Leszkowi wystarczyć - jak chciał głowy czarownicy, to równie dobrze sam może sobie po nią przyjść. Nieco uspokojony na duchu, skierował się do wyjścia. Kiedy znalazł się wreszcie na zewnątrz, odetchnął pełną piersią z uczuciem niepomiernej ulgi. Naprawdę cieszył się, że żyje, że to jeszcze nie jego czas… Radosne podniecenie przerwał chrapliwy głos dobiegający z dachu chaty, którą Vlad zostawił za plecami: - Zły czardziej! Zły! Morderca!! Na najwyższym punkcie krzywego i zarośniętego dachu siedziała wrona i taksowała go oskarżycielskim spojrzeniem kaprawego oka: - Zły...! Vladimir zerwał z ramienia kuszę i wycelował w ptaka. - Milcz, albo zaraz zamknę na zawsze twój czarny dziób! – wrzasnął rozwścieczony. Wrona poderwała się niezgrabnie, a potem uniosła ciężko w powietrze, kracząc rozpaczliwie i gubiąc pióra. Wkrótce zniknęła ponad wierzchołkami drzew. Vlad ruszył w stronę lasu, kręcąc głową z niedowierzeniem. Zbliżało się popołudnie, pragnął jak najszybciej opuścić to upiorne miejsce. Na szczęście swego wierzchowca znalazł dokładnie tam, gdzie go pozostawił: piękne zwierzę spokojnie skubało trawę. Kasztanek parsknął przyjaźnie i zastrzygł uszami na jego widok. Vladimir otworzył jedną z sakw przytroczonych do siodła i wcisnął w nią warkocz czarownicy. Z odrazą wytarł ręce o swój skórzany kaftan. - Wynośmy się stąd koniku! – zawołał, wskakując na grzbiet zwierzęcia. Nie tracąc ani chwili więcej, ruszyli w stronę miasteczka.
ROZDZIAŁ II Zamek otoczony kamiennym murem wznosił się posępnie ponad miasteczkiem, spowity od dołu płożącą się nisko mgłą. Z daleka wyglądał jakby płynął w powietrzu: wielka, mroczna bryła, zdobna w wieżę sterczącą ponad falami, jak zadarty dziób statku. Dochodziła szara godzina, w której wszystkie miasteczka na świecie milkną, a ludzie umykają do swoich mniej lub bardziej bezpiecznych sadyb. Vladimir zwał tę porę dnia godziną nietoperzy. Poganiając wiernego konika, pokonał bez przeszkód ciągle jeszcze otwartą bramę miasta i głównym traktem pocwałował w stronę wzgórza, na którym wznosił się Zamek. Bramę zamkową zastał zamkniętą na głucho, ale tak było tutaj zawsze. Zadarł głowę i zagwizdał donośnie w stronę okienka wieży strażniczej. Rozległ się łomot, jakby na ziemię spadło coś ciężkiego i po chwili w wąskim okienku ukazała się głowa zaspanego strażnika. - Kogo tam diabli niosą? – warknął strażnik, poprawiając przekrzywiony hełm. - A, to ty… - dodał po chwili, rozpoznając pomimo zapadającego zmroku wysoką sylwetkę czardzieja – Szybko się uwinąłeś, hyclu! Vladimir nie zwrócił uwagi na obelgę – zbyt często docinano mu w ten sposób. - Rusz zad, kozi wypierdku! – krzyknął w odpowiedzi – Albo twój pan dowie się, jak to pilnujesz bramy, zaspana niezguło! Strażnik uraczył go stekiem wyzwisk, ale posłusznie uruchomił mechanizm podnoszący ciężką bramę i Vladimir wjechał na dziedziniec. Widać na Zamku go oczekiwano, bo na spotkanie wybiegł mu jeden ze stajennych. Vlad odwiązał od siodła sakwę ze zdobyczą, a potem oddał konia chłopakowi. W ciemnej sieni zastąpił mu drogę kolejny strażnik. - Książę właśnie spożywa wieczerzę – wyjaśnił, rozpoznając Vladimira. - Jestem pewny, że ucieszy się na mój widok – odparł Vlad, dwuznacznym gestem kładąc rękę na przewieszonej przez ramię sakwie. Strażnik cofnął się o krok i splunął. - Na psa urok! – zawołał z mieszaniną przerażenia i odrazy – Mój pan oczekuje cię! Poprowadził Vladimira do sali jadalnej, w której ucztował Książę. Jadalnia okazała się wielkim, rzęsiście oświetlonym pomieszczeniem, którego najbardziej rzucającym się w oczy elementem był długi, suto zastawiony stół. Leszko, rozparty na wyścielonej wilczą skórą ławie, na widok Vlada odrzucił w kąt ledwie ogryzioną kość. - No nareszcie, mości czardzieju! – zawołał, przekrzykując jazgot sfory hartów o podkasanych brzuchach, które pod stołem walczyły o łup – Już myślałem, że Baba wypruła ci bebechy, a czerep ugotowała w kotle! Zaśmiał się rubasznie, a obaj stojący przy jego siedzisku służący zawtórowali mu hałaśliwie - chociaż jak zdołał zauważyć Vlad – bez cienia wesołości. Książę Leszko był otyłym mężczyzną w wieku lat około czterdziestu pięciu, o gęstej, pełnej okruchów i zastygłego tłuszczu, jasnej brodzie. Siedząc, podwijał pod siebie krótkie i krzywe nogi, a wysadzany klejnotami pas z trudem opinał jego wystające brzuszysko. Książę roztaczał wokół siebie kwaśny odór starego piwa, potu i psiego moczu. - Jakoś jej się nie udało – stwierdził czardziej z przekąsem. - Pokaż, co tam masz! – Leszko wskazał błyszczącym od tłuszczu palcem sakwę Vladimira. Vlad w odpowiedzi zanurzył rękę w torbie i wyciągnął swoje trofeum, pokazując je wszystkim obecnym. - A co to ma być??!! – ryknął Leszko, waląc pięściami w stół – Miała być głowa, zdaje się!! Wiesz co to głowa, barani łbie?! Vladimir rzucił warkocz na stół i ostrzegawczo uniósł w górę wskazujący palec prawej ręki. Na jego czubku ukazał się mały, błękitnozielony płomyk, atmosfera w jadalni zdawała się tężeć od wzbierającej mocy. - Czarownica nie żyje! – odezwał się Vlad donośnym głosem – Myślisz, że za życia dałaby sobie obciąć warkocz? Jak chcesz jej głowę, to znajdziesz ją w leśnej chacie, o dwie godziny drogi stąd. Ale radzę się spieszyć, bo one po śmierci szybko zaczynają gnić… A teraz moja zapłata, Książę. Leszko sięgnął po kielich z winem, siorbnął, beknął głośno, a potem skinął na jednego ze służących. - Podaj mój mieszek! Wsadził rękę do środka i mamrocząc przekleństwa, odliczył należne sto złotych dukatów, a potem przesypał je do mniejszego woreczka. Z hukiem cisnął zapłatę na stół. - No, niech ci będzie, hyclu! Najważniejsze, że wiedźma nie żyje. Czuję, że siły mi wracają, widocznie urok działał tylko za jej życia! – zaśmiał się mściwie – Nie takie one mocne, jak powiadają! Książę ponownie siorbnął wina z kielicha, uniósł nieco tłusty pośladek i pierdnął donośnie. - Birga! – wrzasnął – Birga, chodź tu natychmiast! Po chwili w drzwiach jadalni ukazała się drobna, jasnowłosa córka Leszka. Obrzuciła przerażonym spojrzeniem Vladimira i na sztywnych nogach zbliżyła się do stołu. - Zabierz to ze stołu i powieś nad moim łóżkiem! – rozkazał Książę, wskazując odcięty warkocz. Birga końcami palców ujęła trofeum i z niemą zgrozą podniosła go ze stołu. Jej twarz zmieniła się w maskę bezdennej rozpaczy i żalu. - No i co się tak gapisz, głupia dziewucho?! – krzyknął na nią Leszko – To tylko trochę włosów, nie ugryzą cię! - Tak, ojcze… - dziewczyna ujęła warkocz w obie dłonie i ze spuszczoną głową, cichutko wyszła z jadalni. - Pójdę już – stwierdził Vlad zduszonym od tłumionego gniewu głosem. Podszedł do rozwalonego na ławie Leszka, lewą ręką sięgnął po mieszek z zapłatą, a prawą wyciągnął do wielmoży. - Zabicie tej Baby to był zaszczyt! – rzucił, uśmiechając się szeroko. Uścisnął mocno prawicę zaskoczonego Księcia, a potem nagle wzmocnił chwyt i jednym ruchem zerwał z ławy tłuste cielsko. - A to za Birgę! – poderwał w górę kolano i z całych sił kopnął Leszka w krocze. Książę zacharczał, zsiniał, wywrócił oczami i osunął się pod stół, gdzie w mgnieniu oka zajęły się nim jego psy, wylizując skrupulatnie lśniącą od tłuszczu twarz. Vladimir położył dłoń na rękojeści noża i spojrzał wymownie na skamieniałych ze zgrozy służących. - Strasznie mocne macie tu wino – powiedział wolno, nie spuszczając z nich badawczego spojrzenia – Biedny Książę chyba trochę przeholował… Mężczyźni spojrzeli po sobie i po chwili jeden z nich skinął nieznacznie głową. - Niestety, nasz pan ciało ma mężne, ale głowę słabą jak dziecko… - zwrócił się do Vlada z kamienną powagą – Powinien się trochę zdrzemnąć. - W takim razie nie będę dłużej przeszkadzał – Vlad wcisnął do sakwy worek z dukatami i wycofał się powoli. Służący nawet nie drgnęli. Czardziej zrozumiał, że Książę Leszko nie był przez dworzan szczególnie lubiany. Już w korytarzu natknął się na strażnika, którego spotkał tam wcześniej. Mężczyzna uśmiechnął się do niego pod wąsem: - I jak tam? – zagadnął – Książę bardzo się radował? - Jeszcze jak! – potwierdził Vlad skwapliwie, szybko wymijając zbrojnego – Dosłownie dech mu zaparło! Vladimir biegiem wypadł na dziedziniec i popędził w stronę stajni. Chłopca stajennego nigdzie nie było widać, a w ciemnym pomieszczeniu tłoczyło się kilkanaście wierzchowców: wszystkie okryte derkami i wszystkie z workami obroku na pyskach. - Chyży, hej Chyży! – zawołał półgłosem – Gdzie jesteś koniku? Odpowiedziało mu stłumione rżenie. Szybko odnalazł konia i zdjął mu z pyska worek z owsem. - Przykro mi, że przerywam ci kolację, ale trochę mi się spieszy, przyjacielu! Wskoczył na grzbiet kasztanka i pogalopował w stronę bramy. Na szczęście tym razem tętent kopyt w porę zaalarmował strażnika: kiedy rozpoznał nadjeżdżającego, klnąc na czym świat stoi, pospiesznie podniósł ciężką zaporę. Czardziej jak wicher przemknął przez opustoszałe miasteczko i główną bramę, którą właśnie zamykano na noc. - A tego diabli ścigają, czy co?! – strażnicy ledwie zdążyli uskoczyć mu z drogi. Poza obrębem miasteczka Vladimir uspokoił się trochę, ale mimo to nie zwolnił tempa. Im dalej znajdzie się od dyszącego rządzą zemsty Księcia, tym lepiej. Nie wątpił, że pierwszą rzeczą, którą zrobi Leszko jak się ocknie – oprócz zimnego kompresu na pewną część ciała – będzie wyznaczenie nagrody za jego głowę. Ledwie zdążył dokończyć tę myśl, kiedy z opłotków wyskoczyła jakaś postać i machając ramionami zastąpiła mu drogę. Wstrzymany w pełnym pędzie Chyży zarżał przeraźliwie i prawie przysiadł na zadzie, ryjąc kopytami piach. Vladimir z trudem utrzymał się w siodle. - Czyś ty zmysły postradał?!! – ryknął w stronę stojącej na środku gościńca postaci – Omal cię nie stratowałem! - Wybacz mi panie… - usłyszał cichy, pokorny głos - Musiałem cię zatrzymać. Czardziej przyjrzał się lepiej człowiekowi, który ośmielił się zabiec mu drogę. Ze zdumieniem uświadomił sobie, że ma do czynienia z niedorostkiem: chłopakiem najwyżej czternastoletnim, ubranym w strój podróżny, z małym mieczykiem przy pasie. - Wiesz kim jestem? – spytał, okrążając chłopca. - Tak, panie. Widziałem cię, jak wjeżdżasz na Zamek i czekałem tutaj. Mam dla ciebie zadanie, czardzieju. Zdanie wypowiedziane tonem pełnym powagi, w tak młodych ustach zabrzmiało co najmniej zastanawiająco. - Nie jesteś trochę za młody na to? – parsknął Vlad, ale zatrzymał konia – Mów o co ci chodzi, byle szybko, bo trochę mi się spieszy… W odpowiedzi młodzieniec sięgnął pod kaftan i wydobył znajomo pobrzękujący skórzany mieszek. Wyciągnął go zachęcająco w stronę czardzieja i oświadczył: - Tutaj jest sto dukatów, mości czardzieju. Następny taki dostaniesz, kiedy wykonasz zadanie. Musisz jednak pojechać ze mną, panie. Do sąsiedniej wsi. Vladimir przyjął mieszek i zważył go w dłoni. Wyglądało na to, że chłopczyna mówi poważnie – a dwieście złotych dukatów było sumką godną rozważenia. - Ale matula wie, co tutaj robisz? – spytał jeszcze, bez zbytniej złośliwości. Chłopiec aż zatrząsł się z oburzenia, ale zapanował dzielnie nad sobą i wyjaśnił spokojnym tonem: - Ojciec mój po ciebie posłał. Wieść, że czardziej będzie się rozprawiał z Babą Byliczanką szybko się rozniosła… - Babą Byliczanką? Tak ją zwaliście? - Tak – potwierdził chłopiec – Z powodu jej ziół. Wszyscy ją znali w okolicy, robiła mikstury i maści na różne choróbska. Ludzie ją szanowali. Ostatnie zdanie chłopiec wypowiedział takim tonem, że Vlad bezwiednie zacisnął dłoń na rękojeści noża. - Dość tych pogaduszek! – burknął rozeźlony – Pokaż gdzie twa wioska, nie będę tu stał do rana! - Zaczekaj jeszcze chwilkę, panie! – poprosił chłopiec – Mam tutaj konia niedaleko, pojedziemy razem. Droga niedługa, ale moja wioska wśród wzgórz ukryta, trafić niełatwo! Odbiegł w cień i po chwili wyjechał spośród przydrożnych drzew, dosiadając dorodnego karego rumaka. Ruszyli kłusem przed siebie, bok w bok. Czardziej miał jeszcze kilka pytań, ale uznał, że bezpieczniej będzie oddalić się nieco od miasteczka. Zapadła noc, ale na niebo wtoczył się pyzaty księżyc, oświetlając zimnym blaskiem szeroki trakt. W szybkim tempie oddalali się od miasteczka, nie spotykając nikogo po drodze. Niestety po jakichś dwóch godzinach jazdy, towarzysz Vladimira skręcił z wygodnej drogi w boczną ścieżkę, po której mogli poruszać się jedynie jadąc stępa. Poprzegradzana wystającymi korzeniami dróżka wśród drzew, to wznosiła się, to opadała. Pomimo tego, że było widno prawie jak w dzień, konie potykały się co chwilę i wreszcie obaj jeźdźcy musieli dla bezpieczeństwa opuścić siodła. - Mówiłeś, że to niedaleko? Czy mi się tylko zdawało? - spytał Vladimir z przekąsem, drepcząc obok swojego konia. - Dotrzemy przed świtem, panie. Za dnia to mniej niż pół dnia jazdy. Teraz jest noc, więc poruszamy się wolniej, ale i tak mamy szczęście, bo księżyc prawie w pełni. Vladimir potknął się o wystający korzeń i zaklął półgłosem. W jego fachu nocne wycieczki nie należały do rzadkości, ale od bladego świtu był na nogach i nie miał nic w ustach od poprzedniego wieczoru. Nie wspominając o potyczce z Babą w międzyczasie. Czuł ogarniające go znużenie i najchętniej rozłożyłby się biwakiem pośród drzew. Jednak myśl o tropiących go być może w tej chwili ludziach Leszka, skutecznie motywowała go do dalszej drogi. - Jak się nazywasz, chłopcze? – spytał, korzystając z tego, że szli obok siebie, prowadząc konie za uzdy. - Ja, panie? – młodzieniec wydawał się speszony – No więc… tak jakby… Na imię mam Rumianek. Vladimir ryknął śmiechem, aż echo poniosło się po zalanych księżycowym blaskiem wzgórzach. - Rumianek?? A któż ci nadał takie głupie imię? – zapytał, krztusząc się – Czmychaj tam gdzie cię nie znają i zmień je czym prędzej! Chłopiec znacząco położył dłoń na rękojeści swojego dziecinnego mieczyka. - Uważaj panie, jak wyrażasz się o mojej matce! – powiedział, zdjęty świętym oburzeniem. - Wybacz, przyjacielu! – Vlad starał się odzyskać powagę – Nie pochodzę z tych stron. Przybyłem z daleka wiele lat temu, poznałem wasz język, ale ciągle nie umiem przyzwyczaić się do niektórych waszych obyczajów. Imion na przykład. Powiedz mi więc… Rumianku, co was prześladuje? Jestem w drodze do twojej wsi, a nadal nie wiem, z czym przyjdzie mi walczyć. Chłopiec zatrzymał się i zrobił znak krzyża na piersi. - Strega, panie! - Strega?? Chyba strzyga..? Rumianek wzruszył ramionami. - Strega, strzyga… Różnie je u nas zwą – wyjaśnił. – Od trzech miesięcy grasuje we wsi i zabija naszych. Nikt nie potrafi jej sprostać. Znasz to stworzenie, panie? Czardziej pokiwał głową w odpowiedzi. - Znać znam… Ale strzyga to upiór prosty do zgładzenia. Wystarczy strzała ze srebrnym grotem i po kłopocie. Nie rozumiem, dlaczego nie zapolowaliście na nią? - Zapolowaliśmy, czardzieju… - odezwał się chłopak ponuro – W zeszłą pełnię. Zasadziliśmy się na potwora przy młynie. Z siecią. A kiedy się pokazała… Chłopak wzdrygnął się i ponownie przeżegnał. Wyglądał na przerażonego i przybitego. - Ani się obejrzeliśmy, a było po czterech naszych – dokończył ze spuszczoną głową – Rozszarpała ich na strzępy… - Ale dlaczego z siecią?! – wykrzyknął Vlad ze zdumieniem – Toć mówiłem, że one zupełnie na srebro nieodporne! Każda Baba by wam to powiedziała. Trzeba było zwyczajnie ubić potwora, a nie się z nim cackać. - Nie mogliśmy, panie… - odezwał się Rumianek głuchym głosem. Zgarbił się i posmutniał bardzo. - A dlaczegóż to? – spytał Vlad podejrzliwie, nabierając nagle bardzo złych przeczuć. - Bo to moja siostra… Vladimir zatrzymał się gwałtownie. Więc to stąd taka hojna zapłata! Usiłując zbiec przed zemstą jednego potwora, wpakował się prosto w jeszcze gorszą kabałę. Najprościej byłoby oddać kieskę chłopakowi i zawrócić czym prędzej. - Pomożesz nam, czardzieju? – spytał Rumianek pokornie. - Rozumiem, że zabicie strzygi nie wchodzi w grę? – odpowiedział pytaniem. - Taki jest warunek. Legenda głosi, że nim miną trzy pełnie, strzygę można odczarować bez zabijania. Pełnia jest jutro. I będzie to jej trzecia… Potem, jeśli nadal będzie mordować, będzie musiała zginąć… Chłopiec nagle rozpłakał się bezradnie. - To moja siostra! Nie chcę, żeby ją zabili… Vlad myślał przez dłuższą chwilę. Pojmanie strzygi żywcem, a potem zdjęcie z niej uroku nie będzie łatwe. Nigdy wcześniej nie zrobił czegoś podobnego: zabił kilka strzyg, zasadzając się na nie, kiedy wychodziły na żer. Nie były gorsze od wilka, czy niedźwiedzia, o ile się umiało zachować zimną krew i celne oko. Był tylko jeden sposób, by pojmać upiora żywcem – trzeba było spędzić z nim noc… - Chociaż szpetnie mnie wmanewrowałeś, zrobię co będę mógł – oświadczył wreszcie. – Ale niczego nie obiecuję. - Dzięki ci, panie! – wykrzyknął Rumianek uradowany – Bóg ci to wynagrodzi! - Wystarczy obiecane drugie sto dukatów… - mruknął Vlad w odpowiedzi. Ponieważ droga zrobiła się szersza i mniej wyboista, ponownie dosiedli koni i pogalopowali przez noc. Na wschodzie niebo zaczynało blednąć, kiedy Rumianek wskazał ciemne zarysy niedalekich zabudowań. - To moja wioska, czardzieju – oświadczył. – Obudzę ojca, dostaniesz wszystko, czego ci potrzeba. - Na początek przydało by się jakieś śniadanie. Od dwóch dni nie miałem nic w ustach. - Zrobi się, panie! – odparł Rumianek wesoło. Wjechali pomiędzy zabudowania, witani ujadaniem wioskowych psów. Na niebo wstąpiła tymczasem zwiastująca piękną pogodę różanozłota zorza. Wieś wyglądała na bogatą: każda z chat miała zadbane obejście, dróżki wysypano drobnymi kamykami, płoty były równe i bez dziur. Nawet obszczekujące ich psy wyglądały na czyste i najedzone. Dotarli do centralnego punktu wsi: stała tam chałupa większa niż wszystkie inne. Był to dwór bez mała, domostwo kryte gontem, o kilku izbach i zadaszonym ganku. - Tutaj mieszkam – wyjaśnił Rumianek. - Mój ojciec jest sołtysem. Zaczekaj chwileczkę, panie! Obudzę rodziców i służbę. Rumianek przywiązał konia do jednego ze słupów podpierających daszek ganku i wbiegł do środka. Chwilę później w kilku oknach pojaśniało i zaspany służący pojawił się w drzwiach, kłaniając się nisko i ukradkiem poziewując. - Zajmę się twoim koniem, panie. Zechciej wejść do środka, jadło już się szykuje. Vladimir zsiadł z konia. Był tak zmęczony i obolały, że ledwie trzymał się na nogach. Wszedł do środka. W sieni zastąpił mu drogę Rumianek i zaprowadził go do głównej izby, w której pani domu w asyście służącej krzątała się przy śniadaniu. Czardziej został posadzony do stołu i ugoszczony kluskami na mleku i świeżym chlebem z masłem. Vlad pożarł wszystko w mgnieniu oka, na co młoda służąca doniosła jeszcze gotowane jajka i więcej grubo posmarowanych kromek. Nikt go nie zagadywał, dopóki nie zaspokoił głodu. Dopiero kiedy z jego talerza zniknęła ostatnia okruszyna, posłano po pana domu. Sołtys okazał się postawnym mężczyzną w średnim wieku, o rumianej twarzy ozdobionej sumiastym, płowym wąsem. - Miło mi cię powitać, panie czardzieju! – odezwał się przyjaźnie – Jestem Sewer, sołtys. Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. - Mój syn chyba powiedział ci w czym rzecz? – spytał sołtys nieco zakłopotany. - Mniej więcej! – odparł Vlad z przekąsem – Jednak jest jeszcze parę rzeczy, które chciałbym wiedzieć. - Pytaj o co chcesz i proś o co chcesz! – oświadczył Sewer, rozkładając ramiona. - Na początek chciałbym wiedzieć, jak twoja córka stała się upiorem? Z tego, co już wiem, odmieniła się całkiem niedawno? Sewer gestem wyprosił z izby kobiety i usiadł naprzeciwko czardzieja. - To prawda. Jakieś trzy miesiące temu nagle zniknęła. Z początku myśleliśmy, że coś jej się przytrafiło: przeszukaliśmy las, przeczesaliśmy dno pobliskiego stawu. Ale jej nie znaleźliśmy. Pytaliśmy przyjezdnych – nikt jej nie widział. Dziewczyna jakby się pod ziemię zapadła. - Najczęściej strzygą zostaje córka przeklęta w łonie matki – dziecko, które rodzi się z dwiema duszami i tylko jedna zostaje ochrzczona. Kiedy taka dziewczyna umiera, to jej nieochrzczona dusza pozostaje na ziemi jako nieumarła. Strzygą może też zostać okrutna za życia kobieta, która spróbowała ludzkiej krwi. Rozumiem jednak, że to nie ten przypadek? - Nie, panie! – zaprzeczył Sewer z całym przekonaniem – Moja córka była zupełnie normalna! Nieco płocha i próżna, ale panienki w jej wieku często takie bywają… Miała piętnaście lat, kiedy przepadła. Ledwie co została obiecana synowi młynarza… - Rozumiem – przerwał Vlad. – Skąd jednak pewność, że strzyga jest twoją córką? - Nadeszła pełnia, panie i upiór pojawił się niewiadomo skąd. Strzyga napadła na naszą oborę. Napastowane bydło podniosło straszny ryk, wszyscy się pobudziliśmy i pobiegliśmy na ratunek, uzbrojeni w widły i siekiery. Kiedy wpadliśmy do obory, trzy krowy z rozszarpanymi brzuchami leżały na klepisku. Myślałem, że to wilk, albo niedźwiedź… ale potem z trzewi jednej z krów podniosło się coś… Nie człowiek i nie zwierz, tylko coś pośrodku: potworna paszcza pełna zębów, wielka głowa, szpony jak sztylety. To coś… miało na sobie strzępy jej sukienki… Sołtys zasłonił twarz dłońmi i załkał z bezsilności i zgrozy. - Strzyga dopadła jednego z pachołków i urwała chłopakowi głowę. To była jej pierwsza ludzka ofiara i wiedzieliśmy, że na tym nie poprzestanie. - A więc wszystko jasne: twoją córkę przeklęła jakaś Baba. Pewnie się którejś naraziliście i w odwecie rzuciła zły urok… - powiedział Vlad z przekonaniem – Trzeba by dopaść wiedźmę i nakłonić ją, by zdjęła czar… - Myślałem o tym, czardzieju. Ale żadna Baba nie przychodzi mi do głowy. My tu z nimi żyjemy w zgodzie, nie było żadnego zatargu z wiedźmami od niepamiętnych czasów. Naprawdę nie wiem… - Hmmm… - Vlad podrapał się w głowę i zamyślił głęboko – Wspomniałeś, że twoja córka została komuś przyrzeczona? Sewer pokiwał głową. - Synowi młynarza. Mieli się pobrać, kiedy moja córka skończy szesnaście lat. - Więc pewnie poszło o tego młodzieńca! Czy zacny i urodziwy? Dziewuchy go lubią? Pewnie jakaś zazdrosna panna ułożyła się z Babą, żeby ta wyeliminowała twoją córkę z gry… - Czy ja wiem? – sołtys pokręcił niepewnie głową – Chłopak, jak chłopak. Normalny. Nie słyszałem, żeby panny się o niego biły. Ale dla mojej córki taki spokojny i prosty młody człowiek byłby jak znalazł… - Tak czy siak, wiedźmy odpowiedzialnej za klątwę raczej nie znajdziemy – stwierdził czardziej ponuro – W tej sytuacji pozostaje tylko jedno rozwiązanie: trzeba znaleźć kryjówkę strzygi i tam się na nią zasadzić. Vladimir przeciągnął się i ziewnął szeroko. - To zadanie dla was – stwierdził. – Szukajcie otwartej krypty, albo grobowca. Tam strzyga spędza dnie, śpiąc w sarkofagu. Może też korzystać z piwnicy, do której rzadko kto zagląda – przeszukajcie wszystkie w wiosce. Tylko ostrożnie! Ja muszę się przespać… Zbudźcie mnie po południu. Sołtys ochoczo zgodził się na warunki czardzieja. Rumianek bez dalszej zwłoki zaprowadził go do najlepszej izby w domostwie, gdzie Vladimir w ubraniu runął na łóżko i natychmiast zasnął kamiennym snem. Wydawało mu się, że ledwie zamknął powieki, a już ktoś delikatnie, chociaż stanowczo potrząsnął go za ramię. - Już czas! – Rumianek z zaciekawieniem przyglądał się rozespanemu czardziejowi. Vlad przetarł oczy i poprawił zmięte odzienie. Przespał prawie cały dzień, więc czuł się wypoczęty i gotowy do działania. Chłopiec bez słowa zaprowadził go do tej samej izby, w której rano jadł śniadanie i rozmawiał z Sewerem. Teraz stół nakryty był do obiadu: gospodyni poświęciła kurę, był więc rosół, gotowane mięso, ziemniaki i domowy makaron. Vlad rzucił się na jedzenie, jak wygłodniały wilk. Od kiedy wyruszył w drogę, wiele lat temu, zawsze niedosypiał i niedojadał. Takie uczty nie zdarzały się co dzień, a kiedy na koniec posiłku służąca podała pokrojone w grube kawałki słodkie ciasto, oczy czardzieja rozbłysły szczęściem. Zmiótł wszystko, co przed nim postawiono, bez zbytnich wyrzutów sumienia, chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że ci ludzie goszczą go najlepszym, co mają. Odmówił sobie tylko wina – umysł chciał mieć jasny, a rękę pewną. Kiedy ze stołu zniknęły ostatnie naczynia, pojawił się sołtys w towarzystwie syna. Miny mieli niepewne. - I jak tam?…